The Beast from 20,000 Fathoms (Bestia z głębokości 20,000 sążni)

Opublikowano: 24-06-2016 przez: Slepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA
Rok produkcji: 1953
Czas trwania: 80 min
Reżyseria: Eugène Lourié
Scenariusz: Fred Freiberger, Robert Smith, Eugène Lourié, Louis Morheim, Daniel James
Muzyka: David Buttolph
Zdjęcia: John L. Russell
Obsada: Paul Hubschmid, Lee Van Cleef, Mary Hill, Paula Raymond, Steve Brodie
Dystrybutor VHS: -

Film ten, nakręcony na podstawie opowiadania "The Foghorn" Raya Bradbury’ego, przedstawia historię Rhedosaurusa, potwora zbudzonego do życia przy pomocy nuklearnego wybuchu testowego w Arktyce. Jedyną osobą, która widziała to pradawne stworzenie jest Tom Nesbitt, który robi wszystko, by zagadka bestii ujrzała światło dzienne, gdyż stwór według teorii paleontologa prof. Thurgooda Elsona zbliża się coraz bliżej wybrzeża Nowego Jorku… 

Fabuła przedstawiona w tym filmie z podgatunku monster-movies, choć  z dzisiejszego punktu widzenia wydawać by się mogła typowa, jak na swoje czasy (lata 50-te), była historią dość oryginalną, gdyż był to pierwszy powojenny film o potworze nakręcony w Hollywood. Mało osób pamięta o tym, że Japończycy kręcąc swą słynną "Godzillę” w dużej mierze opierali się właśnie na filmie Louriego i ewidentnie wzorowali na historii przedstawionej w „Bestii…”. 

Ogromny jaszczur niszczący wielką metropolię (w tym wypadku Rhedosaurus, wymyślony gad z okresu kredy, był jedną z pierwszych bestii obracających w pył wielkie miasto - starszy od niego jest tylko brontozaur szalejący na ulicach Londynu w "The Lost World" Harry'ego O. Hoyta z 1925 roku) został po raz pierwszy powołany do życia właśnie przez Amerykanów a nie Japończyków, w przypadku "The Beast from 20,000 Fathoms" przez Raya Harryhausena, najlepszego specjalistę od efektów poklatkowych w tamtym okresie. Jako uczeń Willisa O’Briena (poklatkowe potwory w świetnym "King Kongu" z 1933 roku) nie mógł sobie pozwolić na słabe efekty specjalne, tym bardziej mając wcześniej „wprawkę” w dwóch wcześniejszych filmach, przy których odpowiadał za stronę techniczną, a mianowicie - "Mother Goose/ Fairy Tales" i "Mighty Joe Young". Efekty poklatkowe użyte w "The Beast..” są jak na tamte czasy po prostu rewelacyjne, a scena w której tytułowa bestia, Rhedosaurus, wychodzi na brzeg Manhattanu (scenie tej hołd w swej "Godzilli” oddał niemiecki reżyser Roland Emmerich) to klasyk filmów typu monster- movies z tamtego okresu jak i całej historii tego podgatunku kina grozy. 

We wspomnianym amerykańskim remake'u „Godzilli” możemy zaobserwować zresztą więcej odwołań do twórczości Raya Harryhausena, chociażby w scenie obrabowywania sklepu, gdy w telewizorze leci fragment kolejnego filmu, w którym maczał on palce, a mianowicie "It Came from Beneath The Sea" jak i w scenach pokazujących dziury w wieżowcach po przejściu przez nie bestii. Fani zauważą także podobieństwo sceny z latarnią w "The Beast..” do motywu, w którym amerykańska Godzilla opiera się o budynek wieżowca  - takich odwołań w dziele Emmericha jest zresztą dużo więcej, co pozwala przypuszczać, że bardziej niż na oddaniu ducha japońskiego oryginału, starał się on w swoim filmie skopiować (momentami jednak dosyć nieudolnie) rozwiązania zastosowane 45 lat wcześniej przez Louriego. W ramach ciekawostki warto wspomnieć osobę Lee Van Cleefa, znanego z późniejszych ról w wielu westernach. W „The Beast..” gra on postać bardzo ważną dla ostatecznego rozwiązania akcji filmu, mającego miejsce na nieczynnej karuzeli. Sceny z jego udziałem to majstersztyk katastroficznego kina monster-movies lat 50-tych, pozostające na długo w pamięci widza. 

Oceniając „Bestię..” należy pamiętać o tym, że gdyby nie ten film, nie poznalibyśmy japońskiej "Godzilli” jak i jej późniejszych naśladowców w postaci różnego rodzaju potworów - wpływ tworu Louriego na podgatunek monster movies z dzisiejszej perspektywy wydaje się być nie do przecenienia. ”The Beast..” to żywa historia monster-movies, która straszy, trzyma w napięciu jak i bawi widzów do dziś, jednocześnie zachwycając stroną techniczną fanów efektów typu slow-motion, dając 80 minut świetnej rozrywki. 

Polecam ten nieco zapomniany u nas w kraju film fanom opowieści o potworach (tym bardziej starych monster–movies z lat 50-tych), którzy bardziej ponad dzisiejsze CGI cenią sobie w obrazach tego typu klimat, jak i stosowane w tamtych czasach efekty specjalne (slow-motion), w tym wypadku maestrię w wykonaniu mistrza tego typu sztuczek, Raya Harryhausena.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek