The Beast of Hollow Mountain

Opublikowano: 24-06-2016 przez: Slepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA, Meksyk
Rok produkcji: 1956
Czas trwania: 81 min
Reżyseria: Edward Nassour, Ismael Rodríguez
Scenariusz: Willis H. O'Brien, Robert Hill, Jack DeWitt
Muzyka: Raúl Lavista
Zdjęcia: Jorge Stahl Jr.
Obsada: Guy Madison, Patricia Medina, Carlos Rias, Mario Nawarro, Pascual García Peña
Dystrybutor VHS: -

Willis H. O'Brien znany jest fanom monster movies przede wszystkim jako jeden z największych fachowców w dziedzinie efektów typu slow-motion, swego rodzaju pionier w tej dziedzinie. Spod jego 'skrzydeł' wyszedł między innymi taki mag kina jak Ray Harryhausen, a sam O'Brien tworzył triki do takich klasyków jak "The Lost World" Harry'ego O. Hoyta, czy też chyba najbardziej znanego filmu o potworze w historii - "King Kong'a" w reżyserii Meriana C. Coopera i Ernesta B. Schoedsacka. Nie każdy jednak wie, iż pisał on też różnego rodzaju opowiadania, oczywiście dotyczące tematu najbardziej dla niego fascynującego, mianowicie dinozaurów. Dwa filmy nakręcone na podstawie tychże historii szczególnie utkwiły w pamięci fanów filmów o tych prehistorycznych stworzeniach - bardziej znany "The Valley of Gwangi" to ekranizacja "Valley of the Mist", natomiast wcześniejszy o 13 lat "The Beast of Hollow Mountain" powstał na podstawie opowiadania pt. "El Toro Estrella". Niniejszym zapraszam do recenzji tego filmu.

Mieszkający w Meksyku kowboj Jimmy Ryan prowadzi wraz ze swym przyjacielem Felipe Sanchezem ranczo. Od jakiegoś czasu tamtejszym hodowcom w dziwnych okolicznościach ginie bydło. Jimmy obawiając się przetrzebienia swego stada, które zamierza sprzedać, postanawia rozwikłać zagadkę zaginięć zwierząt hodowlanych oraz kilku okolicznych mieszkańców. Trop prowadzi do pewnej góry, w środku której rozciągają się wielkie i zdradliwe bagna. Okazuje się, że zamieszkuje je dinozaur, który przetrwał do naszych czasów w owym górskim wąwozie. Czy Jimmy będzie w stanie powstrzymać krwiożerczego jaszczura nim ten zaatakuje pobliskie miasteczko?

"The Beast of Hollow Mountain" to dosyć nietypowy przedstawiciel filmów spod znaku monster movies, jeśliby wziąć pod uwagę miejsce akcji, w którym historia w nim przedstawiona się rozgrywa. Całość przypomina trochę późniejszy "The Valley of Gwangi", choć jest też kilka dość istotnych różnic. O ile w obrazie Jima O'Connolly'ego główny nacisk położony został na przedstawienie zaginionej prehistorycznej doliny i zamieszkujące ją dinozaury, tak tu większość czasu zajmuje opowiedzenie historii amerykańskiego kowboja Jimmy'ego, który na obrzeżach pewnego meksykańskiego miasteczka prowadzi na swym ranczu hodowlę bydła. Jak na prawdziwego kowboja przystało, szaleją za nim okoliczne kobiety, w tym Meksykanka Sarita, która ma wkrótce poślubić innego hodowcę, Enrique Riosa. Ten, zazdrosny nie tylko o narzeczoną ale i też o transakcję, jaką Jimmy zawarł by sprzedać swe krowy, postanawia wykupić ranczo Amerykanina. Gdy to się nie udaje, wynajmuje dwóch zbirów, by ci przeszkodzili Jimmy'emu w doprowadzeniu bydła do miejsca przejęcia ich przez kupca. W międzyczasie jesteśmy świadkami bójki oraz wielu nudnych i typowych raczej dla tanich romansideł scen. Przez bitą godzinę oprócz tego nic się nie dzieje i jeśli ktoś nastawia się na nieustającą akcję i sceny z udziałem tytułowego potwora, to bez butelki tequili czy też innego alkoholu pod ręką tej pierwszej godziny seansu może nie przetrwać. Meksykanie paradują w swych sombrerach, samotny kowboj jeździ na swym rumaku to tu, to tam i tylko głębszego sensu w tym wszystkim brak, choć przyznać trzeba, że fani "Zorro" lub innych podobnych historyjek, szczególnie tych produkcji meksykańskiej, poczują się tu jak w domu. Zresztą wystarczy rzucić okiem na imiona bohaterów – Carlos, Manuel, Don Pedro czy też amator tequili Pancho i jego syn Panchito, by wszystko stało się jasne. 

Na szczęście film trwa nieco ponad 80 a nie 60 minut, toteż pod koniec ujawnia się wreszcie owa złowieszcza i podkradająca krowy kreatura. Okazuje się nią być allozaur, który w jakiś niewyjaśniony sposób przetrwał do naszych czasów w górskim wąwozie, szczęśliwie omijając rozległe bagna i ludzkie siedliska, jedynie od czasu do czasu porywając jakiegoś nieuważnego Meksykanina. Trzeba w tym miejscu uczciwie przyznać, że końcowe 20 minut to już prawdziwa rozkosz dla oczu każdego fana kiczowatych filmów o potworach. Dinozaur został powołany do życia przez Louisa DeWitta, Jacka Rabina, Henry'ego Sharpa oraz samego reżysera Edwarda Nassoura, który jako wielki fan efektów poklatkowych odpowiadał za animację kreatury w niektórych ujęciach. Na ekranie podziwiać możemy kilka różnych modeli, których użyto do ożywienia dinozaura w filmie. W ujęciach bliskiego planu, na których obserwujemy łeb jaszczura, stosowano dokładniejszy model, natomiast w reszcie scen widzimy trochę inny sposób wykonania animacji stop-motion. Do tego dodano gumowe łapy, które oglądamy gdy na ekranie widać allozaura od kolan w dół - wykonane w identyczny sposób jak te zastosowane przez Japończyków w swojej "Godzilli". Całość choć rewelacyjna nie jest, to prezentuje się dość dobrze, tym bardziej gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż był to jeden z pierwszych tego typu filmów nakręconych w kolorze, toteż i poziom trudności był wyższy niż w produkcjach czarno-białych. Efekty nie są na pewno z najwyższej półki, ale każdy fan kiczu i poklatkowych trików doceni je w pełni, a ostatnie 20 minut filmu potraktuje jako zadośćuczynienie twórców za pierwszą godzinę, która niektórych na pewno zanudzi na śmierć. 

O aktorach nie ma za bardzo po co się rozpisywać, bowiem grają oni w typowy jak dla produkcji z tamtego okresu sposób. Jako jedyny Amerykanin w obsadzie wyróżnia się tu Guy Madison, ale to właśnie tylko ze względu na swoje pochodzenie. Źli Meksykanie wyglądają odpychająco, ci dobrzy są mili wzbudzając sympatię widza i to tyle jeśli chodzi o ich obecność na ekranie. Muzyka też dosyć typowa i oklepana jak na monster movie, ale nieźle buduje klimat tajemniczości na początku filmu, by pod koniec podkreślać szybkie tempo akcji. 

"The Beast of Hollow Mountain" to dosyć dziwna produkcja i to nie tylko przez wzgląd na to, że nie powstało zbyt dużo filmów o potworach, w których podziwiać możemy dinozaury w iście westernowej otoczce. Razi przede wszystkim to, że przez 60 minut absolutnie nic godnego uwagi się nie dzieje, a dopiero końcówka wynagradza ogromną nudę towarzyszącą nam przez prawie cały seans. Niemniej jednak fani monster movies będą zachwyceni owymi ostatnimi kilkunastoma minutami, szczególnie ci ceniący sobie kiczowate i tanie produkcje z lat 50-tych, dlatego wystawiam lekko naciąganą trójkę informując jednak od razu, że pierwszą godzinę filmu można sobie spokojnie darować, chyba że jest się fanem meksykańskich opowieści różnorakiej treści;)

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek