Xtro

Opublikowano: 24-02-2015 przez: Król Zombich

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Sci-Fi / Fantasy
Kraj: Wielka Brytania
Rok produkcji: 1982
Czas trwania: 81 min
Reżyseria: Harry Bromley Davenport
Scenariusz: Harry Bromley Davenport, Michel Parry, Iain Cassie, Robert Smith
Muzyka: Harry Bronley Davenport
Zdjęcia: John Metcalfe
Obsada: Philip Sayer, Bernice Stegers, Danny Brainin, Maryam d’Abo, Simon Nash
Dystrybutor VHS: ViR

Mało kto wie, że „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Spielberga pierwotnie miały być horrorem. Jakiś czas temu Internet obiegły nawet wstępne projekty istot z kosmosu, wyglądających niczym zainfekowane wirusem nienawiści rodzeństwo E.T. Co skłoniło twórcę „Szczęk” do zmiany koncepcji, pozostaje tajemnicą, acz teorie na ten temat są różne. W czeluściach Internetu natknąłem się na hipotezę, że tuż przed rozpoczęciem zdjęć Steven Spielberg został porwany przez UFO. Kosmici – a byli nimi niesławni Reptilianie z Oriona – zagrozili sławnemu reżyserowi wycięciem odbytu, jeżeli nie sportretuje ich w swym filmie jako istot przyjaznych człowiekowi. Międzygwiezdnym jaszczurom chodziło oczywiście o wykorzystanie popkultury do wzbudzenia ludzkiego zaufania dla ich podstępnej rasy. Konformistyczny Spielberg dał się zastraszyć i kręcił potem filmy, w którym kosmici porywają ludzi tylko po to, aby później zwrócić ich w stanie nietkniętym, a także niańczą małych chłopców, zastępując im nieobecnych ojców.

Na szczęście są jeszcze twórcy odważni, którzy nie boją się mówić prawdy. Jednym z nich jest angielski reżyser Harry Bromley Davenport. W 1982 – roku premiery „E.T.”! – rzucił on rękawicę najeźdźcom z kosmosu i nakręcił film, w którym bezkompromisowo zanegował słodkie spielbergowskie kłamstewka. Ukazał mianowicie prawdziwą naturę obcych przybyszów: ich cyniczny sposób wpływania na mentalność ludzką i ziemską materię. Wpływania po to, by podporządkować nasz gatunek jednemu zasadniczemu celowi: replikacji zła pochodzącego z kosmicznej próżni.

„Not all extraterrestrials are friendly” – głosi slogan na plakacie „Xtro” już na dzień dobry  dając do zrozumienia, że będziemy mieli do czynienia z czymś przeciwległym wobec spielbergowskiego optymizmu. Seans nie tylko to potwierdza, ale daje przy okazji pełną satysfakcję estetyczną, bowiem „Xtro” to jeden z najgenialniejszych mariaży kina s-f z horrorem, film, który śmiało można postawić obok takich tuzów gatunku, jak „Obcy”, „Coś” czy „Hardware”. 

Początek filmu jest iście spielbergowski: domek na malowniczej angielskiej prowincji, koń w zagrodzie i ojciec z dzieckiem bawiący się z psem na podwórku. W pewnej chwili ojciec rzuca kij aby pies zaaportował. Ciśnięty w górę patyk eksploduje i nad światem zapada ciemność; pośród złowieszczych wyładowań atmosferycznych mężczyzna zostaje wessany w czarną dziurę. Od nieobecności Sama mijają trzy lata, podczas których w rodzinie Phillipsów sporo się zmieniło. Jego małżonka ma już nowego partnera, cynicznego fotografa Joe’go, a opiekę nad chłopcem powierza seksownej Analise, która w godzinach pracy sprowadza do domu kochanka. Mały Tony czuje się samotny i bardzo tęskni za ojcem. Aż pewnego dnia Ziemię odwiedza najkoszmarniejsza istota z kosmosu, jaką widziało kino. Siejąc pomór, zakrada się do domu pewnej kobiety. Zapłodniona przez monstrum ofiara wydaje na świat… Sama Phillipsa, który od razu swe kroki kieruje do rodzinnego domu. Co wyniknie z ponownego spotkania rodziny rozdzielonej przed trzema laty za sprawą tajemniczej siły? 

Nie wiem, czy jest to kolejny element układanki międzygalaktycznego spisku, ale film Davenporta nigdy nie miał najlepszej prasy – przynajmniej w mediach uważanych powszechnie za opiniotwórcze. Czołowy amerykański krytyk Roger Ebert przyznał mu w swoim czasie najniższą z możliwych ocen, a potem wylało się wiadro pomyj, osądzających „Xtro” od czci i wiary za wszystko co najgorsze. Również legendarny polski katalog „Video Comfort” obszedł się z nim wyjątkowo bezceremonialnie. Ja sam, mając w pamięci tylko mizerny sequel z 1990 roku, zawierzyłem tym zniechęcającym opiniom i przez lata omijałem pierwsze „Xtro” szerokim łukiem. Gdy wreszcie przemogłem się aby obejrzeć tą niskobudżetową produkcję w domowym zaciszu, z każdą upływającą minutą utwierdzałem się w przekonaniu, że nie zawsze warto wierzyć krytykom.

Mówiąc wprost: „Xtro” rwie dupę, wali po ryju i ściska za gardło. Jest to jeden z tych nielicznych  totalnych horrorów, które – jak „The Beyond” Fulciego – atakują widza takim arsenałem grozy i nihilizmu, że na półtorej godziny zostajemy wciągnięciu w świat bezlitosnego, surrealistycznego koszmaru na jawie. Już sam wyjściowy pomysł jest oryginalny i w szczególny sposób przerażający, gdyż kosmiczny pasożyt, używający ludzi do rozrodu, podstępnie wykorzystuje w tym celu najlepsze ludzkie uczucia, w tym wypadku zaufanie syna do ojca. Wylęgarnią Zła staje się więc wspólnota rodzinna, która w filmach Spielberga jawiła się nieodmiennie jako bezpieczny azyl. Już sam powrót ojca do domu, po latach nieobecności, wprowadza zamęt i budzi antagonizmy, a to zaledwie początek wymyślnego rozrodczego cyklu, któremu podda rodzinę Phillipsów złowrogi potwór z kosmosu.

Ukazana w prologu niewinna zabawa z psem kończy się otwarciem kosmicznej puszki Pandory, z której – niczym przez otwarte Bramy Piekieł w filmach Fulciego – przedostaje się do ziemskiego świata Zło w najczystszej postaci, zostawiające na swej drodze śmierć i zepsucie. Akcja rozwija się niespiesznie, by jak najlepiej uzasadnić rozpad więzi w obrębie rodziny, lecz Davenport posiadł na tyle reżyserskiego talentu, by każdą scenę otoczyć sugestywną, lepką atmosferą niepokoju, podkreślaną przez nastrojową muzykę elektroniczną własnego autorstwa. Jednocześnie, mimo relatywnie niedużego zaplecza finansowego, udało mu się zatrudnić sztab specjalistów od efektów specjalnych, którzy stworzyli cały szereg zapadających w pamięć, makabrycznych i psychodelicznych obrazów, żeby wspomnieć choćby animatroniczną kukłę monstrum, sceny z ożywionymi mordującymi zabawkami, szokującą sekwencję porodu, kokon z jednej z bohaterek czy wreszcie finał, będący upiorną parafrazą zakończenia „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”. 

Osobiście nie dostrzegam wad w tym genialnym filmie, który od początku do końca skrzy się perwersyjną wyobraźnią, i w którym wszystkie ryzykowne, technicznie trudne pomysły wprowadzone zostały właściwie bez błędu (jeśli wziąć pod uwagę stosunkowo niewielki budżet). Pozytywnego wrażenia dopełnia gra dobranych z głową aktorów. Davenportowi udało się zaprosić na plan m.in. Bernice Stegers, dopiero co opromienioną rolą  w „Mieście kobiet” Felliniego, a także przyszłą „dziewczynę Bonda” Marian d’Abo – tutaj raptem 22-letnią debiutantkę, która emanuje mglistym erotyzmem oraz imponuje zgrabną figurą w scenach rozbieranych. Na mnie jednak największe wrażenie wywarł przedwcześnie zmarły w 1989 roku Philip Sayer, który wcielił się w ogarniętego częściową amnezją Sama, nie wiedzącego, że jest wehikułem rozrodczym obcego organizmu i bezwolnym narzędziem zła.

Podsumowując – jeżeli nie straszna wam zemsta obcych przybyszów, koniecznie włączcie arcydzieło Davenporta do swego repertuaru. Znajdziecie w nim wszystko, co fana horrorów grozy przyprawia o przyspieszone bicie serca: mroczny nastrój, odrażające sceny gore, potwora z kosmosu, wątki zapowiadające „lalkarskie” produkcje wytwórni Full Moon, a nawet jedną scenę animal attack.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek