W lesie dziś nie zaśnie nikt

Opublikowano: 22-03-2020 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: Polska
Rok produkcji: 2020
Czas trwania: 105 min
Reżyseria: Bartosz M. Kowalski
Scenariusz: Bartosz M. Kowalski, Mirella Zaradkiewicz, Jan Kwieciński
Muzyka: Radzimir Dębski
Zdjęcia: Cezary Stolecki
Obsada: Julia Wieniawa, Wiktoria Gąsiewska, Michał Lupa, Stanisław Cywka, Gabriela Muskała
Dystrybutor VHS: -

'Pierwszy polski horror', 'pierwszy polski slasher' - to określenia, które mimo że nieprawdziwe, wywołały na pewien czas szybsze bicie serca u wielu miłośników filmowej grozy, z krainy oscypkiem i śliwowicą płynącej. Wszystko za sprawą 'W Lesie Dziś nie Zaśnie Nikt' w reżyserii Bartosza Kowalskiego, autora głośnego 'Placu Zabaw', który postanowił zmierzyć się z tym niezwykle popularnym na świecie podgatunkiem grozy. 

O tym, że nie jest to pierwszy polski horror wie chyba każdy, nawet średnio zorientowany widz. Nie odwołując się już do czasów tak zamierzchłych jak 'Wilczyca' Marka Piestraka, czy jej sequel. Wystarczy wspomnieć 'Legendę' Mariusza Pujszo, 'Porę Mroku' Grzegorza Kuczeriszki, czy 'Leśne Doły' Sławomira Kulikowskiego. Jeżeli zaś chodzi o 'pierwszy polski slasher' to upierałbym się, że w dużej mierze była nim wspomniana już 'Legenda', która łączy w sobie klasyczną opowieść o duchu z typowo slasherową zamaskowaną postacią, eliminującą kolejno bohaterów przebywających na zamku. 

Film Kowalskiego, trzeba mu oddać, jest jednak pierwszym polskim Backwoods slasherem, inspirowanym ewidentnie takimi produkcjami jak seria 'Wrong Turn', czy 'Hatchet' choć napiszmy to wprost - w porównaniu do bardziej znanych kolegów - skrajnie nieudanym.

Nie oznacza to, że 'W Lesie Dziś nie Zaśnie Nikt' jest filmem beznadziejnym. Nie lubię używać tego zwrotu, ale niestety tu trzeba go użyć - 'jak na polskie warunki' jest w miarę ok. Widać, ze jest to produkcja z budżetem, dzięki czemu od strony technicznej stoi na na zupełnie przyzwoitym poziomie. Zdjęcia Cezarego Stoleckiego są naprawdę w porządku, montaż nie przypomina teledysku, a scenografia i lokacje są najmocniejszymi punktami filmu. Co do muzyki, to mam mieszane uczucia i generalnie jestem bardziej na 'nie', ale potrafię zrozumieć tych, którym jej oszczędność przypadła do gustu. 

Największym wrogiem efektu końcowego jest niestety scenariusz. Oprócz reżysera, odpowiedzialne za niego są jeszcze dwie osoby i gołym okiem widać, że te wizje nie były do końca spójne, co w ogólnym rozrachunku czyni film bardzo nierównym. To jedna jego wada. Drugą jest to, że skrypt jest  nieciekawy, schematyczny i pozbawiony pikanterii oraz mięsistych dialogów. Oglądając film miałem wrażenie, że scenariusza nie było wcale, jedynie ogólny zarys fabuły rozpisany na kilka kartek, a dialogi były w pełni improwizowane na planie przez aktorów, bardzo mało kreatywnych zresztą bo te brzmią jak rozmowy rodziców na podwórku albo pań robiących zakupy w sklepie. Taki totalny naturalizm zdawał egzamin w niemalże dokumentalnym stylu 'Placu Zabaw', ale slasher potrzebuje dobrych, konkretnych dialogów, z których można się pośmiać, które można zapamiętać, takich które ukierunkują bohaterów na lubianych lub nie. Zamiast tego mamy ludzi po prostu do bólu nijakich. Chodzą po lesie, smęcą coś pod nosem, czasem wymienią zdanie kompletnie bez historii. Ciężko by było aby to się udało nawet przy udziale dobrych aktorów, a warto podkreślić, że dobrzy aktorzy, to w tym filmie gatunek krytycznie zagrożony wyginięciem. Nie miałem pojęcia kim jest Julia Wieniawa, dowiedziałem się dopiero z wywiadu z reżyserem, który twierdził, że jest to aktorka niedoceniana, z dużym potencjałem. Jeżeli tak, to potencjał ten pozostał głęboko ukryty. Wieniawa kompletnie nie radzi sobie z główną rolą, cały czas prezentuje tę samą smutną minę z gatunku 'ona już wie, ale nic na to nie poradzi' i niewiele w niej życia. Równie bezbarwny, choć przynajmniej aktorsko kompetentny jest Stanisław Cywka, a Michał Lupa wyróżnia się tylko pocieszną aparycją, grać zdecydowanie nie powinien, a już na pewno nie większe role. Z głównych bohaterów jedynie Gabriela Muskała i Wiktoria Gąsiewska wypadają pozytywnie. Pierwsza to weteranka, która tak proste role może grać z miejsca, wybudzona w środku nocy, a druga ma spory urok i prezencję ekranową. Jej rola to zmarnowany potencjał i choć na papierze jest to postać puszczalskiej blondynki, to młoda aktorka wyciągnęła z tego coś więcej, tworząc bohaterkę bardziej skomplikowaną i sympatyczną niż jej zagraniczne odpowiedniki w tego typu filmach. Z kolei epizodyczne role Piotra Cyrwusa (ksiądz, obowiązkowo wożący się luksusową limuzyną), Olafa Lubaszenki (policjant) i Wojciecha Mecwaldowskiego (kierownik obozu) sprawiają wrażenie producenckiego zapychacza marketingowego. Nieudany jest szczególnie ten ostatni.  Mecwaldowski, skądinąd świetny aktor, zdecydowanie przedawkował z przerysowaniem swojej postaci czyniąc ją skrajnie nieśmieszną i karykaturalną.  Aha, w filmie występuje też Mirosław Zbrojewicz, ale to w zasadzie tyle co można na temat jego roli napisać. Popularny 'Grucha' zagrał tak, jakby wpadł na plan w ramach przysługi, śpieszył się i w myślach koncentrował  już na próbie teatralnej albo innej, ważniejszej roli. Obecny jest bardziej ciałem niż duchem, a szkoda bo to zadaniem jego postaci jest przybliżenie widzom mrocznej historii sprzed lat i w jego wykonaniu jest to historia bez historii. 

Kolejny kamyczek do ogródka twórców to krwawe sceny - w slasherze, w zasadzie obowiązkowe, szczególnie kiedy ma się za morderców dwóch otyłych brzydali o niemalże nadludzkiej sile. Z przykrością informuję, że sceny śmierci są do bólu nieefektowne i to pod warunkiem, że w ogóle dane jest nam je zobaczyć. Potwierdza się, że o ile ludzi, którzy są w stanie zrobić dobrą charakteryzację mamy, to twórców krwawych efektów gore już nie. Dobitnym tego przykładem jest scena śmierci jednej z bohaterek, która rozmawia z kolegą.  Podczas jego monologu kamera cały czas pokazuje nam tylko jego twarz. Kiedy kończy mówić, kamera przechodzi już na efekt końcowy - dziewczyna ma głowę przebitą metalową rurą, którą od tyłu delikatnie tarmosi nasz morderca. Na to nawet najlepszy montażysta niewiele mógł poradzić. Być może niedzielny widz tego nie zauważy, ale dla mnie tego typu tricki były bolesne, a żeby nie psuć nikomu ich wyłapywania, zdradziłem tylko jeden z nich. 

Nie pisałem niczego o fabule jako takiej bo ta jest umowna i sprowadza się do grupki ludzi w lesie, systematycznie eliminowanej przez mniej lub bardziej tajemniczego mordercę. Z jakiego powodu się tam znaleźli - dowiecie się z filmu, ale szybko przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie, więc nawet nie warto zawracać tym sobie głowy.

 'W Lesie Dziś nie Zaśnie Nikt' nie zmieni waszego życia, prawdopodobnie nie zapadnie wam w pamięć na dłużej niż godzinę i raczej pozostawi duży niedosyt bo nie umywa się do każdego sequela 'Wrong Turn', czy dziesiątek innych współczesnych zagranicznych produkcji na rynek video. Powiela te same schematy i z reguły robi to w znacznie gorszy sposób. Zabójca to taki Victor Crowley w wersji XXL lub jak kto woli, bardziej obleśna wersja Buddy'ego ze 'Slaughterhouse' Roesslera. Mnie osobiście cieszy, że dawka nieśmiesznej komedii jest znacznie mniejsza niż sugerowały zwiastuny i dominuje poważny, momentami wręcz nadmiernie pompatyczny ton.  Film jest dostępny na platformie Netflix i wypada się z nim zapoznać chociażby z samej ciekawości. Wszakże mimo jego przeciętności, nieprędko dostaniemy w Polsce coś równie dobrego, o lepszym nawet nie wspominając.

Aha i na litość Boską, Panie Kowalski, chłopino -  wymawia się 'slaszer', nie 'sleszer'.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin