Chaw

Opublikowano: 18-06-2013 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: Korea Południowa
Rok produkcji: 2009
Czas trwania: 121 min
Reżyseria: Jeong-won Shin
Scenariusz: Shin Jung-won
Muzyka: Kim Jun-seong
Zdjęcia: Kim Yong-chul
Obsada: Eom Tae-woong, Jeong Yu-mi, Jang Hang-seon, Yoon Je-moon
Dystrybutor VHS: -



„Dzik jest dziki, dzik jest zły, (…)”

  …i zasmakował w ludzkim mięsie. Oczywiście większość osób na samo wspomnienie o polującym na ludzi dziku tylko głośno się roześmieje, no bo przecież jak to? Że niby ten leśny kuzyn poczciwych świń znanych większości nam z obiadów i talerzy jako podawana w różnych formach niezwykle smaczna wieprzowinka stanowi dla nas jakieś zagrożenie? Heh, chyba tylko pod postacią A/H1N1, czyli zbierającego ostatnimi czasy dosyć spore żniwo wirusa świńskiej grypy, no bo jak to - że niby dzik wyjdzie z lasu i zacznie zjadać ludzi? Bzdura totalna… Oczywiście, że bzdura, ale na szczęście nie dla filmowców. Już ćwierć wieku temu po australijskim buszu ganiał pożerający ludzi, wielki niczym nosorożec razorback, którego dalecy krewni  do kraju kangurówzostali sprowadzeni dawno temu przez pierwszych białych osadników, bo jak wiadomo najlepszym (ale także i najsmaczniejszym) przyjacielem człowieka wcale nie jest pies, a świnia właśnie, ze względu na swe niewątpliwe „walory” spożywcze. Wszędzie tam, gdzie znajdują się większe skupiska ludzkie spotkać można też i wieprze, które niekiedy „niezadowolone” z traktowania ich przez człowieka postanawiają się zemścić i to niekoniecznie w sposób, w jaki opisał to ponad 60 lat temu  George Orwell wswym „Animal Farm”.

Dużo prostszym, z punktu widzenia samej Matki Natury, rozwiązaniem jest bowiem stworzenie potwora - wielkiej, włochatej bestii z potężnymi kłami, która pod osłoną nocy polować będzie na niczego nieświadomych farmerów czy turystów. Wspomniany już „Razorback” Russella Mulcahy’ego, który pomimo posiadania niewątpliwych walorów wizualno-klimatycznych, jako jedyny do niedawna przedstawiciel tego odłamu animal attack miał prawo się fanom tego typu rozrywki, nomen omen, przejeść, wiosny dla morderczych dzików w kinematografii nie uczynił (nie licząc „występu” dzików-ludojadów w „Hannibalu” Ridleya Scotta wiele lat później), toteż przez długi okres pozostawał to temat raczej przez filmowców omijany dosyć szerokim łukiem. Kto bowiem poważnie potraktowałby nawet najlepszy i najpoważniejszy film o mordującym ludzi przerośniętym, zdziczałym wieprzu? Ano właśnie…  

Stan ten utrzymywał się aż do niedawna, kiedy to kilku twórców niezależnie od siebie postanowiło nakręcić kilka filmów o krwiożerczych dzikach właśnie, wyraźnie zainspirowani historią niejakiej Hogzilli, wielkiej dzikiej świni, która w roku 2004 została zastrzelona przez myśliwego w stanie Georgia w USA. Bestia, wokół której narodziło się wiele plotek i nie do końca wyjaśnionych wydarzeń okazała się być nie tak wielka jak przedstawiały to sfałszowane fotografie, choć i tak jej rozmiary mogły zadziwiać. Prawie dwu i pół metrowej długości, ważąca nieco ponad 360 kilogramów hybryda domowej świni z dzikiem na tyle zawładnęła wyobraźnią filmowców, że ci ochoczo zabrali się do kręcenia swoich własnych wersji zdarzeń, mających miejsce w północnoamerykańskich lasach.  

„Hogzilla” oraz „The Legend of Hogzilla” to dwa niskobudżetowe i niezależne twory, które wypłynęły (bądź też nie, nie mam pewności czy ich twórcy filmy w ogóle ukończyli i czy znaleźli dla nich rynek zbytu, lub co ważniejsze, jakiegokolwiek dystrybutora zdolnego owe obrazy wypromować - bądź co bądź mają one swoje miejsce w bazie filmów na IMDb, jednak jakichś dokładniejszych i szerszych informacji brak) na fali tej właśnie autentycznej historii, jednak dużo ciekawsze z punktu widzenia fana animal attack obrazy powstały przy udziale trochę większych środków finansowych. Jednym z nich jest rzecz jasna „Pig Hunt” Jima Isaaka, obraz który po wielu perturbacjach doczekał się w USA ograniczonej kinowej dystrybucji, z kolei drugi to „Chaw” w reżyserii niejakiego Jeong-won Shina, czyli południowokoreańska odpowiedzi na wspomniane wydarzenia w Georgii, ale także i sukces „Gwoemul” Joon-ho Bonga oraz…„Jaws”  Stevena Spielberga.

W małej koreańskiej wiosce Sammae-ri dochodzi to niepokojącego odkrycia - znalezione bowiem zostają częściowo odsłonięte ludzkie szczątki spoczywające dotąd głęboko w podziemnym grobie. Jako, że wieś ta znana była jak dotąd z absolutnego braku przestępczości do sprawy skierowane zostają całe okoliczne siły pod dowództwem mało rozgarniętego, acz wymagającego szefa tamtejszej policji. Jednak sprawa nie jest tak oczywista jak się wydaje a odpowiedzialnym za całe zamieszanie okazuje się nie być żaden żartowniś czy zwyczajny wandal ale coś zupełnie innego, kryjącego się jak dotąd głęboko w położonych nieopodal lasach. Do wioski, wraz ze swoją chorą matką oraz będącą w ciąży żoną przybywa oficer seulskiej policji Kim Kang-su, który ma pomóc w rozwikłaniu kolejnych, coraz bardziej tajemniczych wydarzeń. Ginąć zaczynają ludzie, w tym także wnuczka okolicznego, starego myśliwego Cheon Il-mana a odpowiedzialny za wszystko okazuje się być Chaw - potężny dzik ludojad, który najwidoczniej zasmakował w mięsie wieśniaków. Do upolowania włochatego mordercy wezwany zostaje światowej sławy myśliwy Baek Man-bae, któremu wraz z ekipą innych łowców wkrótce udaje się zabić wielkiego wieprza. Radość jednak nie trwa długo, gdyż zabity zwierz okazuje się być nie mającą nic wspólnego z zabójstwami lochą, a wściekły po jej śmierci odyniec wiedziony zapachem swej towarzyszki trafia wprost do wioski, masakrując bawiących się w okolicznej remizie mieszkańców. Targany chęcią zemsty za śmierć wnuczki myśliwy Cheon Il-man, oficer Kim poszukujacy swej zaginionej matki oraz kilkoro innych bohaterów wyrusza wgłąb nieprzeniknionych lasów Sammae-ri by stawić czoła bestii…

„(…) dzik ma bardzo ostre kły. (…)”

…co najdobitniej a w dodatku bardzo obrazowo pokazuje nam najnowszy film pana Jeong-won Shina, który do tej pory mógł być przez wielbicieli azjatyckiej szkoły filmowej kojarzony jako twórca „Sisily 2km”, komedio-horroru, który jeśli wierzyć IMDb, jest opowiastką nakręcona w duchu tych bardziej nastawionych na wywołanie śmiechu aniżeli uczucia grozy dziełek Sama Raimiego. Pewien dystans do opowiadanej historii da się także odczuć w „Chaw”, choć akcenty humorystyczne są w nim rozmieszczone raczej z wyczuciem, nie spychając filmu w całości na nie do końca lubiane przeze mnie tory komedii z dreszczykiem. Jeong-won Shin przez większą część swego filmu dosyć zgrabnie balansuje na krawędzi kilku na pierwszy rzut oka niekoniecznie do siebie pasujących stylistyk, podobnie jak jego kolega po fachu Joon-ho Bong w swoim o dwa lata młodszym, podszytym polityczno-społecznym kontekstem „Gwoemulu”, który to odniósł równie wielki sukces tak wkraju, w którym został nakręcony jak i na całym świecie.

  Opowiastka o krwiożerczym dziku polującym na ludzi pośród pól i lasów Sammae-ri jest ewidentnie kontynuacją wywołanego wspomnianym filmem boomu w Korei Południowej na tego typu historie - tutaj także mamy wielką bestię, w większości powołaną do filmowego życia za pomocą cyfrowych efektów, akcenty humorystyczne, szydzenie i wytykanie błędów służbom mającym ludziom pomagać czy też ciekawie nakreślone tło społeczne. Tym razem jednak całość klimatycznie i lokalizacyjnie bardziej przywodzi na myśl wcześniejszy film Joon-ho Bonga „Salinui chueok” znany szerzej pod anglojęzycznym tytułem „Memories of Murder”, w którym także mieliśmy pokazane koreańskie zadupie i starających się rozwikłać sprawę kryminalną policjantów z tą jednak różnicą, że ludzkiego oprawcę zastąpił morderca jak najbardziej zwierzęcy, co dla fanów animal attack żadnym minusem być rzecz jasna nie powinno.  

Właśnie, dzik. Wielu z Was na pewno skrzywi się na myśl o tym, że w filmie w lwiej części skorzystano z dobrodziejstw technik cyfrowych animacji  aniżeli starej szkoły trickowej pod postaciąanimatroniki czy kukieł. Spieszę jednak od razu z dobrą nowiną - i tego typu rzeczy w „Chaw” się znalazły, choć jak już pisałem jest ich niestety (bądź też jak kto woli, stety) stosunkowo mało. Mimo wszystko efekty komputerowe sprawiają całkiem pozytywne wrażenie, choć podczas produkcji filmu było z nimi trochę zawirowań, a dokładniej z firmą Polygon Entertainment, która to, jeśli wierzyć nie do końca potwierdzonym pogłoskom, nie wywiązała się z powierzonego jej zadania należycie, przez co 80% stworzonego przez nią materiału musiało zostać w pocie czoła przez okres dwóch miesięcy poprawione przez koreańskie studio Independence, Inc. - co za tym idzie przedłużeniu uległa postprodukcja całego filmu. Zostawmy jednak plotki na boku, zajmijmy się faktami, czyli tym co możemy zobaczyć na własne oczy na ekranie. A jest muszę przyznać na co popatrzeć, gdyż twórcy pomimo niezbyt wygórowanego jak na tego typu produkcję budżetu 5,3 miliona dolarów amerykańskich (dla porównania wspominany „Gwoemul” miał budżet dwukrotnie większy) - z czego na same efekty specjalne poszła prawie połowa tej sumy, czyli około 2,5 miliona - potrafili wyczarować na ekranie kilka naprawdę niezłych scen z udziałem tytułowego wieprza.

Pomijając pierwszą godzinę filmu, przeznaczoną przez reżysera na budowanie klimatu a także niezbędnego „ludzkiego” tła opowieści, praktycznie cała druga połowa obrazu to już ganianie po lesie dzika bądź też przed nim uciekanie. Co warte podkreślenia, reżyser nie szczędzi nam widoków bestii także w świetle dziennym, co nie do końca jest oczywistością w tego typu filmach. Oczywiście scen nocnych z wyczuwalnym tzw. klimatem też nie brakuje, a dzik jeśli już ukaże się naszym oczom w całej swej, dosyć odrażającej postaci nie schodzi z ekranu w kolejnych scenach na zbyt długo i zawsze pojawi się w mniej lub bardziej odpowiednim momencie, by zapolować na próbujących go unieszkodliwić bohaterów. Oczywiście efektom specjalnym daleko do tych z mega budżetowych produkcji hollywoodzkich czy nawet tych użytych w „Gwoemul”, jednak jak na skalę trudności całego przedsięwzięcia (zwierz niezmyślony a znany ludzkim oczom dosyć dobrze, animacja sierści i inne takie) przyznać muszę, że ich twórcy spisali się zaskakująco dobrze. Co ważne, sam wygląd wieprza także sprawia bardzo pozytywne wrażenie, nie będąc ani zbyt przekombinowanym w stronę, nazwijmy to „horrorową”, ani też w tę znaną nam z programów na Animal Planet czy leśnych wycieczek (o ile ktoś kiedyś spotkał na takowej dzika) – stwór nie posiada bowiem żadnych śladów mutacji czy innych dziwnych rzeczy na ryju jak jego kolega z „Pig Hunt”, nie będąc jednocześnie tylko i wyłącznie zwykłym, leśnym dzikim świniorem - ot, wygląda w zasadzie tak, jak tego typu wielki wieprz w filmie o takiej tematyce wyglądać powinien.  

„(…)Kto spotyka w lesie dzika, (…)”

…a spotykają go w „Chaw” bardzo zróżnicowani, tak fizycznie jak i charakterologicznie bohaterowie, począwszy od wspomnianego już oficera seulskiej drogówki Kima Kang-su a na starym myśliwym imieniem Cheon Il-man skończywszy. Oprócz nich w programie takie atrakcje jak ciamajdowaty, lubujący się w podglądaniu wieśniaczek głupkowaty komendant policji, jego jeszcze głupszy szef, dwójka nie do końca normalnych ekologów, blada czarnowłosa baba, która najwidoczniej urwała się z jakiegoś azjatyckiego filmu o szukających zemsty duszkach i wiele, wiele innych. Ogólnie rzecz biorąc reżyser podszedł do sprawy „zaludnienia” miejsca ekranowego nawet aż nazbyt ochoczo, wpisując w fabułę filmu niekiedy nie do końca pasujące czy momentami zwyczajnie nieciekawe postaci, co z kolei przełożyło się na nieznaczny, ale mimo wszystko mający miejsce w tym aspekcie „groch z kapustą”. Wiele wątków, które wprawdzie w miarę rozwoju akcji znajdują swoje rozwiązanie, wpleciono w mojej opinii do filmu trochę na siłę, przedłużając sztucznie i tak dość długi czas jego trwania, zupełnie niepotrzebnie go także udziwniając.  

  Jeśli chodzi o aktorów, to ani twarze ani tym bardziej ich nazwiska mi kompletnie nic nie mówią, toteż nie będę się zbyt szczegółowo rozwodził nad ich grą, zaznaczę jedynie, że film rzecz jasna dotyka charakterystyczna dla azjatyckiej kinematografii „choroba”, którą ja nazywam „pajacowaniem na ekranie”, ktoś inny może to nazwać grą aż za nadto ekspresyjną czy jak tam woli. Oczywiście wszystko w zależności od granej akurat roli i choć w zasadzie nie jest to do końca tylko ich wina, tak maniera, z jaką dalekowschodni aktorzy wcielają się w odtwarzane przez siebie postaci nie jest szczerze przyznam tą darzoną przeze mnie największą sympatią, acz jakimś tam zrozumieniem już bardziej. Cóż, trzeba brać całość z dobrodziejstwem inwentarza, bo pewne rzeczy (w tym charakterystyczne aktorstwo) są w produkcjach azjatyckich stałym punktem tamtejszego filmowego menu. Oczywiście nie jest tak, że tego typu „granie” zupełnie mi się nie podoba, bo trzeba by być chyba ślepym, by mimo wszystko nie docenić starań niektórych członków obsady, ale jak mówię - jeśli ktoś jest na tego typu rzeczy uczulony, to stan ten po obejrzeniu „Chaw” ani trochę się nie poprawi, wręcz przeciwnie, osoba taka zostanie tylko utwierdzona w przekonaniu, że Azjaci to jednak dosyć dziwni ludzie są.  

Kilka akapitów wcześniej wspominałem w kontekście recenzowanego właśnie filmu o odpowiedzi na sukces spielbergowskich „Szczęk”, toteż może kilka słuch rozwinięcia tego tematu z mojej strony – ano reżyser specjalnie nie kryje się z tym, jaki film z podgatunku animal attack lubi najbardziej, opierając swój obraz na szkielecie fabularnym niemal dosłownie „skradzionym” z „Jaws” właśnie. Sam trzon całej historii jest praktycznie kalką historii znanej z kultowego filmu Spielberga, choć oczywiście i tutaj w ramach „szczękowego” schematu pokombinowano. Mimo to wiele scen wyraźnie nawiązuje, mniej lub bardziej udanie, do tych znanych z filmu z 1975 roku. Jakie to sceny pisał nie będę, jednak każdy średnio zorientowany w temacie widz wiele z nich bez problemu wyłapie i odnajdzie. Podobne jest tutaj także stopniowe budowanie napięcia, za pomocą którego to między innymi reżyser kreśli niejako klimat całej opowieści.  

Powoli odkrywane karty w pierwszej części seansu w jego drugiej odsłonie dosyć płynnie ustępują miejsca typowemu dla creature features bardziej przygodowemu podejściu do całej historii - mamy w tej części rzecz jasna o wiele więcej akcji z udziałem tytułowego zwierza ale także i tempo filmu rusza z kopyta, trzymając w sporym napięciu aż do obowiązkowego, „wybuchowego” finału opowieści. Mimo wszystko tego typu schematyczność i kurczowe trzymanie się ram podgatunku, czy też w tym akurat wypadku linii nakreślonej przez jego najbardziej znanego przedstawiciela, może być dla niektórych wadą, nie jedyną niestety, gdyż film oczywiście idealny nie jest i posiada kilka mniejszych lub większych uchybień, z których tym zdecydowanie największym dla szeregu widzów będzie z pewnością brak jakiegokolwiek klimatu grozy wynikający z takiego a nie innego podejścia reżysera do opowiadanej historii. Więcej tu na pewno humoru aniżeli pełnych napięcia scen mogących zmrozić krew w żyłach. Jeong-won Shin świadomy tematu jakiego się podjął postanowił pójść bardziej w rejony charakterystyczne bardziej dla filmów pokroju wielokrotnie przywoływanego przeze mnie „Gwoemul” niż „Razorbacka” i przedstawił całość z większym niż w przypadku nakręconego 25 lat temu australijskiego odpowiednika przymrużeniem oka. Nie znaczy to jednak, że film z miejsca stał się komedią, bo tak oczywiście nie jest.  

Pomijając jednak kształt, jaki wybrał dla swego filmu reżyser, należy zwrócić uwagę także na nie do końca fortunnie wprowadzone postaci i momentami zbytnią chaotyczność fabularną całości, o czym już zresztą trochę wcześniej wspominałem. Niezbyt usatysfakcjonowani będą także wszyscy Ci oczekujący ze strony działań filmowego dzika na jakiś wyjątkowy gore fest. Nic takiego nie ma w „Chaw” miejsca (czy to wada czy zaleta, niech każdy sobie na to pytanie sam, kierując się własnym gustem, odpowie), choć kilka scen śmierci zostało naprawdę ciekawie zaaranżowanych - w szczególności mam tutaj na myśli cały „epizod” z wnuczką Cheon Il-mana czy wtargnięcie dzika na imprezę we wiejskiej remizie. 

„(…)ten na drzewo szybko zmyka.” *

Jednak mimo wszystko lepiej a przede wszystkim bezpieczniej z dzikiem spotkać się korzystając z dobrodziejstw współczesnej techniki i na ekranie telewizora w cieple domowego ogniska obejrzeć „Chaw”, gdyż film Jeong-won Shina to, pomimo wspomnianych chwilę wcześniej ubytków, udany przedstawiciel animal attack, zapewniający ponad dwie godziny naprawdę godziwej rozrywki. Fabularnie oczywiście niczego szczególnie odkrywczego tutaj nie uświadczymy, jednak mimo wszystko chyba nie o to w tym konkretnym podgatunku kina grozy chodzi. Rzecz to nakręcona z „jajem”, z technicznego punktu widzenia co najmniej poprawna, do tego posiadająca niezłe tempo. Ci, którzy nie zgrzytali zbytnio zębami podczas seansu z „Gwoemul” nie powinni się na tym kolejnym południowokoreańskim creature feature jakoś wyjątkowo zawieść, bo film to dosyć zbliżony poziomem do obrazu Joon-ho Bonga, choć może trochę prostszy, pozbawiony całego tego politycznego bagażu swojego starszego brata. 

  *Jan Brzechwa, "Dzik"

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek