Les raisins de la mort (Grapes of Death)

Opublikowano: 25-12-2015 przez: Przemo

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: Francja
Rok produkcji: 1978
Czas trwania: 90 min
Reżyseria: Jean Rollin
Scenariusz: Jean Rollin, Christian Meunier, Jean-Pierre Bouyxou
Muzyka: Philippe Sissman
Zdjęcia: Claude Bécognée
Obsada: Marie-Georges Pascal, Mirella Rancelot, Brigitte Lahaie
Dystrybutor VHS: -

„Grapes of Death” zrealizowany przez Jeana Rollina okrzyknięto pierwszym francuskim filmem gore. Powstał w końcówce lat 70tych, zatem już po słynnych wampirycznych produkcjach reżysera. Pojawia się tu również poznana przez niego na rynku porno ówczesna sex bomba Brigitte Lahaie, obsadzona rok później w głównej roli horroru „Fascination”. Pomimo, iż tytuł „Grapes of Death” może sugerować dosyć trashową tematykę jest to nic innego jak zombie movie, całkiem nastrojowy i popełniony w pełni na poważnie.

Plantacja winogron. Miejscowym robotnikom szkodzą rozpylane pestycydy, czego pierwszym żniwem pada imigrant Kowalski. W tym samym czasie niejaka Elisabeth jedzie pociągiem w kierunku winnicy na spotkanie ze swym lubym. Podczas podróży do wagonu wsiada mężczyzna zarażony nieznanym wirusem (Kowalski), który najpierw morduje współpasażerkę Elisabeth, a następnie usiłuje zabić też ją. Kobieta zatrzymuje pociąg i rzuca się do ucieczki… Nie ma pojęcia gdzie jest, okolica wygląda na dziwnie wyludnioną, a pierwsze oznaki życia jakie będzie jej pisane napotkać zamrożą krew w jej żyłach.

Rollin był twórcą odznaczającym się niebagatelnym zmysłem. Ujęcie samotnej kobiety błądzącej pod cmentarno-gotyckimi bramami z widmowym słońcem majaczącym na niebie, przypominającym płótno z nierzeczywistą, grobową poświatą z pierwszych minut filmu po prostu rzuca na kolana. A dalej górskie pejzaże, ruiny, zamki, przestworza - to wszystko zdaje się oddychać tak pełnie, iż to nam, widzom dosłownie zapiera dech. Plenery mają przestrzeń, głębię a do ich uchwycenia potrzeba nie lada wyobraźni, bowiem zdjęcia u Francuza są przejawem ducha. Do tego pogoda na planie była wyjątkowo chłodna, występująca w epizodycznej roli Lahaie rozebrana w jednej ze scen nie była podobno w stanie wydobyć z siebie słowa przez ów dotkliwe zimno... Męska część widowni będzie mogła odnotować wówczas podobne wrażenia, paradoksalnie wywołane gorącem!

Główna postać, odtwarzana przez Marie-Georges Pascal trafia do świata, gdzie czas się zatrzymał i - klnę się na wszystko - tylko tutaj rzeczywistość jest na prawdę wiekowa, spróchniała, wysuszona. Pierwsze domostwo odwiedzone przez Elisabeth zdaje się być siedliskiem trądu oraz żałoby. Jeżeli Rollin pokazuje nam odludzie, to nie jest to tekturowa scenografia tylko miejsca przeraźliwie autentyczne, gdzie nuta je podkreślająca albo nie występuje wcale - wówczas penetruje nasze zmysły absolutna cisza - bądź przeciwnie, potrafi być upiorna i niepokojąca. Gdy reżyser oprowadzi nas po wymarłej okolicy poczujemy się co najmniej jak w filmach George'a Romero. Szukająca pomocy Elisabeth spotyka na środku totalnego górskiego pustkowia... Niewidomą. Od stóp do głów odzianą w biel. Jest zatem klasycznie, postacie nasiąkają symboliką. Co więcej, kaleka kobieta swą mową potrafi zahipnotyzować nawet nieumarłych. Kompanki trafiają wreszcie do osady, gdzie czeka na nie już tylko chodząca śmierć. Gdzieniegdzie płoną ogniska, wokół słychać trzask pękających gałęzi... Wkrótce okolicę przedrze skowyt mordowanych…

Biorąc pod uwagę ilość zakażonych zombie’zmem w filmie możemy zobaczyć liczne charakteryzacje postępującego na ich skórze rozkładu. Efekty specjalne są w tej materii całkiem przyzwoite. Nie ma tu może totalnej jatki, wystrzały oddawane z broni palnej padają zasadniczo poza kadrem, aczkolwiek produkcja oferuje kilka brutalniejszych scen. Ich opus magnum przypada w szczególności na jedną, absolutnie genialną sekwencję gore popełnioną z klasycznym motywem grozy. Gdyby Rollin poszedł w tym kierunku dalej i rozwinął opowieść pod kątem makabry, efekt byłby zapewne piorunujący.

„Les raisins de la mort” cierpi niestety pewien mankament. Otóż, w drugiej połowie filmu nastrój osamotnienia nieco się rozdrabnia i na kliszach można dostrzec pewne przestoje akcji. Gdy fabułę zasila dwóch mężczyzn przeczesujących okolicę z bronią palną atmosfera przybiera nazbyt towarzyski charakter, pojawiają się zakłócające enigmatyczny klimat filmu konwersacje, cała tajemnica okalająca wydarzenia gdzieś uchodzi. Również wątek z Lahaie zdawał się mieć znaczny potencjał, jakby nie do końca tutaj wykorzystany. Tak już niestety pozostanie aż do napisów, ponieważ w moim odczuciu dzieło Rollina nie zawiera przysłowiowej kropki nad i. Choć finałowa sekwencja nosi znamiona charakterystyczne dla poetyki twórcy, jego dzieł wcześniejszych, ostatecznie pozostaniemy po seansie z pewnym niedosytem. Cokolwiek jednak by nie mówić „Grapes of Death” są kolejnym interesującym obiektem na mapie filmografii wampirycznego reżysera, który warto odwiedzić.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek