Annabelle: Creation (Annabelle: Narodziny zła)

Opublikowano: 28-08-2017 przez: KrOOlik

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: USA
Rok produkcji: 2017
Czas trwania: 109 min
Reżyseria: David F. Sandberg
Scenariusz: Gary Dauberman
Muzyka: Benjamin Wallfisch
Zdjęcia: Maxime Alexandre
Obsada: Stephanie Sigman, Anthony LaPaglia, Talitha Bateman, Lulu Wilson, Grace Fulton
Dystrybutor VHS: -

Posługując się wyeksploatowaną formułą opowieści o nawiedzonych domach i demonicznych usidleniach trzeba mieć spory talent, żeby nie zanudzić widza. James Wan poradził sobie świetnie w 2013 roku, kręcąc doskonałą "Obecność". Poprawił bardzo przyzwoitym sequelem, a spin-offami poświęconymi historii nawiedzonej lalki, której motyw przewinął się w oryginalnym filmie, zajęli się już inni twórcy. Pierwszy film, zatytułowany po prostu "Annabelle" (2014), spotkał się w większości z chłodnym przyjęciem wśród krytyki i fanów. Po prequelu historii oczekiwano więc reanimacji serii i wielu upiorności na ekranie. A co wyszło? 

Lalkarz Samuel Mullins żyje wraz z żoną i kilkuletnią córką Annabelle w ogromnym domostwie, gdzieś pośrodku malowniczego zadupia. Gdy zderzenie z rozpędzonym samochodem gwałtownie przerywa krótkie i beztroskie życie córki, Mullinsowie zaszywają się w swojej posesji, pogrążeni w żałobie. Po 12 latach od tragicznego wypadku, zapraszają do siebie siostrę zakonną, wraz z sześcioma osieroconymi dziewczynkami, by zapewnić im wikt i opierunek i - jak twierdzi wiecznie skryta za baldachimem pani Mullins - tchnąć w dom trochę życia. Wkrótce jedna z dziewczynek zaczyna wyczuwać złowrogi byt, czający się pośród cieni gmachu, a odnaleziona w pokoju zmarłej Annabelle lalka zdaje się być bardziej żywotna od Pinokia. 

Problem tego filmu pojawia się już na poziomie historii. Czy "Annabelle" nie była przypadkiem opowieścią o zarzewiu złowieszczej lalki, pojawiającej się w prologu "Obecności"? Ano była. Do tego całkiem dobrze zaprezentowaną i zmiana tej historii nie była potrzebna. Dlaczego więc to zrobiono? Powód jest jeden - prequel genezy i tak był mniejszym złem niż zrobienie bezpośredniego sequela, bo materiał na horrory o nawiedzonej Annabelle wyczerpał się całkowicie w pierwszym filmie i nic nowego nie można tu było dodać. Jedynie przeinaczyć to, co już powiedziano. "Narodziny zła" są obrazem zwyczajnie niepotrzebnym widzowi. Co innego producentom. Ale skoro już powstał, kilka słów o tym co ma nam do zaoferowania.

Na pewno sprawną realizację i świetną stronę techniczną - ale żaden to atut kameralnego filmu za 15 baniek, jeno spełnienie podstawowego wymogu widza. Warto też pochwalić film za dobre decyzje obsadowe - pojawia się Stephanie Sigman w roli zakonnicy, zdobywca Złotego Globu Anthony M. LaPaglia odgrywa postać pana Mullinsa, a i młodsze pokolenie aktorskie, występujące w prequelu "Annabelle", ma spore doświadczenia przed kamerą. Na nic to jednak, bo postacie które grają są napisane bez ikry, płytko, jednowymiarowo. Dialogi nienaturalne (ton i tematy rozmów najmłodszych bohaterek są zupełnie odklejone od rzeczywistości), a chemia wymuszona. Ciężko poczuć sympatię do kogokolwiek, a to, czy ktoś przeżyje, po prostu widzowi zwisa. No dobra, mniejsza z tym, bo nie dramatu oczekujemy - jest nawiedzony dom, opętana lalka, zły demon pełzający po ścianach jak Spider-Man, więc bankowo dostaniemy kupę świetnego straszenia! Prawda? 

Nie do końca, bo na tym polu dostajemy raczej tylko - kupę. James Wan i inni producenci zatrudnili do reżyserowania niejakiego Davida Sandberga, którego festiwalowa krótkometrażówka "Lights Out" tak spodobała się Wanowi i kolegom, że wyłożyli mu kasę na zrobienie pełnometrażowego filmu, opartego na tym samym koncepcie. O ile miniaturka przyprawiała o ciary, to kinowa wersja wyszła już mocno przeciętnie. Sandberg, robiąc film o nawiedzonej lalce, nie wysilił się i podobnie jak w pełnometrażowym "Lights Out" postawił na zgrzybiałość. 

W kategorii odgrzewanego kotleta "Annabelle: Creation" jest schaboszczakiem zwęglonym na popiół. Klimat sobie podarowano na rzecz nagromadzenia jump scares - tak typowych, że wołają o pomstę do nieba. Jedyną ich pozytywną stroną jest świetne udźwiękowienie, bez którego nie byłoby nawet namiastki strachu. Garścią kolejnych gwoździ do trumny są tu notoryczne ubytki w logice działań bohaterów. Mullinsowie, świadomi więzionego zła, zapraszają do siebie młode sieroty i pozwalają im samopas krążyć po domu i odkrywać jego mroczne sekrety (ok, drzwi do pokoju Annabelle są zamknięte na klucz, ale czy w jakimkolwiek horrorze zamek jest dla demona przeszkodą?). Ślady złowrogiej obecności są przez dorosłych uporczywie ignorowane, najmłodsze bohaterki nie kwapią się, by donieść komuś o nielegalnym wtargnięciu do pokoju Annabelle i uwolnieniu hasającej, demonicznej lalki. Nawet poważne zmiany w zachowaniu jednej z dziewczynek, ani tragiczna, nienaturalna śmierć nie są na tyle przekonujące, żeby podsunąć bohaterkom pomysł, że może już najwyższy czas poskładać do kupy wskazówki, zwinąć manatki i wynieść się z tego domu. Nawet w bezpośredniej konfrontacji z demonem kilkuletnia dziewczynka nie robi tego, co chyba byłoby naturalne w jej sytuacji - nie drze się w niebogłosy, wzywając pomocy od koleżanek śpiących za ścianą, tylko próbuje walczyć z napastnikiem przy użyciu plastikowej piłeczki. Ta naiwność, towarzysząca niemal każdej scenie w "Annabelle: Creation", bardzo szybko staje się powodem ironicznych parsknięć widza jako komentarza do kolejnych scen. 

Lepiej robi się podczas ostatnich 10, czy 15 minut, w których każdy wie już, że ma przerąbane, a zło ujawnia się w pełnej okazałości. Akcja przyspiesza, napięcie gęstnieje, wszystko zmierza w doskonałym kierunku... aż tu nagle twórcy postanawiają powrzucać kilka slasherowych akcji do filmu o demonicznym nawiedzeniu. Nagle odkrywamy, że zamknięte drzwi są przeszkodą dla demona i spokojnie można się przed nim barykadować w pokoju. Złowrogi byt musi też ścigać ofiary, a jeśli wsunie swoje długie, czarne paluszki w drzwi, zanim zdążycie je zamknąć, wystarczy przywalić w nie latarką. Demona to boli i szybko je cofnie. Serio, to było w filmie. Scena, w której dziewczynka wali czorta latarką po łapach, a ten odpuszcza, jest najgłupszą rzeczą jaką od dawna uraczyło mnie kino grozy. Pasuje tu jak pięść do nosa, jest żywcem wyjęta ze "Strasznego filmu" i nieoczekiwanie nadaje "Annabelle: Creation" autoparodystycznego charakteru. A to, co dzieje się później, tylko podbija ten ton. Film zdecydowanie gorszy od swoich poprzedników - obu "Obecności", jak i pierwszej "Annabelle", która miała jeszcze jakieś aspiracje, pomysł na siebie i, mimo dłużącej się akcji, umiała chwilami skutecznie straszyć. Żywię nadzieję, że "Narodziny zła" będą też pogrzebem, a demoniczna lalka przejdzie na zasłużoną emeryturę. Ten temat się już zużył. 


Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek