Critters: A New Binge

Opublikowano: 26-03-2019 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Seriale
Kraj: USA
Rok produkcji: 2019
Czas trwania: 10 min
Reżyseria: Jordan Rubin
Scenariusz: Al Kaplan, Jon Kaplan, Jordan Rubin
Muzyka: Al Kaplan, Jon Kaplan
Zdjęcia: Adam Sliwinski
Obsada: Joey Morgan, Stephi Chin Salvo, Bhzaun Rhoden, Kirsten Robeek, Jocelyn Panton
Dystrybutor VHS: -

Lubicie Crittersy? Ja uwielbiam. Nawet nie tyle same filmy co tytułowe potworki, które po raz pierwszy zobaczyłem w zwiastunie telewizyjnym. Miałem wtedy z 6 lat i widok grupy stworków siejących bardachę w barze z hamburgerami nieźle mnie przestraszył i wrył się w pamięć na zawsze. Wówczas nie było szans na obejrzenie filmu. Moją matkę koleżanka musiała przekonywać by pozwoliła mi obejrzeć "Blues Brothers", o "Crittersach" nie mogło być mowy. Kilka lat później przyszły seansy z kaset VHS i miłość do Krytów na całe życie, na dobre i na złe. Wyznacznikiem potworków w filmach zawsze byli Kryci. Fanem byłem zawsze, moja ksywka wzięła się od tego filmu, nawet swój pierwszy angaż jako recenzent dostałem opisując "Critters 2". To musieli wymóc na właścicielu strony chyba sami Kryci bo tekst był niewiele lepszy od poprzednich, za które byłem oblewany. 

Po co się tak produkuję, pisząc rzeczy, które nikogo poza mną nie obchodzą? Ano dlatego żeby uzmysłowić wam, że "Crittersami" oddycham. Nie jestem już dzieciakiem, ale kiedy o nich mówię czuję się jakbym był. Wiele lat czekałem na nowy film z udziałem ukochanych kosmicznych jeżozwierzy i kiedy dowiedziałem się, że powstaje serial, nic nie było w stanie zmącić mej radości - ani fakt, że to zaledwie 8 odcinków po około 10 minut, ani dość tanio wyglądający trailer ani nawet skrajnie negatywne głosy po amerykańskiej premierze. No bo przecież pracowano nad tym latami, bo przecież reżyserem jest Jordan Rubin, twórca fantastycznego "Zombeavers", bo znowu zobaczę ukochane stworki i co najważniejsze - bo będą one pod postacią kukiełek, a nie jakby duch XXI wieku (spieprzaj dziadu) nakazywał - cyfrową. I wiecie co? Gówno. Bardzo chciałem, ale się zesrałem, bynajmniej nie ze szczęścia.  

Zesrali mi się na głowę twórcy (głównie scenarzyści), zesrali mi się na głowę twórcy efektów specjalnych, zesrał mi się na głowę reżyser nadzorujący to wszystko. Wiem, brzmi wulgarnie, prostacko i hipstersko, ale tak się czuję. Wszelkie zapowiedzi, że to serial od fanów dla fanów poszły się jebać. Jasne, mógłbym to napisać w sposób bardziej kulturalny, ale nie chcę - jestem chamem, ale to co Rubin i jego koledzy zrobili wiernym fanom serii jest jeszcze większym chamstwem.

Zacznę może od pozytywnych aspektów tejże produkcji. Jest jeden - Jocelyn Panton. Jest prześliczną i utalentowaną aktorką, co miałem okazję wychwycić już w kilku innych produkcjach. Chciałbym teraz napisać, że odgrywa ona w serialu kluczową rolę, ale nie - trzeci plan i trzy odcinki to wszystko. Na dobrą sprawę nie powinna nawet zapadać w pamięć bo jej postać jest w przekroju całej tej historii kompletnie nieistotna - dlaczego więc zapadła? Bo jak już wspomniałem jest prześliczna i potrafi grać. Domyślcie się zatem jak prezentuje się ta istotniejsza część obsady.

Tym samym przechodzimy do minusów. Główni bohaterowie to oczywiście nic odkrywczego, klisza goni kliszę choć jedna rzecz zaskakuje - głównym bohaterem jest niewyjściowy grubas. Zabieg interesujący i może nawet fajny na papierze,  ale w praktyce wypada bardzo źle bo Joey Morgan jest tak jak napisałem wcześniej gruby i niewyjściowy. Nic więcej nie da się o nim napisać. Ani nie ma fajnych tekstów ani nic fajnego na ekranie nie robi, a przede wszystkim - nie umie grać. Jego najlepszym kumplem jest murzyn grany przez 'aktora' o imieniu i nazwisku, którego bez wypicia kilkunastu piw nawet nie będę próbował wymawiać. Do tego dochodzi matka erotomanka, która stuka się częściej niż samochód taksówkarza chcącego wyłudzić pieniądze z ubezpieczenia oraz Azjatka (yeah, multi kulti mode on) będąca obiektem westchnień naszego grubasa. Do tego są też łowcy nagród. Jeden wygląda jak marna parodia Danny'ego Glovera (a nie lubię Glovera, weźcie to pod uwagę), a drugi jak budżetowy krokodyl Dundee z australijskiego Lidla. No, ale o nich wspominam tylko po to aby drzeć łacha bo ich udział ogranicza się głównie do biegania po planszy z greenscreenem i udawania, że są w Australii, a tło które niemalże wrzyna im się w szyje jest najprawdziwszą krainą kangurów. Tych tekturowych postaci jest oczywiście więcej - wujek Azjata, który każde słowo próbuje wypowiadać tak by brzmiało śmiesznie, kompletnie bezpłciowa pani szeryf i jej nieśmieszny zastępca oraz kilku innych, ale zdążyłem już o nich zapomnieć, tak bardzo byli użyteczni na ekranie.

Na temat zdjęć, montażu i muzyki szerzej wypowiadać się nie będę - wszystkie te elementy są obecne i tyle. Nie wybijają się na plus w żaden sposób (muzyki już nie pamiętam, a jestem 30 minut po seansie) a minusów jest tu tyle, że nawet czepiając się, tutaj bym odpuścił. Jest kompetentnie i nie było kręcone na telefonie - mnie to wystarczy.

Co sprawia, że "Critters: A New Binge" okazało się kompletną porażką? Trzy rzeczy. O aktorach już wspomniałem, ale uściślę - prezentują żenujący poziom. Reżyser pozatrudniał komików, którzy kompletnie nie są śmieszni. Spore osiągnięcie. Dosłownie nikt z głównych bohaterów nie ma nawet namiastki prezencji ekranowej, o charyzmie nawet nie próbuję się zająknąć. Ktoś powie - to młodzi ludzie i nie mają nic do grania. Owszem. Ale zawodowi aktorzy powinni przynajmniej sprawiać wrażenie, że są zawodowymi aktorami, a nie ludźmi z łapanki, którzy przed kamerą stają po raz pierwszy i dalej czekają na wskazówki od reżysera mimo że okrzyk 'akcja' usłyszeli już dobrą chwilę wcześniej. 

Druga rzecz, która położyła tę produkcję, to scenariusz. Właściwie powinienem napisać 'luźny zlepek skeczy' bo tak to właśnie wygląda. Niby fabuła do czegoś zmierza, niby twórcy mają jakiś plan, ale im dalej w las,tym okazuje się on tak przeraźliwie absurdalny i debilny, że ciężko uwierzyć, że powstał naprawdę, z wyprzedzeniem, a nie w formie improwizacji na planie. Główną rolę odgrywa tu humor. Przyznaję, śmiałem się do rozpuku na "Strasznym filmie", a kiedyś nawet na "American Pie", więc wiedzcie, że nie mam wysokich wymagań, ale to co się tutaj odjaniepawla przekracza wszelkie granice filmowego smaku. Żarty i gagi są tak przeraźliwie żenujące, że przecierałem oczy ze zdumienia. Ten sam człowiek, który tak umiejętnie operował humorem w "Zombeavers" kompletnie się pogubił. Miał być szacunek dla fanów serii, a zamiast tego mamy nawiązania do "Matrixa", "Mission Impossible", czy "Terminatora 2" (to ostatnie już naprawdę oklepane). 

Za każdym razem kiedy zastanawiałem się, czy może być coś jeszcze bardziej żenującego, twórcy mówili - potrzymaj mi piwo i wyskakiwali z czymś jeszcze głupszym, a potem to piwo radośnie rozlewali mi na łeb, poprawiając zaflegmioną śliną. Może bym to wszystko nawet jakoś przebolał gdyby dotyczyło tylko elementu ludzkiego, który i tam miałem kompletnie w dupie, ale niestety - zbeszczeszczona została świętość w postaci - Krytów (nawiasem mówiąc nawet nazwy gatunku nie potrafiono tu wymówić poprawnie i raczono nas słowem 'Crites' zamiast 'Krites' - tak, mam ból dupy nawet z tego powodu). Kosmiczne jeżozwierze w całym tym przedsięwzięciu to taki totalny comic relief. W niczym nie przypominają zachowaniem tych z oryginalnej serii. Oryginalni Kryci, pomimo swej urokliwości wizualnej byli śmiertelnie niebezpiecznymi przeciwnikami. Filmy miały lżejsze momenty, ale nigdy nie nazwał bym ich komedią. 

"Critters: A New Binge" to komedia pełną parą. Nie ma tu mroku, są za to gadające crittersy, którym morda się nie zamyka, rzucają czerstwymi łanlajnerami na potęgę, a ich język bardziej przypomina japoński (lub inny azjatycki) aniżeli mowę przybyszów z innej planety. Nie zrozumcie mnie źle - uwielbiam to, że Kryci mają swój język, a ich teksty w oryginalnych filmach miały sens, cytuje się je do dziś bo były adekwatne do sytuacji. Kryci to żarłoczne, ale też cwane i złośliwe stworzonka. Dzięki bełkotowi scenarzystów, w tym serialu tego nie widać. Z drugiej strony ci sami scenarzyści, którzy robią z Krytów debili, budują nam wizję ich wielkiego imperium. Ogromne statki kosmiczne, zaawansowane technologie i ...chęć zawładnięcia światem. A wszystko to pod rządami...kryciego prezydenta. 

Trzeci i ostatni z głównych problemów nowych "Crittersów", to efekty specjalne. Można się było tego spodziewać, ale nie sądziłem, że będzie aż tak źle. Komputerowych efektów jest zatrzęsienie. W zasadzie nie skłamię jeśli powiem, że wszystko poza kukiełkami Krytów to CGI. Gore? Jak na lekarstwo, ale kiedy już jakieś jest, to pod postacią super taniej cyfry. Transformacje łowców nagród? CGI. Przestrzeń kosmiczna i wszystko co z nią związane? CGI. Chryste, nawet uśmiercane crittersy giną w formie cyfrowej. O ile jeszcze pierwsza scena, gdzie Kryci oglądają w telewizji film z koszmarnej jakości cyfrowym potworem i naśmiewają się z tego jak sztucznie wygląda, ma jakiś sens komediowy, to zanika on błyskawicznie, gdy okazuje się że wszystkie efekty cyfrowe są na tym poziomie, a żart przestał właśnie być żartem i zmienił się w żenadę.

Zachodzę w głowę dlaczego producenci nie zdecydowali się na okrojenie scenariusza z bardziej ekstrawaganckich scen by nie robić pośmiewiska. Jeżeli coś jest za drogie, to naprawdę lepiej z tego zrezygnować. Najgorsze jest to, że po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że o to właśnie chodziło - miało być jajcarsko, miało to być "Sharknado"  z crittersami zamiast rekinów, miało być na siłę śmiesznie żeby skretyniałe, jarające zielsko nastolatki mogły się śmiać i krzyczeć 'so bad it's good'. Żeby trafić do nowego pokolenia, które nigdy nie oglądało oryginalnych filmów, żeby przypodobać się młodzieży. Pierwsze 3 filmy z udziałem Krytów nie były tak złe, że aż dobre. Były po prostu świetne. Nikt tam nie silił się na klozetowy humor. Śmieszne sytuacje powstawały naturalnie. Tutaj jest dokładnie na odwrót i dlatego w oryginałach uśmiech pojawiał się na twarzy kiedy pewien Kryt wypowiadał kultowe dziś zdanie 'Cheeseburgers...no bones!' lub podczas wspomnianej wcześniej rozpierduchy w barze z burgerami, a w serialu Rubina zmuszają nas byśmy się śmiali z tego, że jeden z Krytów przerżnął kobietę albo z tego, że Kryci mają swego prezydenta, który nosi garniak i ma futerko zaczesane na tył głowy...a no i przez specjalną maszynę potrafi mówić ludzkim głosem. Boki zrywać.

Na sam koniec kilka słów odnośnie głównych bohaterów, tytułowych stworków. Owszem, wykonano je pod postacią kukiełek. Za to oczywiście plus bo zdecydowanie na nie poszła największa część budżetu. Doceniam ciężką pracę i dobre chęci ale efekt jest....kiepski. Zdaję sobie sprawę, że to nie ten budżet, że serial był tańszy od każdej części "Crittersów", ale ich wygląd jest mocno 'plastikowy'. Design niby podobny, ale bardziej przypomina pluszaki masowej produkcji wykonane z niższej jakości chińskiego lateksu niż dzieło twórców efektów specjalnych. Niektóre egzemplarze wyglądają lepiej, niektóre naprawdę źle, ale żaden nie zbliżył się poziomem do kreacji braci Chiodo. To po prostu nie ten poziom, ani pod względem wyglądu ani zakresu ruchów. 

Bardzo chciałem polubić "Critters: A New Binge", ale niestety nie potrafię. Liczyłem na w miarę dobre kraftowe piwo, ale zamiast tego twórcy zaserwowali mi ciepłego 'Żubra' z puszki. W szkolnej skali wystawiam słabe 2 i to tylko dlatego, że miło było popatrzeć na kukiełki i Jocelyn Panton. 

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak zapomnieć o tym serialowym niewypale i z nadzieją oczekiwać pełnometrażowego filmu dla stacji Syfy Channel do którego zdjęcia niedawno zakończono w RPA. Biorąc pod uwagę, że za projektem stoją producenci nowego "Leprechauna", a w obsadzie znalazła się Dee Wallace, wierzę, że otrzymamy coś znacznie lepszego, przywracającego Krytom dobre imię. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin