The Canyon

Opublikowano: 18-06-2013 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: USA
Rok produkcji: 2009
Czas trwania: 102 min
Reżyseria: Richard Harrah
Scenariusz: Steve Allrich
Muzyka: Heitor Pereira
Zdjęcia: Nelson Cragg
Obsada: Yvonne Strahovski, Eion Bailey, Will Patton, Andrea Marcellus
Dystrybutor VHS: -



"Surviving is just the beginning"

 

Wielki Kanion Kolorado to z całą pewnością jeden z najbardziej malowniczych punktów na mapie Ameryki Północnej; raj dla turystów, miejsce, którego zobaczenie na żywo jest często marzeniem niejednej osoby, przyciąga rokrocznie setki ludzi chcących na własne oczy przekonać się o wizualnych walorach tego jedynego w swoim rodzaju wyżłobionego w ciągu milionów lat przez rzeki zagłębienia  w skorupie ziemskiej. Obszar ten, stanowiącyprzekrój przez szereg epok geologicznych, często będący także „bohaterem” wielu filmów, najczęściej różnego rodzaju westernów, w których to dobrzy kowboje „strzelali się” ze złymi Indianami, stał się nieoczekiwanie dla pewnej świeżo poślubionej młodej pary areną walki o przetrwanie. Wszystko za sprawą Richarda Harrah (znanego z wyprodukowania - razem z Verną Harrah i kilkoma innymi osobami - „Anacondy” oraz jej sequela), który wraz ze scenarzystą Stevem Allrichtem wymyślił sobie, że to właśnie ten pełen majestatu skrawek ziemi będzie stanowił równie malownicze co zdradliwe tło jego reżyserskiego debiutu opowiadającego o pragnieniu życia i miłości oraz wyborach, których dokonać musi człowiek postawiony pod ścianą…ścianą liczącego sobie blisko 10 milionów lat Wielkiego Kanionu…

Lori i Nick to para, która wydaje się mieć wszystko - ona młoda i piękna, dobrze sytuowana (ojciec bogacz), on, mężczyzna przystojny, wysportowany, dający wybrance serca to co w związkach najważniejsze - poczucie bezpieczeństwa a przede wszystkim miłość. Będąc świeżo po ślubie młodzi wybierają się na miesiąc miodowy swych marzeń - ich wyśnionym, bajkowym miejscem jest Wielki Kanion położony gdzieś pośród przepastnych terenów stanu Arizona. Pech chce, że odpowiednio wcześniej nie zaopatrzyli się w pozwolenia umożliwiające skorzystanie z jednej z tamtejszych atrakcji - przejażdżki mułami w głąb kanionu. W jednym z barów poznają jednak okolicznego dziwaka, byłego myśliwego Henry’ego, który oferuje im pomoc w załatwieniu niezbędnych zezwoleń oraz zaprasza do skorzystania z jego usług nakreślając malowniczą trasę wyprawy. Początkowo wszystko idzie gładko - Henry „przytula” odpowiednią ilość pieniędzy, młodzi z kolei mają okazję podziwiać z bliska piękno Wielkiego Kanionu oraz poznać miejsca, których nie ma w planie zwykłych wycieczek. W pewnym momencie dochodzi jednak do tragedii - przewodnik zostaje pokąsany przez grzechotniki, konie i muły uciekają a główni bohaterowie zmuszeni są znaleźć wyjście ze śmiertelnej jak się okazuje pułapki… 

Na wstępie tego akapitu chciałbym rozwiać wszelkie wątpliwości, jeśli ktokolwiek po przeczytaniu powyższego opisu fabuły rzecz jasna jeszcze jakieś posiada - „The Canyon” nie jest oczywiście typowym przedstawicielem nurtu animal attack, jeśli miałbym go do jednak gdzieś przyporządkować, byłoby to zapewne kino spod znaku przetrwania łamane przez dramat, aczkolwiek z elementami „animalistycznymi”, toteż takie a nie inne umiejscowienie owego obrazu w naszej bazie recenzji. Choć zwierzęta chcące pożreć głównych bohaterów nie odgrywają w filmie roli wiodącej, to nie można absolutnie powiedzieć, żeby był to wątek typowo marginalny. Wpisuje się on bowiem całkiem zgrabnie w rozpisaną przez debiutanta Steve’a Allricha historyjkę walki świeżo poślubionej młodej pary o wydostanie się z pułapki, jaką zgotował im los ale także i ich własna nieostrożność. Bohaterowie tak po prawdzie na własne życzenie wpadają w wielkie tarapaty, chcąc ominąć obowiązujące wszystkich innych wczasowiczów regulacje prawne i po śmierci swego przewodnika, nie znając kompletnie okalającego ich równie pięknego co zdradliwego skalnego terenu, muszą postawić na szali swą młodzieńczą fantazję i chęć życia by nie zostać pozbawionym go pośród piasków Wielkiego Kanionu. Nieznajomość topografii, brak doświadczenia w survivalu i narastające pomiędzy młodymi niezrozumienie prowadzące do kłótni tylko potęguje obraz pułapki bez wyjścia, w jakiej znajdują się główni bohaterowie „The Canyon”.  

Aktorsko film jest bardzo poprawny - przez większość czasu na ekranie podziwiać możemy jedynie trójkę aktorów, z których tym najbardziej znanym jest z całą pewnością Will Patton wcielający się w postać lubiącego popijać mocniejsze trunki przewodnika Henry’ego. Patton z wielkim wyczuciem kreuje sylwetkę trochę dziwacznego, acz pewnego siebie i dosyć sympatycznego byłego myśliwego, który za stosowną opłatą postanawia „oprowadzić” młodą parę po najpiękniejszych  zakamarkach Wielkiego Kanionu. Henry jednakwkrótce po wyruszeniu w podróż ginie od jadu węży (naprawdę świetnie nakręcona scena ataku) i na „placu boju” praktycznie aż do samego końca filmu pozostaje dwójka głównych bohaterów - Lori i Nick, w role których wcielają się odpowiednio Yvonne Strahovski i Eion Bailey. Ten ostatni to można by rzec doświadczony odtwórca, mający na swoim koncie szereg ról serialowych („Band of Brothers” czy „ER”) ale także i pracę na planie z takimi reżyserami jak choćby David Fincher („Fight Club”) czy Renny Harlin („Mindhunters”). Tutaj z powodzeniem odgrywa rolę lekko „kozaczącego” pana młodego, który wskutek nieszczęśliwego zbiegu wypadków zdany będzie nie tylko na własne umiejętności - w pewnym momencie przyjdzie mu bowiem oddać „pałeczkę” ekranowej żonie Lori, bardzo fajnie zagranej przez wspomnianą Yvonne Strahovski, dotąd raczej nieznaną szerszej publiczności aktorkę telewizyjną, z urody trochę przypominającą Naomi Watts. Ciekawostką jest fakt, że ta urodzona w Australii aktorka ma polskie korzenie i płynnie posługuje się naszym ojczystym językiem, gdyż jej rodzice jak i cała dalsza rodzina to Polacy; sama Yvonne urodziła się pod nazwiskiem Strzechowski, które jednak z wiadomych względów stanowiłoby spory orzech do zgryzienia dla anglojęzycznych widzów, toteż obecnie na ekranach podziwiać możemy naszą rodaczkę pod lekko zmienionym nazwiskiem.

Urodziwa blondynka nieźle poradziła sobie z rolą początkowo uzależnionej od własnego męża, spełniającej każde jego życzenie i przystającej na każdą prośbę młodej małżonki, która jednak w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa jest w stanie poświęcić własne zdrowie i przełamać nieprzekraczalne wydawałoby się bariery, by tylko ratować jego jak i siebie. W tym kontekście kluczową rolę odgrywają wspomniane wcześniej ataki dzikich zwierząt a konkretniej rzecz biorąc stada wygłodniałych wilków (w rzeczywistości w Wielkim Kanionie nie występujących), którym to atakom przyjdzie stawić czoła głównej bohaterce. Z samym ich wykonaniem i zaaranżowaniem jest już jednak różnie - niektóre ujęcia ze zdziczałymi psowatymi są całkiem klimatyczne i trzymające w napięciu, z kolei inne wydają się być rozwiązane zbyt szybko i zbyt łatwo po myśli głównej bohaterki - mam tutaj na myśli w szczególności scenę przy ognisku. Szkoda, bo potencjał jaki niosły ze sobą owe scenki był ogromny a został on wykorzystany jedynie w maleńkim procencie, przez co fani animal attack mogą poczuć się trochę rozczarowani. Co innego z kolei wspomniany już wcześniej atak grzechotników na Henry’ego - z całą pewnością jedna z najlepszych tego typu scen, jakie widziałem.  

Mimo wszystko elementy „animalistyczne” nie porywają, tak samo jak i strona fabularna filmu, ziejąca chwilami dość sporą pustką, wymyślana wydawać by się mogło na bieżąco na planie. Bohaterowie przez długi okres czasu chodzą bez większego sensu poszukując wyjścia ze skalnej pułapki i tak naprawdę nic godnego uwagi - tak w dialogach i relacjach między nimi jak i samej akcji - się nie dzieje. Wszystko zmienia się wskutek pewnego nieszczęśliwego wypadku, który staje się udziałem Nicka - dopiero wtedy tak naprawdę zaczynają się prawdziwe filmowe emocje, bo bohaterowie zostają postawieni przed cholernie trudnym dylematem - wtedy też możemy zobaczyć jak silne jest łączące dwoje młodych uczucie i co jest w stanie zrobić a także poświęcić człowiek przyparty do muru, muszący przełamać wszelkie wewnętrzne blokady by uratować najbliższą mu osobę. Do tego wszystkiego otrzymujemy naprawdę zaskakujący (choć praktycznie bliźniaczy względem finału z pewnego pochodzącego sprzed dwóch lat filmu grozy) i chwytający za gardło finał, po którym cała pokazana w „The Canyon” historia nabiera zupełnie innego wymiaru.  

Ciężko jednoznacznie ocenić debiut Richarda Harrah ze względu na jego dość nierówny poziom - z jednej strony mamy świetne, naturalne plenery (film kręcono w Arizonie oraz Utah), z drugiej jednak strony brak jakiegoś ciekawszego szkieletu fabularnego i pomysłów  niepozwalają do końca emocjonować się losem głównych bohaterów tak jak byśmy tego chcieli. Reżyser postawił na dość spory naturalizm swojego obrazu (kilka sytuacji i faktów mimo wszystko na potrzeby filmu naciągając - vide wilki), starając się stworzyć jego klimat w oparciu o majestatyczne i wspaniałe okoliczności przyrody, ale jak wiadomo nieźle dobrane plenery to w przypadku dobrego kina przetrwania nie wszystko - jednak Harrah zadbał też o całkiem fajnie nakreślone sylwetki bohaterów (równie przyzwoicie zresztą zagranych) i sporo emocji w drugiej części filmu (w której to jesteśmy świadkami jedynej, ale za to świetnie wykonanej sceny gore) oraz bardzo ciekawie rozwiązany finał - i to właśnie te elementy ostatecznie decydują w moim odczuciu mimo wszystko o jako takim powodzeniu całego przedsięwzięcia. Nie jest to na pewno obraz przepełniony pędzącą na złamanie karku akcją czy też wypchany po brzegi grozą i przerażeniem - jednak pomimo dosyć ospałego tempa i pewnych fabularnych braków ogląda się go z rosnącym zainteresowaniem co sprawia, że warto dać mu szansę, nie oczekując jednakże jakiegoś niespodziewanego nim olśnienia. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek