Jurassic World

Opublikowano: 14-06-2015 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA, Chiny
Rok produkcji: 2015
Czas trwania: 124 min
Reżyseria: Colin Trevorrow
Scenariusz: Rick Jaffa, Amanda Silver, Colin Trevorrow
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: John Schwartzman
Obsada: Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Vincent D'Onofrio, Irrfan Khan
Dystrybutor VHS: -

Rok 1993 z całą pewnością zapisał się w historii kina rozrywkowego rodem z Holly – będący wówczas prawdopodobnie w życiowej, reżyserskiej formie Steven Spielberg dał bowiem kinomanom obraz, który do dziś traktowany jest nie tylko jako dzieło w swojej klasie wybitne, ale i film, który na zawsze zmienił oblicze kina. To bowiem wtedy, po 65 milionach lat Ziemią ponownie zawładnęły dinozaury, napychając producentom kieszenie zielonymi banknotami, jednocześnie dając widzom na całym świecie film, który do dziś jawi się jako monolit kina rozrywkowego, ideał, do którego większość twórców i widzów odwoływała się przez kolejne dwie dekady – dziś, po 22 latach od premiery pierwszego „Parku” dinozaury za sprawą decydentów Universalu i reżysera Colina Trevorrowa wracają na wielkie ekrany, by po raz kolejny przypuścić atak na kieszenie spragnionych dobrej rozrywki widzów, tym razem mając do dyspozycji o wiele nowocześniejsze technologie filmowego rzemiosła.

Wielkie marzenie Johna Hammonda ziściło się – „Jurassic Wold”, będący unowocześnioną wersją jego „Parku jurajskiego” działa i przyciąga codziennie na wyspę Nublar tysiące osób chcących zobaczyć żywe dinozaury – po tragedii, do jakiej doszło w starym „Parku” zostały już tylko mgliste wspomnienia i koszulki do kupienia na eBayu. Turyści z całego świata od 20 lat przypływają na wyspę u wybrzeży Kostaryki do jedynego w swoim rodzaju prehistorycznego zoo, spełniając swoje dziecięce marzenia, za koszt biletu wstępu rzecz jasna. Biznes prosperuje nieźle, choć ludzie zdają się być już jednak nieco znużeni oglądaniem ciągle tego samego - a przynajmniej sądzą tak inwestorzy i właściciele Parku, którzy w pogoni za jeszcze większymi zyskami chcą dać odwiedzającym coś ekstra, atrakcję, która, w odróżnieniu od choćby „ogranego” pożeracza kóz Tyranozaura, przerazi i zachwyci nie tylko dzieciaki, ale i ich rodziców. Z pomocą przychodzi im oczywiście genetyka i „zabawa w Boga – wersja 2.0”, wskutek czego tworzą dinozaura-hybrydę, drapieżnika niemalże doskonałego, który wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności rzecz jasna wydostaje się na wolność…

O czwartej już części „Parku jurajskiego” mówiło się od lat, jednak produkcję filmu odkładano z roku na rok na bliżej nieokreślony czas – sequele zarabiały nadal górę gotówki, ale wpływy każdej kolejnej odsłony, jak i poziom samych filmów, były mimo wszystko coraz niższe – widzowie po fali dinomanii, która miała miejsce na początku lat 90-tych i zachwytami nad komputerowymi bajerami wykreowanymi przez ILM nie mieli już takiego ciśnienia na kolejną wysokobudżetową przygodę na wyspie dinozaurów, a i filmowcy nie mieli za bardzo koncepcji, w jakim kierunku seria miałaby podążyć. Pomysłów rzecz jasna było mnóstwo, brakowało tylko kropki nad i – „życie jednak znalazło swoją drogę”, toteż gdy piszę te słowa, dinozaury znowu rządzą kinami na całym świecie, a weekendowy wynik otwarcia filmu jest wręcz miażdżący - blisko 205 milionów dolarów wpływów w USA, ponad 510 milionów w ogóle. A jak jest z poziomem samego obrazu, wyreżyserowanego tym razem przez raczej mało znanego przeciętnemu zjadaczowi popcornu Colina Trevorrowa? 

Cóż, ogólnie rzecz biorąc jest dobrze, momentami nawet bardzo, choć nie obyło się bez mniejszych i większych „skuch”. Fabularnie rewolucji nie ma – akcja filmu wraca na znaną z pierwszej odsłony wyspę Nublar, choć tym razem, tak jak pisałem kilka linijek wyżej, do Parku w pełni funkcjonalnego i otwartego dla zwiedzających. Niby nowe, a jednak nie do końca – wszystkie filmowe wydarzenia zmierzają bowiem dość szybko na utarte i znane z poprzednich odsłon cyklu „przetrwanie na wyspie, dinozaury gonią, ratuj się kto może”. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo choć schemat i oczekiwania producentów od lat jak widać pozostały niezmienne, to Trevorrow nieźle odnajduje się w tym całym łączeniu „nowego” ze „starym”. Z jednej strony bowiem daje nam to, czego większość widzów w mniemaniu filmowych decydentów oczekuje, tj. więcej dinozaurów, więcej akcji, więcej wszystkiego, z drugiej jednak doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki film kręci i często gęsto puszcza oczko do widza – czy to za sprawą wyśmiewania typowych dla tego rodzaju kina klisz, czy pod postacią nawiązań do klasyka z ’93. Ba, wkłada nawet w usta jednego z bohaterów tekst, będący oczywistą wykładnią tego, czym dla samego reżysera ale i widzów był pierwszy „Park jurajski”, a czym jest „Jurassic World”. Trevorrow nie ukrywa faktu, że to raczej typowy skok na kasę i odgrzewanie starego, kultowego kotleta, tylko w nowoczesnej odsłonie, z nutką sentymentu i nostalgii w tle.

Mimo takiego podejścia, a może właśnie dzięki niemu, film według mnie działa – akcenty rozłożone są nieźle, całość, pomimo typowej jazdy na schematach ogląda się wyjątkowo dobrze a nad wszystkim dodatkowo unosi się wspomniana przeze mnie nutka sentymentu, objawiająca się czy to pod postacią muzyki skomponowanej przez Michaella Giacchino a czerpiącej garściami z motywów autorstwa Johna Williamsa, czy też scen-nawiązań, będących oczywistym hołdem dla filmu Spielberga. Widać doskonale, że choć „Jurassic World” jest filmem na wskroś współczesnym, opartym w dużej mierze na CGI bajerach wykreowanych po raz kolejny przez studio Industrial Light & Magic, to jest to obrazek nakręcony przez fana, dla fanów. I choć nie jest to zapewne w 100% autorskie kino Trevorrowa  (producenci jak zwykle czuwali), to w tym właśnie podejściu najbardziej widać rękę reżysera, który wiedząc, jakie zadanie zostało przed nim postawione, próbował gdzie tylko się dało odcisnąć na obrazie swoje piętno. Moim zdaniem wyszedł z tej nierównej walki obronną ręką, ale zdaję sobie sprawę, że w tej materii zdania będą mimo wszystko podzielone.

Nie do końca bowiem udaje się ze sobą pogodzić mnogość wątków, które z szybkością biegu t-rexa przewijają się przez ekran – scenariusz momentami niepotrzebnie się rozłazi, niektóre pomysły nie są w stanie odpowiednio wybrzmieć, inne z kolei zdają się być wstawione na siłę, byleby tylko odhaczyć kolejne punkty znane i charakterystyczne dla serii – jak choćby wątek dzieciaków, który obowiązkowo musiał się znaleźć także tutaj, a który to nie do końca, łagodnie rzecz ujmując, daje radę. Osią fabuły jest oczywiście „rozróba” w Parku i do wykonania tego elementu nie można mieć raczej większych zastrzeżeń – każdy ważniejszy dinozaur dostaje swoją chwilę czasu ekranowego, mogąc pokazać się w całej okazałości widzom w „glorious 3D” – prym wiedzie oczywiście nowa „atrakcja”, maszynka do mielenia mięsa o nazwie Indominus Rex, która sieje spustoszenie tak wśród ludzi jak i innych kolegów dinozaurów. Trevorrow wzorując się na świetnym dokumencie pt. „Blackfish” lekko dotyka tutaj problemów zwierząt wychowanych w niewoli, z czym związek ma też wątek Velociraptorów i ich rzekomej tresury, na który to narzekała większość fanów serii po obejrzeniu zwiastunów. Spieszę jednak uspokoić wszystkich, że Raptory nic nie straciły ze swego pazura i zadziorności, a motyw ten według mnie okazuje się być nawet jednym z najciekawszych, o ile nie najciekawszym w całym filmie. 

Koniec końców „Jurassic World” to w mojej opinii kawał naprawdę porządnego, nieźle zagranego (Chris Pratt i Bryce Dallas Howard pomimo moich przedseansowych obaw spokojnie dają radę) i cholernie efektownego kina przygodowego. Banałem byłoby pisanie, że efekty specjalne stoją w filmie Trevorrowa na najwyższym możliwym obecnie poziomie, bo przy budżecie 150 milionów dolarów jest to raczej oczywiste – chociaż film w żadnym momencie nie przebija klasycznych momentów dzieła Spielberga, to nadal daje masę frajdy i niezobowiązującej rozrywki, skierowanej w większości do fanów serii i wielbicieli fabuł pt. „potwory gonią ludzi”. I choć „Jurassic World” momentami stoi w rozkroku, próbując spełnić wymagania „dzisiejszego przeciętnego zjadacza popcornu” a jednocześnie widzów wychowanych na pierwszym „Parku jurajskim”, jawiąc się chwilami niczym filmowy odpowiednik głównego złego dinozaura-hybrydy Indominusa Rexa, to udaje mu się utrzymać pion (czy też poziom, jak kto woli) i nie przewrócić się pod ciężarem oczekiwań. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek