One Million Years B.C. (Milion lat przed naszą erą)

Opublikowano: 14-01-2017 przez: Slepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Sci-Fi / Fantasy
Kraj: Wielka Brytania
Rok produkcji: 1966
Czas trwania: 100 min
Reżyseria: Don Chaffey
Scenariusz: Michael Carreras, George Baker, Joseph Frickert, Mickell Novack
Muzyka: Mario Nascimbene
Zdjęcia: Wilkie Cooper
Obsada: Raquel Welch, John Richardson, Percy Herbert, Robert Brown, Martine Beswick
Dystrybutor VHS: -

Słynne brytyjskie studio Hammer Films znane jest kinomaniakom na całym świecie przede wszystkim ze swych remake'ów klasycznych horrorowych obrazów a w szczególności serii filmów z lat 50-tych opowiadających o takich ikonach gatunku jak Frankenstein, Drakula czy też mumia. Jednak nie tylko kinem grozy owa wytwórnia stała, czego dowodem także liczne thrillery oraz filmy sci-fi produkowane seryjnie w latach 50-tych i 60-tych, które to lata należały zresztą do złotego okresu wytwórni. 

Niewątpliwie jednym z najbardziej znanych fantastyczno-naukowych obrazów Hammera jest remake hollywoodzkiego „One Million B.C.” z 1940 roku (początkowo studio chciało nakręcić remake „King Konga” jednak zgody nie wyraziło RKO), zapamiętany może nie ze względu na jakąś wyjątkową fabułę czy nawet rewelacyjne efekty specjalne, choć akurat te jak na owe czasy były świetne. „One Million Years B.C.” sławę swą zawdzięcza… plakatowi oraz zdjęciu, na którym widnieje główna aktorka występująca w filmie odziana w skąpe skórzane bikini. Raquel Welch, bo o niej rzecz jasna mowa, dzięki temu obrazowi stała się niewątpliwie bardzo rozpoznawalną osobą, choć jak już wspomniałem niekoniecznie ze względu na fantastyczne umiejętności aktorskie. Czy jednak ów obraz oprócz niewątpliwie seksownej głównej bohaterki posiada jeszcze jakieś warte wyszczególnienia atuty?

Jaskiniowiec imieniem Tumak należący do prymitywnego plemienia ludzi kamienia na skutek sprzeczki z ojcem zostaje z owego plemienia wyrzucony. Skazany na tułaczkę przemierza nieprzyjazny ląd zamieszkany przez różnego rodzaju prehistoryczne potwory docierając w końcu do morza, nad którym poznaje należącą do plemienia muszli piękną blondwłosą Loanę. Wyczerpany mężczyzna zostaje zabrany do wioski nowo poznanego plemienia, którego to członkowie stoją na wyższym szczeblu rozwoju niż wcześniejsi pobratymcy jaskiniowca, jednak są także bardziej przyjaźni i bezradni w chwilach zagrożenia. Umiejętności Tumaka przydają się w momencie, gdy wioskę odwiedza krwiożerczy allozaur zabijając kilku jej mieszkańców. Mężczyzna korzystając z włóczni i ostrego drewnianego pala zabija dinozaura jednak wskutek kłótni z przywódcą plemienia zostaje po raz kolejny wydalony i skazany na tułaczkę. Tym razem towarzyszy mu jednak Loana, która zapałała do jaskiniowca szczególnym uczuciem. Oboje zmuszeni do wędrówki po krainie zamieszkanej przez niezbyt sprzyjające ludziom prehistoryczne stworzenia z krwiożerczymi dinozaurami na czele będą musieli bardzo uważać, by nie skończyć w paszczy którejś z pradawnych bestii…

Ciężko pisać o fabule filmu, który takowej szczerze mówiąc nie posiada, gdyż historia jaskiniowca Tumaka i Loany do wybitnie skomplikowanych z całą pewnością nie należy i była tak naprawdę pretekstem do pokazania mniej lub bardziej efektownych starć prehistorycznych ludzi z różnego rodzaju przedpotopowymi kreaturami. Prosta historyjka posłużyła filmowcom już w roku 1940 do nakręcenia pierwszej, czarno-białej wersji filmu w reżyserii Hala Roacha i Hala Roacha juniora, w którym to w ‘role’ dinozaurów i innych prehistorycznych stworzeń wcieliły się odpowiednio powiększone i ucharakteryzowane (gumowe kołnierze, rogi, kolce itp.) aligatory, warany a także legwany zielone. Były to zresztą w owych czasach bardzo często stosowane praktyki, że wymienię choćby kiczowaty remake „The Lost World” w reżyserii Irwina Allena, twórcy chociażby słynnego katastroficznego animal attack „The Swarm” z 1978 roku. 

Nie inaczej sprawa ma się tutaj, choć prawdziwe zwierzęta w liczbie dwóch są tylko dodatkiem do całej masy innych stworzeń, fantastycznie wykreowanych przez maga stop motion Raya Harryhausena. Owe wspomniane żywe kreatury to bohater lwiej części ‘dinozaurzych’ filmów czyli bardzo popularny nawet wśród początkujących pasjonatów terrarystyki legwan zielony a także nie mniej znana, choć na pewno dużo mniej lubiana tarantula. Spytany o sens użycia tego typu zabiegu w filmie zdominowanym przecież przez poklatkowe potwory Harryhausen odpowiedział, że pomysł był w pełni jego a miał na celu sprawienie, by ludzi uwierzyli, że wszystkie występujące w filmie potwory są prawdziwe a nie tylko olbrzymi legwan czy ptasznik. Ciężko stwierdzić czy ów sztuczka się powiodła, gdyż należałoby o to spytać ludzi, którzy w drugiej połowie lat 60-tych mieli okazję „One Million Years B.C.” obejrzeć w kinie, jednak z dzisiejszego punktu widzenia tego typu zabieg sprawia wrażenia pójścia na łatwiznę w celu zaoszczędzenia kilku zielonych, które trzeba by było wydać na kosztowne wtedy efekty poklatkowe a dziś już wiadomo, że między innymi brak czasu i funduszy wymogły na twórcach taki właśnie ruch. Jednak także i poklatkowe bajery tutaj uświadczymy i to zresztą w przeważającej ilości. Tak naprawdę ciężko powiedzieć czego tutaj nie ma - jest i wielki morski żółw archelon, jest potężny brontozaur, krwiożerczy i przebiegły allozaur, roślinożerny triceratops walczący na śmierć i życie z drapieżnym ceratozaurem oraz nietoperzopodobne pterozaury a dokładniej pteranodon w pojedynku z długoogonowym i zębatym ramforynchusem. Prehistorycznych stworzeń mamy tutaj całe zatrzęsienie i to tak naprawdę dla ujęć z ich udziałem ogląda się ten film. 

Harryhausen także i tym razem stanął na wysokości zadania tworząc niezapomniane sceny takie jak choćby walka ludzi plemienia muszli z olbrzymim żółwiem czy pojedynek dwóch lądowych ale także i latających gadów. Najtrudniejsza do nakręcenia była jednak scena z udziałem allozaura atakującego wioskę, gdyż zawierała w sobie całą masę ujęć interakcji bohaterów z poklatkowym dinozaurem. Koniec końców po trwającej 9 miesięcy harówie wszystkie ujęcia z animowanymi bestiami ukończono a efekt jaki uzyskano nawet dziś robi wrażenie, choć dla fanów kręconych obecnie superprodukcji efekty specjalne w „One Million Years B.C.” wydadzą się zapewne kiczowate i tanie. Także i budżet filmu Chaffeya nie rzuci nikogo na kolana, gdyż suma 700 tysięcy dolarów wydaje się z dzisiejszego punktu widzenia żenująco wręcz niska i śmieszna jak na tego typu film. Wystarczy tylko napisać, że koszt wyświetlanego obecnie w kinach obrazu o bardzo podobnej tematyce zatytułowanego zresztą również łudząco podobnie „10,000 B.C.” wahał się w granicach 105 mln dolarów, co jednak w dzisiejszych czasach nie jest w przypadku tak wielkiej superprodukcji także sumą wywołującą u kogokolwiek opad szczęki (że wspomnę chociażby o ponad 200 bańkach „King Konga” Jacksona). Inne to były czasy, dlatego też należy do powstałych ponad 40 lat temu filmów podchodzić troszkę inaczej niż do kręconych obecnie blockbusterów szczególnie w przypadku efektów specjalnych, których technologia po roku 1990 znacząco poszła do przodu mamiąc widzów różnego rodzaju komputerowymi bajerami. Co by jednak nie mówić to fani poklatkowego rzemiosła na pewno docenią fantastyczne animacje Harryhausena tym bardziej, że dinozaury z „One Million Years B.C.” to ośmielę się powiedzieć jedno z jego największych osiągnięć jeśli idzie o tę technikę. Oczywiście można się śmiać z tagline’u filmu głoszącego buńczucznie „This is the way it was.”, gdyż z prawdziwą historią ten film ma tyle wspólnego co nic a jedynym w miarę realnym elementem filmu jest wygląd wszelkich prehistorycznych kreatur (choć już ich wielkość i zachowanie pozostawia sporo do życzenia), które odtworzono bardzo wiernie opierając się na ówczesnej wiedzy z zakresu paleontologii. 

Reszta to już typowe fantasy, bo rzecz jasna ludzie nie hasali sobie wesoło pomiędzy walczącymi między sobą dinozaurami gdyż te wyginęły długo zanim na Ziemi pojawili się pierwsi przodkowie człowieka, jednak nie o wierność historii tutaj chodziło. Liczył się efektowny spektakl i temu podporządkowano wszystkie aspekty tej produkcji. Dlatego jaskiniowcy noszą pięknie i równo skrojone futra, kobiety kuszą mężczyzn w seksownych skórzano-futerkowych bikini, pojawiając się na ekranie w pięknie wymodelowanych i wystylizowanych fryzurach. Także prosty podział między prymitywnymi a bardziej rozwiniętymi jaskiniowcami jest aż nadto widoczny i sprowadza się do schematu - zły, brzydki i przygłupi brunet oraz ładny, dobry a zarazem mądry blondyn. 

Dialogi jako takie tutaj nie występują a relacje między jaskiniowcami ograniczają się do rzucenia kilku zwrotów w stylu „Loana utana” i to tak naprawdę wszystko jeśli chodzi o część ‘mówioną’ filmu. W głównych rolach obsadzono praktycznie samych ‘pięknych i przystojnych’, z ikoną seksu lat 60-tych Raquel Welch i znanym z wcześniejszego „La Maschera del demonio” Mario Bavy i hammerowskiego „She” Johnem Richardsonem na czele. Ten drugi zresztą później wystąpił także w kilku ciekawych szczególnie z punktu widzenia fanów horrorowej ‘włoszczyzny’ produkcjach, że wspomnę choćby o „Gatti rossi in un labirinto di vetro” Umberto Lenziego oraz „La Chiesa” Michele Soaviego. Ról do odegrania zbyt wymagających nie mieli co chyba nikogo dziwić nie powinno, jednak Raquel Welch właśnie dzięki występowi w „One Million Years B.C.” na stałe wdarła się do historii kinematografii i świadomości widzów na cały świecie. Może trochę mniejsza w tym zasługa samego filmu a większa wspomnianego przeze mnie już na początku kultowego plakatu ale fakt faktem, ze ikoną ówczesnego kina została. Na koniec warto wyróżnić także fantastyczną oprawę dźwiękową autorstwa Mario Nascimbene, twórcy muzyki także do późniejszych prehistoryczno-jaskiniowych „When Dinosaurs Ruled the Earth” oraz „Creatures the World Forgot”.

„One Million Years B.C.” to niezły rozrywkowy film, w którym twórcy nie chcąc trzymać się ściśle obowiązujących faktów historycznych popuścili wodze fantazji umożliwiając widzom zobaczenie na ekranach konfrontację jaskiniowców z prehistorycznymi kreaturami, w tym także dinozaurami. Fani efektów typu stop motion a także wielbiciele talentu Raya Harryhausena zapewne oglądali ten film już dziesiątki razy i jest ona dla nich na pewno pozycją kultową, więc im owej produkcji polecać raczej nie muszę, a czy także innym się ona w równym stopniu spodoba? Powiem tak - jeśli nie przeszkadza Ci pewna archaiczność wynikająca z roku powstania filmu i zastosowanych w nim efektów specjalnych a także dowolność w pokazywaniu historii i świata przedstawionego to powinieneś się nieźle bawić, gdyż obraz to bardzo przyzwoity a i choćby dla kultowej już roli Raquel Welch warto go zobaczyć. Kto ceni sobie jednak pewną dawkę realizmu, temu polecam bardziej chociażby „La Guerre du feu” Jeana-Jacquesa Annauda czy „The Clan of the Cave Bear” Michaela Chapmana przedstawiające zwyczaje jaskiniowców w bardziej naukowym i bliższym prawdy świetle.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek