Black Water (Martwa rzeka)

Opublikowano: 18-06-2013 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: Australia
Rok produkcji: 2007
Czas trwania: 86 min
Reżyseria: David Nerlich, Andrew Traucki
Scenariusz: David Nerlich, Andrew Traucki
Muzyka: Rafael May
Zdjęcia: John Biggins
Obsada: Diana Glenn, Maeve Dermody, Ben Oxenbould, Andy Rodoreda
Dystrybutor VHS: -


"Nie chcesz wiedzieć co czeka pod powierzchnią"

 

Australia to dla fanów nurtu animal attack kontynent niezwykle łaskawy. Produkcje kręcone w kraju torbaczy są zazwyczaj dobre, by nie powiedzieć rewelacyjne. Żelazna klasyka "zwierzęcych" filmów to takie obrazy jak choćby niezwykle udany "Razorback" Rusella Mulcahy’ego, bardzo dobry "Dark Age" Archa Nicholsona, czy w końcu świetny "Long Weekend" Colina Egglestona. Czy "Black Water" duetu Nerlich/ Traucki stoi na równie wysokim poziomie? Przekonacie się o tym czytając poniższy tekst. 

Grace wraz ze swoim chłopakiem Adamem i młodszą siostrą Lee podróżują po Australii. Po odwiedzeniu gadziej farmy postanawiają odbyć łodzią rejs po okolicznych mangrowych bagnach. Pech chce, że zostają zaatakowani przez krokodyla. Przewodnik Jim ginie na miejscu a Adamowi, Grace i Lee udaje się wspiąć na okoliczne drzewa. Jedyną możliwością ratunku jest dostanie się znajdującej się pośrodku bagna łodzi. Jak jednak tego dokonać, skoro pod wodą czai się zabójca doskonały - wielki słonowodny krokodyl różańcowy... 

Nie ukrywam, że gdy tylko usłyszałem o planach nakręcenia tego filmu zacząłem wyczekiwać go z niecierpliwością. Fakt, że w produkcji tej zamiast używania tandetnego CGI postanowiono skorzystać z ujęć z żywymi gadami pozwalał sądzić, że oto w końcu doczekamy po wielu latach posuchy choćby niezłego przedstawiciela nurtu animal attack. Jak się okazało, naprawdę warto było czekać i ostrzyć sobie na tę produkcję zęby, bo oto otrzymaliśmy w moim skromnym odczuciu najlepszy zwierzęcy dreszczowiec jaki dane nam było od dobrych kilku lat oglądać i póki co najlepszy film grozy tego roku. Fabuła oczywiście jest dosyć banalna i oklepana, jednak wiadomo że nie ona jest tu najważniejsza. Ba, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że maksymalne jej uproszczenie wyszło filmowi tylko na dobre. Bez zbędnych dłużyzn akcja przenosi się na mangrowe bagna - siedlisko wielkiego i co gorsze dla głównych bohaterów, niezwykle głodnego krokodyla. 

Twórcy, choć niezbyt doświadczeni, spisali się znakomicie. Andrew Traucki poszczycić się mógł do tej pory tylko australijskim serialem "Rocky Star" kręconym w latach 1993 - 1994 i rólką w dramacie "Sweetie" Jane Campion, natomiast David Nerlich tworzeniem efektów specjalnych do aktorsko-animacyjnego "PictoCrime" z 2004 roku. Połączenie swych siły na planie "Black Water" zaowocowało stworzeniem świetnego dreszczowca, osadzonego po trosze w paradokumentalnej konwencji jaką oglądać mogliśmy choćby w "Open Water" Chrisa Kentisa z 2003 roku opowiadającym o grupie wczasowiczów walczącej o przetrwanie pośród pełnych krwiożerczych rekinów wód oceanu. "Black Water" ma jednak coś, czego obraz Kentisa nie posiadał, mianowicie znakomity klimat osaczenia i czającego się gdzieś w pobliżu niebezpieczeństwa przywodzący na myśl wspomniany wcześniej znakomity "Long Weekend" Egglestona. Pomimo iż przez większą cześć trwania filmu krokodyla nie widzimy, to wpływa to tutaj tylko i wyłącznie na plus. Atmosfera bezsilności i beznadziejności położenia głównych bohaterów udziela się widzowi, poprzez co siedzi on na szpilkach chłonąc kolejne minuty obrazu bez choćby krzty znużenia. 

Fantastycznie spisali się wszyscy, bez wyjątku, aktorzy. Zagrali bardzo przekonująco, bez pudła oddając charaktery granych przez siebie postaci. Szczególnie dwie z pań, Diana Glenn i Maeve Dermody w rolach sióstr Grace i Lee pokazały, iż posiadają spore umiejętności i trochę marnują się grając wyłącznie w serialach telewizyjnych. Film ten nie byłby jednak tym czym jest, gdyby nie rewelacyjne zdjęcia Johna Bigginsa, który za swoją pracę został, zupełnie słusznie zresztą, nagrodzony na Undergroundowym Festiwalu Filmowym w Melbourne (podobnie jak David Nerlich i Andrew Traucki jako najlepsi reżyserzy). Pięknie sfotografowana australijska przyroda, znakomicie sportretowane mangrowe bagniska - wszystko to w znacznym stopniu wpływa na wysoki poziom filmu i kształtuje w znaczącym stopniu jego klimat. Całość podkreśla momentami oszczędna, lecz niepokojąca muzyczna ilustracja Rafaela Maya. Twórcy za punkt honoru postawili sobie także to, by cały film stworzyć z jak najmniejszym udziałem komputerowych sztuczek. W tym celu dane nam będzie podziwiać na ekranie autentyczne krokodyle różańcowe, uzupełnione tam gdzie trzeba sztucznym modelem. Komputerowe sztuczki zastosowano jedynie w obróbce zdjęć w taki sposób, by połączyć ujęcia krokodyla z tymi, w których występują aktorzy. Wyszło to bardziej niż przyzwoicie, za co należą się reżyserom a jednocześnie twórcom tych efektów największe brawa, gdyż nawet najlepszy komputerowy odpowiednik nie zastąpi żywego zwierzęcia. Chwała im za to, że trzymali się tej zasady do samego końca, co w znaczny sposób wpłynęło na i tak ogromny realizm ich produkcji. 

Film reklamowany jest jako opowieść oparta na faktach i naprawdę można uwierzyć w to, że tego typu historia mogła wydarzyć się naprawdę. W zachowaniu krokodyla nie ma ani krzty przesady czy wyolbrzymienia - zachowuje się on tak, jak możemy to podziwiać w wielu dokumentalnych filmach na temat tych wielkich gadów - jednym słowem nie jest on jakąś krwiożerczą i przesadnie inteligentną bestią, a zwykłym, wiedzionym maturalnym instynktem dużym zwierzęciem, na którego terytorium wpłynęła czwórka głównych bohaterów. Film posiada również kilka rewelacyjnych scen czyściutkiej i pełnokrwistej grozy (genialna scena nocna!), pomimo tego, że czerwonego barwnika użyto bardzo oszczędnie a o jakimkolwiek gore należy zapomnieć. Zobaczyć możemy zwłoki, pourywane kończyny i kilka dosyć nieprzyjemnych ran zadanych przez gada, jednak to wszystko. Fani gore nie mają zatem czego tutaj szukać – twórcy postawili na klimat zagrożenia i wykreowali go znakomicie bez epatowania widza drastycznymi scenami. Zasada, że o wiele straszniejsze jest to czego nie widać (trzymał się jej choćby ze znakomitym efektem Steven Spielberg podczas kręcenia "Jaws") również i tu znalazła swe odzwierciedlenie. O wiele bardziej niepokojące są sceny, w których widzimy tylko lekkie poruszenie w wodzie lub bąbelki powietrza na powierzchni - jednak kilka scen ataku także tu uświadczymy. Idealne wyważenie tych wszystkich składników przyczyniło się do stworzenia obrazu w mojej opinii prawie bezbłędnego, a w swej klasie ocierającego się o doskonałość. 

David Nerlich i Andrew Traucki zasłużyli w moich oczach na wielkie uznanie. Skromnymi środkami stworzyli znakomity dreszczowiec i jeden z najlepszych filmów z nurtu animal attack jaki widziałem. Australia po raz kolejny pokazała, że jeśli chodzi o kino grozy ma nam naprawdę bardzo wiele do zaoferowania. Obok "Dark Age" Archa Nicholsona jest to zdecydowanie najlepszy film o morderczym krokodylu jaki do tej pory powstał. Zobaczymy jak na jego tle wypadnie także australijski "Rogue" Mcleana, który wyświetlany na festiwalach również zbiera w większości pozytywne opinie. Póki co zachęcam do oglądania "Black Water" i delektowania się tym fantastycznym filmem - naprawdę warto!

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek