Backcountry

Opublikowano: 20-03-2015 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: Kanada
Rok produkcji: 2014
Czas trwania: 93 min
Reżyseria: Adam MacDonald
Scenariusz: Adam MacDonald
Muzyka: Frères Lumières
Zdjęcia: Christian Bielz
Obsada: Missy Peregrym, Jeff Roop, Eric Balfour, Nicholas Campbell
Dystrybutor VHS: -

Zacznę od małej prywaty i lekko nie na temat – „Red Machine” aka „Grizzly” Davida Hackla był jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów roku – wiecie, budżetowy (koszt produkcji wyniósł ponoć 10 okrągłych amerykańskich baniek) film o wielkim niedźwiedziu ludojadzie grasującym gdzieś na alaskańskiej prowincji, obiecanki-cacanki o staroszkolnym podejściu do tematu, trzymanie się tradycyjnych technik jeśli chodzi o efekty specjalne, do tego plejada uznanych aktorów w rolach głównych – czy cokolwiek mogło pójść źle? Ano jak się okazało mogło, a winny spartolenia filmu w mojej opinii był sam Hackl, twórca „Piły V”, który potwierdził, iż reżyserem jest raczej marnym, nie posiadającym wyczucia, nie potrafiącym zbudować choćby zalążka jakiegokolwiek suspensu, że o przestraszeniu widza nawet nie wspomnę. Koleś lubi efekciarskie kadry, „szpanuje” obrazem, często uciekając się do pomocy cyfrowej obróbki obrazu, przez co nawet żywy niedźwiedź wygląda w jego filmie nienaturalnie, nie budząc przy tym choćby krzty grozy. Czemu o tym piszę? Ano temu, że oto pojawił się film, który posiada wszystko to, czego w obrazie Hackla według mnie zabrakło. 

Dwójka zakochanych wybiera się w podróż do malowniczego Parku Narodowego położonego gdzieś w Kanadzie – mężczyzna imieniem Alex chce pokazać wybrance swojego serca malowniczy zakątek leśnej głuszy znany jako Blackfoot Trail, szykując dla niczego niespodziewającej się kobiety niespodziankę. Pech a także mała doza pychy powodują, że dwójka miastowych gubi się pośród leśnej gęstwiny – pozbawieni telefonu komórkowego czy mapy zaczynają walkę o przetrwanie i powrót do cywilizacji nie zdając sobie sprawy, że po piętach depcze im wygłodniały niedźwiedź…

„Backcountry”, to w odróżnieniu od wspomnianego przeze mnie na wstępie „Red Machine”, idealny przykład na to, że w podgatunku jakim jest AA/survival to nie skomplikowanie fabuły czy duży budżet decydują o końcowej wartości gotowego filmu. Debiutujący tutaj Kanadyjczyk Adam MacDonald udowadnia, że trzymanie się schematów charakterystycznych dla tego typu kina to nic złego, o ile dołoży się do prostej fabuły ciekawy pomysł na jej ekranowe przedstawienie a także dozę talentu i reżyserskiego zmysłu. Historia ta bowiem nie różni się niczym od setek podobnych, które mieliśmy okazję widzieć pewnie nie raz i nie dwa – wiadomo, zakochana para jedzie (tutaj można wpisać dowolne miejsce położone gdzieś na łonie natury) i gubi się, przez co bohaterowie zmuszeniu są do walki o przetrwanie – proste jak drut, jednak paradoksalnie w tej właśnie prostocie tkwi siła filmu MacDonalda. Reżyser a także scenarzysta „Backcountry” już w pierwszej scenie budzi lekki niepokój u oglądającego, by potem, zupełnie się nie spiesząc, dać mu czas, by ten spokojnie mógł „zapoznać się” z bohaterami mającego się wkrótce rozegrać dramatu. 

To co na samym początku zwraca uwagę to świetny dobór do ról raczej mało znanych aktorów – szczerze mówiąc ja z obsady kojarzyłem tylko Erica Balfoura, z kolei grających główne role Alexa i Jenn, tj. Jeffa Roopa i Missy Peregrym widziałem na ekranie po raz pierwszy, a oboje w mojej opinii spisali się nadspodziewanie dobrze, ze szczególnym uwzględnieniem tej drugiej – czuć między nimi chemię, pewną dozę naturalności, w końcu łatwo uwierzyć w ich filmowy związek, czym reżyser położył solidne podstawy pod dalszą, bardziej zorientowaną na suspens i grozę część seansu. W ogóle budowanie napięcia przez debiutującego Kanadyjczyka jest tutaj wręcz wzorowe – być może niektórzy nazwą to nudą, ale dla mnie raczej niespieszne tempo filmu to jego wielki atut, tym bardziej że wiadomo, iż wcześniej czy później filmowe wydarzenia nabiorą „rozpędu” a gdy już to następuje, uwierzcie mi na słowo, jest co oglądać i czym się ekscytować.

W końcu dochodzi bowiem do ataku niedźwiedzia a scena ta, to jedna z najlepszych tego typu rzeczy jakie widziałem w kinie animal attack od dawna, a konkretniej od czasu „Rogue” McLeana i „Blackwater” duetu Nerlich & Traucki – w ogóle podobieństwa z tym drugim obrazem po seansie „Backcountry” nasuwają się same – podobne środki filmowego straszenia, biorąc pod uwagę zapewne dość skromny budżet jakim dysponował MacDonald, są tutaj bardzo widoczne – odwrotnie niż Hackl, wspomagany przez sztab specjalistów od cyfrowych efektów specjalnych, mający do dyspozycji animatroniczną kukłę niedźwiedzia, MacDonald mógł skorzystać „tylko” z żywego niedźwiedzia czarnego i magii filmowego montażu, co wyszło mu naprawdę znakomicie. Atak miśka na niczego niespodziewających się głównych bohaterów to „gwóźdź programu” w każdym tego typu filmie, a tutaj naprawdę czuć wagę i grozę tego wydarzenia – baribal, choć sporo mniejszy niż jego brunatny kuzyn z „Red Machine”, budzi tutaj autentyczną grozę i niepokój, w czym ogromna zasługa jego precyzyjnego ulokowania w fabule – niedźwiedź nie biega bowiem po ekranie od samego początku filmu jak oszalały mordując losowych no-name’ów, jego obecność gdzieś w leśnej gęstwinie jest jednak świetnie zasugerowana kilkoma scenami, w których my, a także bohaterowie filmu w ogóle go nie widzimy – a to zobaczymy odcisk jego łapy, pozostawione gdzieś w lesie truchło jelenia czy w końcu nocne obwąchiwanie namiotu przez nieproszonego, kudłatego gościa, mające w sobie więcej klimatu grozy, niż cały film Hackla. Za to już sama scena jego szaleńczego ataku na głównych bohaterów – tak jak pisałem, dla mnie to jeden z najlepszych tego typu momentów w historii podgatunku.

Oczywiście film nie byłby do końca udany, gdyby reszta ekipy odwaliła pańszczyznę, jednak o niczym takim nie ma tutaj mowy. Muzyka przygrywająca podczas seansu tylko potęguje kapitalny klimat, wykreowany na ekranie dzięki pięknym zdjęciom okoliczności kanadyjskiej przyrody autorstwa Christiana Bielza – spływ kajakiem, piękny motyw muzyczny w tle i zostałem, podobnie jak w przypadku „Rogue” McLeana, kupiony przez reżysera już na samym początku. Oczywiście fani posoki czy szybszej i „bogatszej” w treść akcji mogą narzekać, ale zupełnie nie o to zapewne MacDonaldowi chodziło – jego „Backcountry” to bowiem survival niespieszny, stawiający na relacje pomiędzy bohaterami, stopniowo budujący napięcie, jednak pokazujący pazury dokładnie wtedy kiedy trzeba.

Wad większych nie stwierdziłem, także jeśli macie wolną chwilę i jesteście fanami filmów z podgatunku survival/animal attack nie pozostaje mi nic innego, jak „Backcountry” szczerze Wam polecić – dla mnie to zdecydowanie najlepszy tego typu film od lat i jeden z najlepszych w ogóle, do ulokowania na półce gdzieś obok tak samo udanego „Blackwater” Nerlicha i Trauckiego. Szczerze przyznam, że od czasów „Grizzly” Girdlera równie dobrego filmu o krwiożerczym miśku nie widziałem, a zdziwienie moje jest tym większe, że czekając na „Red Machine” jakoś zupełnie nie ekscytowałem się wieściami na temat filmu MacDonalda sądząc, że będzie to kolejny niskobudżetowy filmik ala found footage, straszący bardziej biedą wykonania, brakiem pomysłu i wiejącą z ekranu straszliwą nudą. Jak widać, nic bardziej mylnego. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek