Cementerio del Terror

Opublikowano: 05-04-2020 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: Meksyk
Rok produkcji: 1985
Czas trwania: 88 min
Reżyseria: Ruben Galindo Jr.
Scenariusz: Ruben Galindo Jr.
Muzyka: Chucho Zarzosa
Zdjęcia: Rosalio Solano
Obsada: Hugo Stiglitz, Erika Buenfil, Rene Cardona III
Dystrybutor VHS: -

W którym państwie tworzono na potęgę filmy grozy? USA, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania? Jasne. Japonia, Korea Płd? Ok. Australia? Kanada? Wiadomo. Niemcy? Mają swoje spore zasługi, szczególnie na rynku mocno undergroundowym.  Szwecja? Raz na jakiś czas coś ciekawego wypłynie. Większość pozostałych państw (w tym niestety również Polska) to raczej historia z gatunku 'raz na 5 lat to i wąż pierdnie'. Większość poważniejszych miłośników horroru wymieniając jednym tchem wspomniane wyżej państwa kompletnie nie bierze pod uwagę Meksyku. Tymczasem kraj, w którym ucieczki z więzienia i strzelaniny z policją (albo raczej 'w policję') to w zasadzie sport narodowy, kraj, który dał światu 'El Chapo', ma długą i dość obfitą tradycję kina grozy, zapomnianego, zmurszałego i niczym konkwistadorzy zombie z arcydzieła Fulciego, czekającego na odkrycie.

Meksykańskie horrory, które większość kojarzy to głównie wcale nie horrory, a bardziej głupkowate kino SF. Wszystkie te azteckie mumie, roboty, luchadorzy i inne archaiczne pierdoły. Część ludzi pamięta jeszcze urodzonego na Kubie Rene Cardonę (znanego również z reżyserowania wszelakich luchadorskich crossoverów) i jego przaśne "Night of the Bloody Apes" oraz jego syna, Rene Cardonę Juniora, który próbował przez pewien czas romansować z horrorem ("Night of the Thousand Cats", "Tintorera: Tiger Shark", czy "The Bermuda Triangle") w niezbyt udany wizualnie (większość jego filmów porażała długim czasem trwania wypełnianym głównie nudą) i udany marketingowo (w jego produkcjach brała udział cała plejada znanych i cenionych aktorów, często wręcz gwiazd). 

Mało kto pamięta jednak o Rubenie Galindo Juniorze. Obecnie producencie telewizyjnym, a w latach 1985 - 1992 reżyserze kilku ciekawych horrorów, który zadebiutował "Cementario del Terror" - ponadnaturalnym slasherem nakręconym w Texasie po hiszpańsku, z  przeznaczeniem dla meksykańskiej widowni. 

Fabularnie "Cemetery of Terror" rżnie na potęgę zarówno z "Halloween" Carpentera jak i innych slasherów. Mamy szalonego mordercę, który podczas ucieczki ze szpitala psychiatrycznego zostaje zastrzelony i grupę nastolatków, którzy postanawiają spędzić wieczór święta halloween w wystrzałowy sposób. Jedna z dziewczyn ma vipowskie zaproszenie na koncert rockowy, ale daje się namówić swojemu chłopakowi na 'coś znacznie lepszego'. Trudno dziwić się jej frustracji gdy wychodzi na jaw, że pomysł jej faceta polegał na spędzeniu nocy w opuszczonym, zasyfionym domu położonym przy cmentarzu. Kiedy okazuje się, że siedzenie w brudnych fotelach i picie piwa może wykraczać poza ramy zrozumienia również dwóch pozostałych przedstawicielek płci pięknej, chłopaki znajdują w domu tajemną księgę służącą do przywoływania zmarłych i postanawiają poprawić humor swoim lepszym połówkom poprzez przeprowadzenie ceremonii. Skoro jednak do przywołania zmarłego potrzebne jest ciało, naturalną koleją rzeczy będzie wykradzenie takowego z miejskiej kostnicy. Nie muszę chyba pisać, czyje ciało przytargają swoim kombiakiem na pobliski cmentarz i jakie to będzie miało dla nich reperkusje?

Ustalmy jedną rzecz od razu. "Cementerio del Terror" jest filmem całkiem udanym. Zaledwie 23 letni wówczas Galindo doskonale wiedział jak wytworzyć klimat grozy. Zaczyna się już od napisów początkowych okraszonych dźwiękami ujadających psów, które w środku nocy potrafią wywołać ciarki na plecach. Reżyser nie marnuje czasu i chwilę później oglądamy próbę ucieczki z psychiatryka seryjnego mordercy o ksywie Devlon (nie, nie żartuję), który gołymi rękami szlachtuje w windzie kobietę by chwilę później zginąć od kul policji. Potem mamy typowe wprowadzenie bohaterów, wśród których oprócz wspomnianej szóstki nastolatków znajdują się również dzieci miejscowego kapitana policji oraz kopia doktora Loomisa grana przez ikonę meksykańskiego kina i telewizji, człowieka jednego wyrazu twarzy - Hugo Stiglitza. Kiedy młodzi rozgaszczają się w opuszczonym domu, Doktor Cardan (Stiglitz) próbuje za wszelką cenę doprowadzić do natychmiastowego skremowania truchła Devlona. Nieświadomi niebezpieczeństwa nastolatkowie zwijają mu ciało z przed nosa i od tej pory rozpoczyna się wyścig z czasem by zatrzymać to co i tak jest nieuniknione. 

Przez pierwsze 40 minut nie dzieje się szczególnie wiele, ale absolutnie nie wieje nudą. Akcja idzie do przodu w sposób płynny, a od momentu wskrzeszenia naszego mordercy tylko przyśpiesza i nie ma zamiaru zwolnić aż do końca. Duże wrażenie robi scenografia. Cmentarz, na którym ma miejsce między innymi ceremonia wskrzeszenia zmarłego, jest naprawdę upiorny. Sam Devlon inspirowany jest niewątpliwie Michaelem Myersem, ale z wyglądu najbardziej przypomina Georga Eastmana z "Rosso Sangue" tyle, że chyba jeszcze bardziej brodatego. Swoje ofiary uśmierca najczęściej gołymi rękami poprzez machanie nimi po twarzach swoich ofiar i przyznaję, że akurat ten element nie wypada tu najlepiej. Morderca bardziej wygląda jakby rapował niż szlachtował swoje ofiary. Zachodzi też poważne podejrzenie w jaki sposób powstają te rany na twarzach i szyjach jego ofiar skoro on sam nie ma nawet specjalnie długich paznokci, ale jest to argument, który łatwo zbić klasycznym i niepodważalnym 'weź się nie dopierdalaj'. Poza wspomnianym 'śmierć rapem' Devlon posługuje się również toporem, a jak trzeba to i powiesi kogoś na wieszaku, choć na żadne gore nie liczcie. 

Do momentu szlachtowania nastolatków wszystko idzie ładnie, klimat jest gęsty, muzyka co jakiś czas przypomina nam, że tu się ogląda horror i nie ma żartów, ale nagle... bohaterowie nam się kończą. Wtedy na scenę wkraczają wspomniane wcześniej dzieciaki, które z jakiegoś  powodu postanawiają halloweenowych cukierków szukać w okolicach cmentarza. Od tej pory nieco zmienia nam się odbiór filmu. Kiedy za bohaterów mamy małe dzieci, mało kiedy i mało który twórca zdecyduje się na dalsze szlachtowanie. Galindo próbuje nam to wynagrodzić w godny podziwu sposób bo poprzez wskrzeszenie trupów spoczywających na cmentarzu i chociaż ich charakteryzacja jest naprawdę świetna, a sposoby zmartwychwstania wizualnie efektowne, to napięcie trochę z ekranu ulatuje z wcześniej wymienionego powodu. Końcówka przypomina więc bardziej film telewizyjny w stylu "Midnight Hour", gdzie trupy wprawdzie się panoszą, ale niewiele z tego wynika. Z tonu spuszcza również sam Devlon, który sporo traci ze swej morderczej skuteczności. 

Wspomniałem wcześniej, że "Cementerio del Terror" jest filmem udanym ale muszę dodać, że jest też filmem nierównym. Pierwsza połowa to umiejętne budowanie napięcia, dość sprawnie i szybko realizowane ekranowe zgony, a druga to w większej mierze popis efektów specjalnych. Nie czepiam się bo nadal fajnie się to ogląda, ale jeszcze fajniej by było gdyby te pięknie ucharakteryzowane żywe trupy rozerwały kilku ludzi na strzępy. Debiut Galindo zaliczył więc udany, ale prawdziwa dawka srogiego gnoju w jego wykonaniu miała nadejść kilka lat później...

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin