Cujo

Opublikowano: 21-05-2019 przez: Król Zombich

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: USA
Rok produkcji: 1983
Czas trwania: 91 min
Reżyseria: Lewis Teague
Scenariusz: Don Carlos Dunaway, Lauren Currier
Muzyka: Charles Bernstein
Zdjęcia: Jan de Bont
Obsada: Dee Wallace, Danny Pintauro, Daniel Hugh Kelly, Christopher Stone, Ed Lauter
Dystrybutor VHS: Best Film, VIP

   "(...) Cujo zawsze starał się być dobrym psem. Starał się robić wszystko, o co prosili go lub czego oczekiwali jego pan, jego pani, a przede wszystkim jego chłopiec. Gdyby było trzeba, oddałby za nich życie. Nigdy nie chciał nikogo zabijać. Coś upatrzyło go sobie na swoją ofiarę – być może przeznaczenie, być może ślepy los, a może tylko choroba zwana wścieklizną, wyniszczająca układ nerwowy. Świadoma wola nie miała tu nic do rzeczy. (...)" - Stephen King, “Cujo”.

   Odkąd światło dzienne ujrzała powieść Lewisa Carrola pt. „Alicja w Krainie Czarów” każdy wie, że pogoń po polu za białym królikiem może zakończyć się w sposób zupełnie nieoczekiwany.  Można mianowicie zapędzić się aż do króliczej nory, a tam… otworem czeka na nas świat będący całkowitym wynaturzeniem tego, który znamy; świat, którego przetransformuje nas o 180 stopni. W nim odkryjemy swoją drugą naturę. W komiksach i filmach o Batmanie przekonał się o tym mały Bruce Wayne, gdy, podążając za królikiem, wpadł do jaskini zamieszkanej przez nietoperze, który to incydent miał niebagatelny wpływ na jego przyszłe życie. Z kolei w powieści Stephena Kinga pt. „Cujo” królika próbował złapać pewien przyjaźnie usposobiony do ludzi bernardyn. Pędząc za kicającym po polu zajęczakiem, poczciwy pies wpadł – jakżeby inaczej – wprost do króliczej nory, w której, podobnie jak w opowieściach o Batmanie, żyły nietoperze. Nietoperze okazały się być zarażone wścieklizną i dotkliwie pokąsały Cujo. Wkrótce po  tym zdarzeniu dobrotliwy bernardyn stał się zaprzeczeniem samego siebie: agresywnym, śmiertelnie niebezpiecznym potworem stwarzającym zagrożenie dla każdego, wliczając w to właścicieli.

   W tym samym miasteczku, noszącym wdzięczną nazwę Castle Rock, żyło małżeństwo Trentonów z czteroletnim synkiem, Tadem. Ich sielankowe życie, typowe dla amerykańskiej małomiasteczkowej klasy średniej, mogłoby trwać i trwać, gdyby nie… pokusa pogoni za królikiem. Ulega jej Donna Trenton, decydując się na zdradę żyjącego w rozjazdach męża z poetą-obieżyświatem, szalonym Steve’m, Kempem. Ów skok w bok, poczyniony z nudów i ciekawości, był niczym przekroczenie granic króliczej nory i skończył się zniszczeniem fundamentów, na których Trentowie zbudowali swoje rodzinne szczęście. Zdrada zainicjowała splot okoliczności, które zarówno Donnę, jak i małego Tada, doprowadziły  wprost do serca koszmaru: do spotkania z wściekłym, toczącym cuchnącą pianę i pałającym żądzą mordu Cujo. W końcowym akcie książki zarysowana została iście survivalowa sytuacja: matka i syn, uwięzieni w rozgrzanym od słońca Fordzie Pinto, toczą śmiertelną walkę z czworonożną „niepowstrzymaną siłą”, jak z języka Indian tłumaczy się podobno słowo „cujo”.

   O ile wydana w 1981 roku powieść uchodzi za jedną ze słabszych w dorobku Kinga (z czym absolutnie się nie zgadzam), to raczej nie ma wątpliwości, że jej filmowa adaptacja w reżyserii Lewisa Teague („Aligator”) zalicza się do kanonu nie tylko najdoskonalszych ekranizacji prozy „króla horroru”, ale też najlepszych filmów spod znaku „animal attack”, jakie kiedykolwiek nakręcono. Nic dziwnego, bowiem potencjał na trzymające w napięciu kino grozy „Cujo” ma większy niż jakikolwiek inny utwór Kinga: fabuła jest tu stosunkowo prosta, napięcie narasta powoli lecz sukcesywnie, a ostatni akt to pełen suspensu samograj, który aż sam się prosi o przeniesienie na ekran. 

   Teague, owszem, wykroił z powieści Kinga kawał znakomitego kina, choć gdyby nie potraktowanie po łebkach kilku ważnych wątków film mógłby być jeszcze lepszy. Tymczasem pierwsza połowa – szczególnie sceny, w których kamera skupia się na rodzinnych problemach Trentonów – wypada nieco bezbarwnie, zwłaszcza w konfrontacji z drugą częścią, w której Cujo ujawnia pełnię swych morderczych instynktów. Brakuje intrygująco naszkicowanej w książce panoramy społeczności Castle Rock, która w bliższej perspektywie okazywała się być zbiorowiskiem indywiduów: wykolejeńców, alkoholików, ludzi z problemami socjalnymi i zdrowotnymi. Nie znajdziemy w filmie inteligentnego kingowskiego przeplatania wątków, równolegle ukazujących degradację rodzinnego szczęścia Trentonów i spustoszenia, jakie w mózgu Cujo czyni wścieklizna. Halucynacje małego Tada, który widzi potwory w szafie, nic w filmie nie znaczą, choć w książce miały podobną wagę, co wizje Danny’ego w „Lśnieniu”: majaczyła w nich zapowiedź nieuchronnego niebezpieczeństwa. Również aktorzy nie wysilają się zbytnio, aby uczynić grane przez siebie postacie ciekawymi. Z całego zespołu ponad nijakość wybijają się właściwie tylko Dee Wallace (zawsze niezawodna w rolach pań zagrożonych domów) i Ed Lauter jako tyranizujący własną rodzinę redneck, właściciel naszego zbieszonego czworonoga. 

   Jednak o kompozycyjnych niedociągnięciach szybko zapominamy, gdy Teague opuszcza świat rozterek obyczajowych by skupić się na kreowaniu napięcia i atmosfery. Czyni to po mistrzowsku, gładko przechodząc od idyllicznej, wręcz disneyowskiej w klimatach sekwencji z psem goniącym królika po polu, przez niepokojące sceny nocnych lęków małego Tada, po niemal oniryczne ujęcia z „odmienionym” Cujo wyłaniającym się z porannej mgły, jakby powracał z innego wymiaru. Wisienką na torcie są oczywiście wspomniane już momenty kulminacyjne, w których schronieni w zepsutym samochodzie Donna i Tad odpierają nieustanne ataki toczącego pianę wścieklizny bernardyna, raz po raz przypuszczającego mordercze szarże na ich blaszaną „twierdzę”. Poziom adrenaliny przekracza w tych scenach dopuszczalne dla zdrowia normy, sowicie rekompensując nam niemrawą pierwszą połowę filmu. Obok „Pojedynku na szosie”, „Terminatora” czy „The Shallows”, finałowe sceny „Cujo” ukazują jedno z najbardziej emocjonujących, ściskających krtań filmowych starć osaczonego człowieka z zapamiętałym potworem, który ma tylko jeden cel: dopaść i zabić. Metody, jakich użyli na planie treserzy i charakteryzatorzy, aby z łagodnego bernardyna uczynić monstrum, przeszły do legendy. Wystarczy powiedzieć, że ekranowy Cujo to najwścieklejsze, najbardziej bezwolne wobec własnej agresji i najgoręcej dymiące testosteronem zwierzę ekranu do czasu pawiana Typhoona z „Shakmy”.

   Niewiele zabrakło tu do arcydzieła. Bardziej angażującego pociągnięcia wątków obyczajowych, wyrazistszego drugiego planu, nieco większej konsekwencji w budowaniu dramaturgii w pierwszej połowie. A tak „Cujo” łamie się na dwie nierówne części – jedną dość przeciętną, przeplecioną paroma znakomitymi momentami, drugą genialną. Na szczęście to ta druga rzutuje na odbiór całości, najmocniej zapada w pamięć i sprawia, że „Cujo” po dziś dzień stanowi wzorcowy przykład horroru animalistycznego. Posiada też niezaprzeczalne walory formalne: montaż Neila Travisa, który już w „Szczękach 2” pokazał, jak zaskoczeniem wbija się widza w fotel, wpadającą w ucho instrumentalną muzykę Charlesa Bernsteina („Koszmar z ulicy Wiązów”), oraz świetne zdjęcia Jana De Bonta, wybitnie podgrzewające atmosferę najlepszych partii. Zsumowane zalety „Cujo” zdecydowanie biorą górę nad pewnymi wadami tego ogólnie znakomitego filmu.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin