Waxwork (Gabinet figur woskowych)

Opublikowano: 03-12-2016 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: USA, Wielka Brytania, RFN
Rok produkcji: 1988
Czas trwania: 97 min
Reżyseria: Anthony Hickox
Scenariusz: Anthony Hickox
Muzyka: Roger Bellon
Zdjęcia: Gerry Lively
Obsada: Zach Galligan, Deborah Foreman, Jennifer Bassey, Michelle Johnson
Dystrybutor VHS: Telehit

Są takie filmy, które dobrze wspomina się po latach głównie ze względu na nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa. Filmy, które kiedyś czarowały w wypożyczalni kaset wideo swoją okładką, intrygującym streszczeniem fabuły, czy nawet (a może przede wszystkim) tytułem.  Do wczoraj, dla mnie jednym z tych tytułów był  debiutancki obraz brytyjskiego reżysera Anthony'ego Hickoxa "Gabinet figur woskowych", który był jednym z pierwszych horrorów  jakie miałem okazję oglądać na kasecie VHS i wedle moich wspomnień - nie do końca dostarczył to, co wówczas obiecywała mi okładka. Ot - taki przyjemny średniak na jeden raz, miło wspominany, ale w sumie nie wiadomo za co? Kilkanaście lat zajęło mi zebranie się do ponownego seansu z "Waxwork", a niniejsza recenzja jest dowodem moich najszczerszych przeprosin pod adresem geniuszu jaki stworzył Hickox, a przeczytał Tomasz Knapik. 

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, czyli dokładnie taka, jaka w przypadku tego typu kina być powinna. Grupa nastolatków z małej mieściny postanawia skorzystać z zaproszenia tajemniczego staruszka (w tej roli jak zawsze oziębły David Warner) na przedpremierowe otwarcie gabinetu figur woskowych, które ma się odbyć, a jakże - o północy. Szybko okazuje się, że wejście na teren ekspozycji grozi czymś znacznie poważniejszym niż bura od zarządcy. Delikwent przenosi się bowiem do alternatywnej rzeczywistości gdzie staje się uczestnikiem zdarzeń z makiety, którą przed chwilą podziwiał zza barierki...

Trzeba przyznać, że scenariusz autorstwa Hickoxa to złoto w najczystszej postaci. Reżyser nie poszedł na łatwiznę, nie bawił się w historię o mordercy, który wabi ludzi do gabinetu, zabija, a potem tworzy z nich figury woskowe. O nie, Hickox poszedł nie o krok, a o kilometr dalej i stwierdził, że fajnym patentem będzie przenoszenie bohaterów do alternatywnych rzeczywistości, gdzie przyjdzie im walczyć o życie z różnorakimi potworami, czasem w bardziej, a czasem w mniej ludzkiej postaci. Przez wasz ekran przewiną się zatem klasyczne postaci z powieści oraz filmów grozy - wilkołak, rodzina wampirów, Markiz De Sade, mumia egipska, czy zombiaki. Atmosfera filmu umiejętnie balansuje na krawędzi powagi i humoru. Bywa zabawnie, reżyser wielokrotnie mruga do widza, ale ani przez moment nie poczułem, że się wydurnia. Powaga sytuacji zachowana, a niektóre sceny potrafią nawet zmrozić krew w żyłach, dzięki czemu nic nie wytraci nas z niepowtarzalnego klimatu jaki "Gabinet figur woskowych" posiada. 

Ogromne wrażenie robią efekty specjalne i ogólny rozmach produkcji, która wprawdzie nie należała w tamtych czasach do niskobudżetowych, ale też daleko jej do kinowych blockbusterów. Oszałamia ilość i różnorodność 'makiet' z gabinetu figur, lokacje, które niekiedy wyglądają jak w najlepszych gotyckich horrorach (segment o wampirach jest tego doskonałym przykładem) oraz gore, którego się tu nie powstydzono. Rozerwanie człowieka na pół, zmiażdżenie głowy, czy  sadystyczna  scena w łaźni wampirzego zamku (jak niesie wieść gminna, w ostatecznej wersji brutalnie pocięta) to atrakcje, o jakich trudno zapomnieć. Całość idealnie wspomaga ścieżka dźwiękowa i zdjęcia idealnie eksponujące wystrój i dekoracje planu pozwalając nam uwierzyć, że lokacje te w takiej formie istniały naprawdę. 

Obsadę tworzy udane połączenie pięknych i młodych (Deborah Foreman, Michelle Johnson, Zach Galligan) choć już ukształtowanych aktorów z weteranami do jakich należą wspomniany Warner, Patrick Macnee, czy pojawiający się w niewielkim epizodzie John Rhys Davies. Warto również wspomnieć o niezapomnianej i mrożącej krew w żyłach kreacji Milesa O'Keeffe. 

"Waxwork" jest jednym z tych wspaniałych filmów, który pozwoli nam na 90 minut przenieść się w niezapomniany świat lat 80-tych, w czasy naszej młodości i robi to w najlepszy możliwy sposób i półtorej godziny, które mu poświęcimy mija jak z bicza Markiza De Sade strzelił, a to co wyprawia się w samej końcówce ciężko jest określić innym słowem niż 'poezja'. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek