Charlie's Farm

Opublikowano: 04-11-2015 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Horror
Kraj: Australia
Rok produkcji: 2014
Czas trwania: 93 min
Reżyseria: Chris Sun
Scenariusz: Chris Sun
Muzyka: Mark Cyprian, Smythe
Zdjęcia: Scott Kimber
Obsada: Tara Reid, Nathan Jones, Kane Hodder, Bill Moseley
Dystrybutor VHS: -

„Przesuń się Michael Myers! Zrób miejsce Freddy Krueger! Spadaj Leatherface! Nadchodzi nowa ikona kina grozy!” - tego typu slogany promocyjne często wykorzystywane są przez twórców niskobudżetowych slasherów. Nie inaczej jest w przypadku „Charlie's Farm” Chrisa Suna i choć pozycja kultowych slasherowych morderców pozostaje niezachwiana, to nie da się ukryć, że ich panteon właśnie powiększył się o kolejnego bohatera. 

Jason i 'Donkey' znudzeni wylegiwaniem się nad basenem, postanawiają zabrać swoje koleżanki w nieco mniej znany turystycznie zakątek Australii. Z pomocą jak zwykle w tego typu przypadkach przychodzi internet, dzięki czemu już następnego dnia czwórka młodych rusza na podbój farmy cieszącej się wyjątkowo złą sławą. Legenda głosi, że zamieszkiwało ją małżeństwo kanibali i ich zdeformowany, niedorozwinięty syn, Charlie. Kiedy okoliczni mieszkańcy rozjuszeni wzrastającą liczbą zaginionych turystów dokonali linczu na jego rodzicach, Charlie wszystkiemu się przyglądał. Od tej pory, na terenie farmy nieustannie znikają przypadkowi ludzie. 

Każdy, kto w choćby najmniejszym stopniu interesuje się horrorem doskonale wie, że powyższa legenda okaże się prawdziwa, a czworo głównych bohaterów przekona się o tym na własnej skórze i tu przechodzimy do pierwszego i tak naprawdę jedynego poważniejszego mankamentu „Charlie's Farm” - zbyt długiego wprowadzenia. Nie jest tajemnicą, że slasher w starym stylu potrzebuje odpowiedniego budowania napięcia i wprowadzenia postaci, ale...nie godziny, a prawie tyle upłynie wam czasu podczas seansu zanim cokolwiek poważnego zacznie się dziać. Ok, gdyby jeszcze poszło to wszystko na wykreowanie historii naszych bohaterów, czegoś co sprawi, że w starciu z oszalałym mordercą będzie nam łatwiej trzymać za nich kciuki, ale na tym polu Sun kompletnie poległ. Przez 60 minut seansu dowiemy się, że 'Donkey' ma przyrodzenie w rozmiarze XXL/Murzyn i że podoba mu się zdzirowata koleżanka, a o pozostałej dwójce można w zasadzie powiedzieć, że są parą i tyle. O, przepraszam - dowiemy się też, że jedna z bohaterek nie wie kim był Charles Manson, ale spokojnie - druga szybko jej wytłumaczy, że to „największy seryjny morderca w historii”. Mimo wszystko trochę mało jak na 60 minut jeżdżenia i chodenia po okolicy oraz gadania o kompletnych duperelach. 

Żeby być uczciwym należy jednak podkreślić, że kiedy już coś dziać się zacznie, widz nie będzie w stanie oderwać się od ekranu. Chris Sun przez ostatnie 30 minut daje nam jasno do zrozumienia, że pierwszą godzinę reżyserował pod kontrolą rodzicielską matki, która w końcu się znudziła i sobie poszła, a reżyser może wreszcie odstawić poranne pieczenie kiełbasek i bezcelowe włóczenie się bohaterów po opuszczonej ruderze i uwolnić demony drzemiące w jego umyśle. Charlie nie przebiera bowiem w środkach, a co za tym idzie jest kreatywnie i krwawo. Sun doskonale wykorzystał potencjał drzemiący we wrestlerze odtwarzającym rolę tytułową. Nathan Jones, bo o nim mowa, świetnym aktorem może nie zostanie, ale warunki fizyczne ma naprawdę imponujące i w połączeniu z fantastyczną charakteryzacją wypada naprawdę upiornie. Jonesa od innych slasherowych statystów odróżnia też to, że nie ogranicza się do pokazywania, że 'jest'. Kreowany przez niego Charlie żyje własnym życiem i dzięki bystrym zagraniom scenariuszowym Suna wypada złowieszczo nie tylko dzięki charakteryzacji, ale również  wyjątkowo złośliwym zagraniom poniżej pasa względem ekranowego 'mięsa armatniego'. Krótko mówiąc - Charlie to nie tylko brutalny morderca, to wyjątkowo wredny brutalny morderca. Każdy kto oglądał „Madmana” niech pomyśli o scenie z szubiennicą i przemnoży to razy kilka. Charlie to Madman Marz do potęgi. Sceny gore wykonane są praktycznymi metodami bez udziału CGI i cieszą oko jak w mało którym filmie. Zobaczymy tu kilka naprawdę genialnych i niezwykle pomysłowych sposobów uśmiercenia, że wspomnę jedynie sadystyczną scenę z udziałem traktora oraz rozrywanie szczęki, które powinno przejść do kanonu slasherowych zagrań wszechczasów.

Co ciekawe, atmosfera grozy udziela się głównie w scenach retrospekcji, które naszpikowane są gęstym klimatem i brudem. Sceny 'teraźniejsze' rozgrywają się głównie w ciągu dnia, a lokacja gdzie kręcono film nie sprawia specjalnie wrażenia upiornej i nazbyt szczególnie nie działa na wyobraźnię (ot opuszczona chata pośrodku polany), ale kiedy tylko Charlie wkrocza do akcji, przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie. 

Aktorsko jest średnio - czyli w sam raz jak na krwawy slasher. Reżyser zdecydował się na mix mało doświadczonych, dopiero zaczynających przygodę z zawodem aktorów oraz kilku weteranów z nazwiskiem, ściągniętych w tym celu z USA. Główną rolę zamiast młodej australijskiej aktorce, powierzono zatem Tarze Reid, która kompletnie się tu nie sprawdza i zwyczajnie zawodzi. Jej przeraźliwie chuda sylwetka nie sprzyja kreacji typowej 'final girl' i na całe szczęście reżyser serwuje nam tu pewien twist, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zatrudnienie gwiazdy serii „American Pie” było tylko i wyłącznie chwytem marketingowym, a jej gra aktorska jest mocno wymuszona. W drugoplanowych rolach pojawiają się również Kane Hodder i Bill Moseley. Pierwszy w dość nietypowej dla siebie roli, drugi grający to co zawsze. Ich fani powinni być usatysfakcjonowani.

Pozostałe aspekty techniczne - zdjęcia i montaż stoją na dobrym poziomie, nie zawodzi też muzyka, choć jej brzmienie ulatuje z głowy tuż po seansie. Jak przystało na produkcję za 3 miliony dolarów, „Charlie's Farm” reprezentuje wysoki poziom wykonania, a wydane pieniądze widać na ekranie. Chris Sun pokazał, że jako fan gatunku wie jak się poruszać w jego ramach i zaciekawić widza historyjką, którą każdy miłośnik horroru widział już przynajmniej 100 razy. „Charlie's Farm” nie jest filmem, który ma za zadanie wprowadzać coś nowego do podgatunku. Sun składa za to hołd slasherom lat 80-tych i moim zdaniem robi to w cholernie udany sposób. Dla miłośników kina stalk and slash - pozycja absolutnie obowiązkowa.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek