The Shallows (183 metry strachu)

Opublikowano: 01-08-2016 przez: Król Zombich

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: USA
Rok produkcji: 2016
Czas trwania: 86 min
Reżyseria: Jaume Collet-Serra
Scenariusz: Anthony Jaswinski
Muzyka: Marco Beltrami
Zdjęcia: Flavio Martinez Labiano
Obsada: Blake Lively, Oscar Jaenada, Angelo Jose, Lozano Corzo, Jose Manual, Trujllo Salas, Pablo Calva, Diego Espejel
Dystrybutor VHS: -

Rekiny, zwłaszcza żarłacze  to wprost idealni bohaterowie opowieści grozy: imponujące rozmiary, przerażający wygląd, niepohamowana żarłoczność, siła i łowiecka skuteczność czynią z przedstawicieli gatunku Carcharodon carcharias drapieżnika doskonałego i zarazem źródło uzasadnionych obaw każdego, kto decyduje się na morską kąpiel w obszarze jego występowania. W 1975 roku ta najeżona śmiercionośnymi zębami żywa torpeda stała się ikoną horroru za sprawą legendarnych „Szczęk” Stevena Spielberga, które 3 lata później doczekały się całkiem udanej kontynuacji. Niestety, na tych dwóch filmach dobra passa dla rekina się skończyła i wydawało się, że na zawsze pozostanie on gwiazdą jednego tylko sezonu. Każdy twórca mierzący się z rekinią tematyką automatycznie wystawiał się na porównanie z arcydziełem Spielberga i bezwzględnie tę konfrontację przegrywał, a przed oczami fanów podgatunku animal attack defilował nieskończony korowód filmików słabych, nudnawych lub w najlepszym wypadku pociesznie bzdurnych.

Tym sposobem minęło bez mała 40 latek i doszliśmy do tego krytycznego punktu, gdy ekranowy wizerunek rekina zaczął się kojarzyć z wygenerowanym przy pomocy niechlujnego CGI „megalodonem”, „sharkandem” czy innym „cycojadem” z wytwórni pokroju SyFy tudzież Asylum, a więc niejako z samym dnem celuloidowego dna, przez co wielu poczciwych widzów położyło krzyżyk na filmach o tych morskich drapieżnikach. I oto nagle nadeszły czasy – oby trwały one jak najdłużej! – gdy nad głowami twórców horrorów znów, jak za dawnych czasów, zaczęły przygrywać Muzy. Do zaskakująco licznego grona wspaniałych filmów grozy, nakręconych na przestrzeni ostatnich 2 lat, dołączyła właśnie niepozorna produkcja z rekinem: „The Shallows”, film w ojczyźnie Jana Miodka dystrybuowany pod wielce elokwentnym tytułem „183 metry strachu”.

Owe 183 metry to odległość dzieląca brzeg nieoznaczonej plaży gdzieś w Meksyku, od skały będącej azylem bezpieczeństwa 25-letniej studentki medycyny imieniem Nancy, która, wiedziona pasją do surfingu, nieopatrznie wypłynęła na żerowisko wielkiego żarłacza białego. Walcząc z upływem krwi w wyniku zadanej przez rekina rany, z głodem i obezwładniającym przerażeniem, Nancy podejmuje desperacką walkę o przetrwanie. Sęk w tym, że nieustannie pływający w pobliżu rekin wcale nie planuje zaniechać skonsumowaniaswej niedoszłej ofiary. Czy ludzka inteligencja będzie w stanie sprostać instynktowi urodzonego drapieżcy, polującego na własnym terytorium?

Historyjka z pozoru prosta, ascetyczna i nie obiecująca wielu atrakcji, w najlepszym wypadku zawierająca ryzyko kilku nudnawych przestojów. Ale nie w „The Shallows”: scenariusz Anthony’ego Jaswinskiego od początku do końca nasycony został zapierającymi dech pomysłami, a reżyseria Colleta-Serry wydobyła z fabuły taką ilość wbijającego w fotel napięcia, klimatu i detali (zarówno tych makabrycznych, jak urzekająco poetyckich), że ich wspólny film wypada przyjąć na kolanach. Jest to bowiem objawienie, przy którym milknie nawet Matka Boska Fatimska;  cud na miarę tego, jakim w ubiegłej dekadzie okazał się „Rogue” McLeana.

Collet-Serra posiada doskonałe wyczucie magii kina, co widać i słychać w każdym ujęciu filmu. Jego dziełu w pewnym sensie patronuje duch wczesnego Spielberga ale – wbrew pozorom – nie tego ze „Szczęk”, lecz z „Pojedynku na szosie”, gdzie w podobny sposób do perfekcji wykorzystany został minimalizm nierównego starcia osamotnionego „everymana” z dybiącym na jego życie „potworem”. W „The Shallows” „everyman” jest kobietą o zgrabnym ciele Blake Lively, doskonale pasującym urodą do nadmorskiego, piaszczysto-wodno-skalistego krajobrazu. Jedne z pierwszych scen filmu, ukazujące sielankę po przybyciu na plażę i surfing Nancy w towarzystwie dwóch przypadkowo poznanych Meksykanów, oferują widoki rodem z dobrej pocztówki czy rozkładówki: skąpo odziana piękność prężąca się na tle fenomenalnie fotografowanych wzburzonych fal. Ale zaraz nadchodzi wieczór, towarzysze dziewczyny opuszczają ją, ona sama zaś podejmuje ostatnią tego dnia kąpiel w oceanie, nad którym rozpościera się teraz złowroga cisza. 

Od tej chwili krajobraz przestaje być tylko malowniczym landsztaftem, a ciało aktorki – ornamentem. Każdy element topografii przestrzeni znajdzie zastosowanie w fabule, a Lively niezwykle przekonująco wykorzysta zalety swej fizjonomii aby oddać ból, głód, wyczerpanie oraz desperację bohaterki. Gdy rana na nodze Nancy wchodzi w kontakt ze słoną wodą morską, zwijamy się z bólu wraz z nią; gdy dziewczyna opatruje ranę zakładając prowizoryczny szew – wraz z nią zaciskamy zęby. Można rozwodzić się nad wspaniałymi zdjęciami (część scen kręcona była u wybrzeży Australii), świetnie rozpisanym scenariuszem, wbijającą się w podświadomość ścieżką dźwiękową i znakomitą reżyserią, ale to aktorstwo Lively jest ową wisienką na torcie, dzięki której historia jest tak angażująca. Jeśli chodzi o pozostałych aktorów to odgrywają oni role raczej epizodyczne, nabijając licznik „bodycountu”, ale nie sposób opisać perełki, jaką jest występ Diego Espejeli w charakterze zapijaczonego meksykańskiego obwiesia. To trzeba zobaczyć, by uwierzyć.

Jednak najważniejszymi, oprócz Nancy, postaciami „The Shallows” są: ranna mewa (druga niedoszła ofiara żarłacza), która przez większość filmu dotrzymuje bohaterce towarzystwa, oraz oczywiście główny czarny charakter tej opowieści – animowany komputerowo biały rekin. Gabarytowo jest on mniejszy niż jego słynny kuzyn ze „Szczęk”, bardziej bowiem odpowiada przeciętnym rozmiarom żarłaczy białych występujących w naturze, ale nie oznacza to, że budzi mniejszy respekt. Każdy widok jego płetwy tudzież ciemnej sylwetki majaczącej pod powierzchnią wody przyprawia o przyspieszone bicie serca, a każdy jego atak dosłownie wbija w fotel. Ogromna w tym zasługa efektów CGI, dużo bardziej dopracowanych niż w większości „rekinich” produkcji ostatnich lat, jak również faktu, że Collet-Serra dawkuje nam widok bestii po aptekarsku, często epatując nim w najmniej spodziewanych momentach. Dzięki temu przez cały film udaje mu się podtrzymać wrażenie, że krwiożercza ryba jest błyskawicznie szybka, nieprzewidywalna i zapamiętale agresywna, acz bez rażących przerysowań. 

Podobnie jak w filmach „Black Water”, „Rogue” czy „Backcountry”, zachowanie drapieżnika mieści się w granicach prawdopodobieństwa. Warto przy tym nadmienić, iż w swych dążeniach do realizmu reżyser mocno obstawał, aby ludojad w jego filmie był samicą. Uzasadniał to tym, że samice żarłaczy białych charakteryzują się nie tylko zwiększoną agresją w okresie rozrodczym, ale są większe od samców i posiadają liczne blizny po kopulacjach, które przydają im jeszcze bardziej przerażającego wyglądu. Zarówno scenarzysta, jak specjaliści od efektów specjalnych, musieli się dobrze przygotować merytorycznie nim przystąpili do pracy, co na ekranie doskonale widać. 

„The Shallows” grają w polskich kinach i nie warto tego faktu pokpić bo nie wiadomo, jak prędko kolejny równie dobry animal attack pojawi się na wielkich ekranach (acz pewne nadzieje budzi zapowiadany na ten rok „In the Deep”). Cieszmy więc oczy najefektowniejszym od czasu finału „Aliens” pojedynkiem dwojga samic, jaki zainscenizował dla nas Jaume Collet-Serra, a po seansie wypijmy za zdrowie żarłaczy białych.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek