The Void

Opublikowano: 12-07-2018 przez: Przemo

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: Kanada, USA
Rok produkcji: 2016
Czas trwania: 90 min
Reżyseria: Jeremy Gillespie, Steven Kostanski
Scenariusz: Jeremy Gillespie, Steven Kostanski
Muzyka: Blitz//Berlin
Zdjęcia: Samy Inayeh
Obsada: Aaron Poole, Kenneth Welsh, Daniel Fathers, Kathleen Munroe
Dystrybutor VHS: -

Pewne filmy po prostu trzeba obejrzeć. Bez zbędnych pytań, bez wdawania się w szczegóły, streszczenia, szukania opinii, porównań, wprowadzeń i co najważniejsze - spoilerów. Zwłaszcza, kiedy może potwierdzić się maksyma, że jeśli twórcy mają trafić w gusta starych horrorowych wyjadaczy wychowanych w dobie 80s, to zapewne rozminą się ze wszystkimi innymi dookoła. Tą drogą dochodzimy właśnie do filmu "The Void", będącego zjawiskiem, z którym musicie osobiście stanąć w szranki, choćby po to tylko, aby przekonać się na własnej skórze, czy czasem nie ominęliście jednego z ciekawszych wydarzeń w świecie kina grozy ostatnich lat, czemu oczywiście przeczą jego średnie oceny na topowych witrynach poświęconych filmom. Na słowo honoru jednakże mało kto komu w tych czasach wierzy, zatem - jeżeli wychowaliście się na horrorach Romero, Carpentera, Barkera i Lovecrafcie; jeżeli cenicie praktyczne efekty specjalne oraz mroczne, duszne i klaustrofobiczne seanse, gdzie kamera nie ucieka od scen gore, a jakiekolwiek niedopowiedzenia jedynie podsycają waszą wyobraźnię, zapraszam na zagraniczne serwisy sklepowo-aukcyjne, gdzie "The Void" kupicie za grosze. Skąd taki entuzjazm, postaram się wyjaśnić w dalszej części tekstu.

Jako, że sam na początku nie wierzyłem, nadmienię iż "The Void" pozyskał mnie trailerem. Kilka sugestywych zdjęć, postaci, efektów specjalnych i podszedłem do tytułu z pewnymi konkretnymi oczekiwaniami. Już od pierwszych minut seansu reżyserski duet Gillespie/Kostanski - niczym stare włoskie kombo Mattei/Fragasso - upewnił mnie w przekonaniu, że trafiłem bez pudła: z tajemniczego domostwa ucieka śmiertelnie przerażony mężczyzna, którego śladem idzie dwóch uzbrojonych ludzi. Po drodze podpalają żywcem kobietę - ta również usiłowała ucieczki, jednakże nie miała tyle szczęścia, co jej kompan. Anonimowy uciekinier przedostaje się następnie przez las i dotarłszy do drogi wpada prosto na kończącego szychtę, znużonego szeryfa. Tutaj wstępnie zostaje nam nakreślone, że akcja filmu rozgrywa się na totalnym odludziu, gdzie odwiezienie nieprzytomnego rannego do jakiegokolwiek szpitala oznacza wyprawę, jak za morze. Niemniej szeryf staje na wysokości zadania i dowozi nieprzytomnego pasażera do kliniki, gdzie jak przystało na małomiasteczkowe realia wszyscy wszystkich znają. Na miejscu akcja rusza z kopyta. 

Najpierw dochodzi do brutalnego morderstwa dokonanego na cywilu przez jedną z pielęgniarek, która w niewyjaśnionych okolicznościach sama się okalecza, by wreszcie zaatakować szeryfa. Później pojawia się funkcjonariusz policji stanowej - nie inaczej! - przejmujący dowodzenie. W międzyczasie łączność radiowotelefoniczna ze światem zostaje przerwana. Okazuje się też, że śladem rannego podążają nie tylko dwaj myśliwi ale także niepoliczalna, zamaskowana grupa-sekta odziana w białe habity z symbolem trójkąta, stanowiącego najprawdopodobniej jakieś podprogowe medium ze Złem. Szeryf zostaje ranny a placówka otoczona. Za chwilę obsadę szpitala atakuje krwiożerczy potwór, w którego przemienia się ktoś, kto powinien być martwy. Pojawiają się myśliwi z prologu, lecz bez słowa wyjaśnienia biorą wszystkich za zakładników. Nie wiadomo, kto jest kim. Rozpętuje się chaos. A najgorsze ma dopiero nastąpić! 

Akcja pędzi do przodu, niemal jak na złamanie karku. Tempo pomaga przy tym utrzymać wybitnie elektryzująca ścieżka dźwiękowa, gdzie znajdziemy sporo industrialnych akcentów z domieszką dark ambientu w wydaniu m.in. kultowego "Lustmord". Co ciekawe syntezatory nie noszą żadnych charakterystycznych znamion motywów muzycznych wykorzystywanych w sztuce filmowej - soundtrack jest tym samym odhumanizowany, niepokojący i bez miary złowieszczy. Dzięki temu w całym niebezpiecznym audio-wizualnym szaleństwie film ogląda się, jak na szpilkach, w najwyższym skupieniu i napięciu do samego końca. I trzeba przyznać, że autorom bynamniej nie kończą się nigdzie po drodze pomysły. Wszelkie klasyczne inspiracje czerpane tu z najwybitniejszych dzieł kina i literatury grozy nie dość, że są serwowane z idealnym zachowaniem proporcji, to stanowią do tego praktycznie osobną jakość - "The Void" nie zamyka się w jednej szufladce i niczym monstrum z książki Harry Adama Knighta rozpuszcza filmowe macki ukazując znakomitą wszechstronność. Całość domyka festiwal praktycznych efektów gore znajdujący swoje miejsce i swój czas, dawkowany z aptekarską rozwagą. Jedyny cyfrowy rozmach, jaki ma miejsce na ekranie dochodzi do głosu w scenach panoramicznych, rozrysowujących niepokojące przestworza w scenach wizji, co kiedyś załatwiał tzw. matte painting (z creditsów wynika, iż spece od tegoż brali udział w projekcie). 

Kończąc wypada jeszcze określić na ile postacie filmowe są tutaj mięsem armatnim, a ile poznamy rzeczywistych bohaterów z prawdziwego zdarzenia. Kanadyjczyk Aaron Poole w głównej roli zagrał raczej to, co lubi (za serwisem IMDb) najbardziej, czyli lekko szujowatego stróża prawa. Rewelacyjna jest zwłaszcza scena, kiedy szeryf bojąc się zejść na niższe kondygnacje piwnicy wysyła przodem jednego z zakładników, którego śmierci nikomu nie byłoby szkoda. Cokolwiek wytrawna selekcja naturalna. Postać szeryfa jest odrobinę niechlujna i wulgarna, co świetnie zdaje egzamin w zaistniałym ekstremum. Między nim a jedną z pielęgniarek zachodzi chemia pozostała po ex-związku, który rozpadł się na fali poronionej ciąży - sympatyczna Kathleen Munroe w roli pielęgniarki uzasadnia akcję, kiedy trzeba i wprowadza pierwiastek, o który szeryf musi walczyć. Wsparcia udziela mu w tym charyzmatyczny Daniel Fathers wytykający wszystkim walczącym o przetrwanie ich błędy i typujący palcem, kto pierwszy pójdzie do piachu. Trochę czasu antenowego ma też Kenneth Welsh (doktor), weteran kina występujący na ekranie od lat 60-tych. Reszta mniej lub bardziej dobudowuje fabułę "The Void", gdzie nie ma miejsca na patetyczne wywody o dupie Maryny, bowiem zamiast tego widz zostaje wsadzony do nawiedzonego roller costera pędzącego przez prawdziwe piekło. 

Dopiero przy drugim seansie zacząłem dostrzegać jakiekolwiek mankamenty tego filmu.  W finale bowiem trafia się kilka dziur i nieścisłości fabularnych, co mógłby wyprostować chyba jedynie sequel. Nie zmienia to jednak faktu, iż "The Void" pozostaje bezbłędną jazdą bez trzymanki po konwencji, która napędzała rynek video w dobie magnetowidów, zatem mamy tu do czynienia z horrorem w pełnej jego definicji. A ci którym nigdy się nie dogodzi? Zawsze już będą pierdolić.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek