The Giant Gila Monster

Opublikowano: 23-06-2016 przez: Slepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA
Rok produkcji: 1959
Czas trwania: 74 min
Reżyseria: Ray Kellogg
Scenariusz: Ray Kellogg, Jay Simms
Muzyka: Jack Marshall
Zdjęcia: Wilfred M. Cline (jako Wilfrid M. Cline)
Obsada: Don Sullivan, Fred Graham, Lisa Simone, Shug Fisher, Bob Thompson
Dystrybutor VHS: -

Lata 50-te to okres, w którym nastąpił istny wysyp kiczowatych filmów z podgatunku monster movies. Ludzkość atakowały wszelkie możliwe sobie do wyobrażenia kreatury morskie, lądowe, a nawet te z kosmosu. A co powiecie na gigantyczną helodermę?

Małe miasteczko gdzieś w Teksasie. Ginie dwójka zakochanych w sobie młodych ludzi, którzy postanowili „umilić” sobie czas w samochodzie. Niestety auto zostaje zrzucone z urwiska przez jakiegoś potwora. Miejscowy szeryf postanawia rozwikłać zagadkę ich zaginięcia nie wiedząc jednak, z jak wielką i przerażającą kreaturą będzie miał do czynienia….

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas seansu tego filmu to cholernie kiczowata atmosfera, potęgowana przez tyleż znakomitą co dziwną i niepokojącą muzykę. Na początku możemy posłuchać jakiejś wiejskiej odmiany rock’n’rolla, którego podczas ataków zastępują dźwięki rodem z B-klasowych produkcji o kosmitach. Apogeum „muzycznego geniuszu” następuje w finale, w którym nasze uszy atakuje iście psychodeliczne połączenie dwóch wymienionych wcześniej muzycznych ilustracji. Nawet potwór, jakby pod wpływem dźwięków wylewających się z ekranu, postanawia przyspieszyć kroku i porusza się dużo żwawiej niż ma to miejsce przez cały czas trwania filmu. Kapitalna jest scena wiejskiej zabawy w budynku przypominającym z wyglądu połączenie remizy ze stodołą. Obowiązkowo mamy didżeja, który umila imprezę puszczając wspomnianego wcześniej rock’n’rolla z winylowych płyt. Oczywiście głośna zabawa nie spodoba się tytułowemu potworowi, który wyraźnie woli dźwięki które widz słyszy podczas jego ataków i postanowi rozprawić się z rozwydrzoną wiejską społecznością i zakończyć hulaszczą zabawę, atakując miejsce ich spotkania. Po wcześniejszym i zupełnie przypadkowym zniszczeniu trakcji kolejowej ma w tym wprawę, więc należałoby się spodziewać krwawej jatki.. Jednak filmy z tamtego okresu jak wiadomo rządziły się zupełnie innymi prawami – wszystkie sceny ataków urywane są w momencie, gdy ofiara robi duże oczy na widok przerośniętej jaszczurki. 

Sam potwór to nic innego jak zwyczajna heloderma, która powolnym acz niezwykle dostojnym krokiem porusza się po odpowiednio zmniejszonych przez twórców dekoracjach, by wyglądała na gada wielkości co najmniej kilkudziesięciu metrów. Wygląda to dość zabawnie, szczególnie w niektórych ujęciach gdy wyraźnie widoczne jest, że jaszczur był trochę leniwy i twórcy popychali go do przodu, zapewne po to, by szedł siać terror i zniszczenie... Jaszczurka przemieszcza się więc nie poruszając łapami a wszystko to przy akompaniamencie wcześniej wspomnianej B-klasowej „kosmicznej” muzyki. Do tego dodany szeleszczący efekt syczenia w momencie gdy gad pokazuje swój obleśny jęzor – i mamy prawdziwą bestię. Kicz to słowo kluczowe, jeśli chodzi o tę produkcję, ale nie jest to żaden zarzut. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby akcja nie wlokła się tak jak tytułowy potwór, któremu podczas kręcenia filmu najwyraźniej nie chciało się za bardzo chodzić… Zanim coś zaczyna się dziać uświadamiamy sobie, że to już jakaś 55 minuta filmu i do zakończenia zdecydowanie bliżej niż dalej. Ataki gila monstera nie są zbyt częste – większość czasu zajmują za to głupkowate i zupełnie niepotrzebne dialogi i rozterki głównych bohaterów tego widowiska – szeryfa, ale przede wszystkim młodocianego mechanika uwielbiającego denerwować widza swoimi wątpliwymi zdolnościami wokalnymi. Aktorsko film nie odbiega zbytnio od większości tego typu produkcji z tamtego okresu, więc wiadomo mniej więcej czego można się spodziewać. Motywu działania potwora nie poznajemy - ot, jest sobie i tyle, od czasu do czasu zabijając jakiegoś nieuważnego wieśniaka. 

Zakończenie jest za to naprawdę świetne a sposób pokonania przerośniętej helodermy kapitalny – trzeba to jednak zobaczyć na własne oczy, a co może nawet ważniejsze – usłyszeć, bowiem to w finale przygrywa nam ta znakomita muzyczka o której wspominałem na początku. Jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć jak powinna brzmieć stuprocentowo kiczowata ścieżka dźwiękowa, musi obejrzeć „The Giant Gila Monster” jak najszybciej. Ma ona w sobie jednak tyle uroku i jakiegoś bliżej niezdefiniowanego „taniego” szaleństwa, że nie sposób jej nie polubić.

„The Giant Gila Monster” to film zły – trzeba sobie to od razu powiedzieć, i jeśli ktoś nie gustuje w cholernie tanich i kiczowatych monster movies sprzed pięćdziesięciu lat, niech nawet nie próbuje wciskać przycisku play w swoim domowym odtwarzaczu a ocenę końcową odczyta jako 1/6. Na dodatek jest to obraz cholernie nudny i głupi, ale pomimo tych dość znaczących wad jest to film zaskakująco łatwy i przyjemny w odbiorze. Jeśli więc uważasz się za fana tego typu produkcji to śmiało możesz wyczyny gila monstera obejrzeć – zbytnio podczas seansu nie ucierpisz a bawić powinieneś się całkiem nieźle.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek