Godzilla

Opublikowano: 03-09-2014 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA, Japonia
Rok produkcji: 1998
Czas trwania: 139 min
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: Dean Devlin, Roland Emmerich, Ted Elliott, Terry Rossio
Muzyka: David Arnold
Zdjęcia: Ueli Steiger
Obsada: Matthew Broderick, Jean Reno, Maria Pitillo, Hank Azaria
Dystrybutor VHS: -

Amerykańscy twórcy od lat znani są z remake'owania wszystkiego co się rusza i na przysłowiowe drzewo nie ucieka, stąd też nic dziwnego, że w końcu sięgnęli także po najsłynniejszego potwora w historii kina i przedstawili jego historię po swojemu. Godzilla, bo o nim mowa (w oryginale Gojira), znany jest chyba wszystkim, nie tylko fanom monster movies. Słynny potwór powołany w 1954 roku do życia przez reżysera Ishiro Hondę stał się przez kolejne lata swoistą wizytówką wytwórni Toho i całej japońskiej kinematografii.

Amerykanie dość długo ostrzyli sobie zęby na prawa do przeniesienia tej historii na swój rodzimy grunt (nie licząc rysunkowego, 26-odcinkowego serialu z 1978 roku zatytułowanego "The Godzilla Power Hour"), współpracując z Japończykami w różnego rodzaju koprodukcjach czy versusach (choćby "King Kong vs. Godzilla" z 1963 roku). W końcu producenci z Kraju Kwitnącej Wiśni odsprzedali prawa do swego najsłynniejszego potwora wytwórni Columbia Pictures. Reżyserię powierzono Niemcowi Rolandowi Emmerichowi, znanemu z takich kasowych hitów jak "Stargate" czy przede wszystkim "Independence Day". Wraz ze swym stałym współpracownikiem, producentem Deanem Devlinem napisali scenariusz i ochoczo zabrali się za realizację tego projektu, który zapowiadany był jako wielkie wydarzenie i jeden z najbardziej kasowych blockbusterów wszechczasów. Ludzie przecież kochają Godzillę, tak dorośli jak i dzieci, czy więc coś mogło się nie udać? Ano jak się miało okazać mogło, i to całkiem sporo…

Lata 50-te, atol Mururoa. Francuzi przeprowadzają serię prób jądrowych, w wyniku których napromieniowane zostają jaja żyjących tam gadów. Czterdzieści lat później istota nieznanego pochodzenia atakuje na morzach południowych japoński statek. Z katastrofy cało wychodzi rybak, który powtarza w kółko jedno słowo - 'gojira'... Wkrótce dochodzi do następnych ataków i zatopień kolejnych statków. Amerykańskie wojsko ściąga z Czarnobyla dr Niko Tatopoulosa, który zajmował się badaniem wpływów promieniowania na występujące tam dżdżownice. Wraz z dwójką paleontologów mają zbadać, jakie stworzenie mogło spowodować tego rodzaju zniszczenia. Czas ucieka a wojskowi nadal nie wiedzą, z czym będą musieli się zmierzyć. Szlak wędrówki potwora wskazuje bowiem na to, że nieuchronnie zbliża się on do wybrzeża Stanów Zjednoczonych...

No więc właśnie, co mogło pójść nie tak w tak wielkim i wydawałoby się skazanym na sukces przedsięwzięciu? Można by powiedzieć, że wszystko - zaczynając od nieumiejętnie skompletowanej obsady, poprzez pełen dziur i nielogiczności scenariusz a na wyglądzie potwora skończywszy - i nie było by w tym ani odrobiny kłamstwa. Zacznijmy może od aktorów, którzy choć w większości znani i cenieni, jak choćby Francuz Jean Reno, ni cholerę nie pasują do tego filmu. Największą pomyłką obsadową było zdecydowanie powierzenie głównej roli ciamajdowatemu Matthew Broderickowi, którego dr Nick Tatopoulos ociera się o swego rodzaju niezamierzoną parodię i jest kompletnie nieprzekonujący. Nie wiedzieć czemu zostaje on głównym ekspertem w sprawie potwora (czyżby innych fachowców od wpływu promieniowania na zwierzęta rząd USA nie miał pod ręką?!?), który nie dość że wygląda dosyć zabawnie chodząc w śmiesznym bereciku, to jeszcze jest jednym z najbardziej ciapowatych bohaterów filmowych, jakie dane mi było widzieć. Spora w tym wina scenariusza, ale Broderick także dodał do tego swoją dość sporą cegiełkę, grając sztucznie i po prostu słabo. 

Kolejnym obsadowym strzałem 'kulą w płot' jest Jean Reno, który kompletnie nie pasuje do tego typu filmu, a jego postać to swego rodzaju nieudolna kopia bohatera jednego z wcześniejszych obrazów z jego udziałem – "Leona", nazwanego u nas w kraju 'zawodowcem'. Gra on tutaj agenta francuskich służb Philippe'a Roaché, którego rodzimy rząd wyznaczył do zatarcia wszelkich śladów wskazujących na udział Francuzów w powstaniu bestii. Choć 'gra' to określenie zdecydowanie na wyrost – jest po prostu na ekranie, pojawiając się co chwilę w różnego rodzaju sytuacjach, snując się tak bezbarwnie do samego końca filmu. Zdecydowanie jest to jedna z najsłabszych ról w jego dorobku, i to od razu taka, o której z pewnością chciałby jak najszybciej zapomnieć... I tak o obsadzie można by pisać cały czas, nie pozostawiając na nikim suchej nitki, że o od mdłej i do bólu przesłodzonej Marii Pitillo nie wspomnę nie chcąc sobie psuć dobrego humoru. Reżyser (producenci, cholera wie?) tak nieudolnie obsadził wszystkie role, że aż żałość widza bierze jak na to wszystko patrzy. Jedynymi jasnymi punktami są tu chyba tylko Hank Azaria w roli kamerzysty Victora 'Animala' Palottiego, Kevin Dunn jako pułkownik Hicks oraz pewien starszy pan grający wędkarza, któremu udało się złowić naprawdę 'dużą rybę'. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany, gdyż aktorsko film tragiczny nie jest - nie grają tu przecież amatorzy a w większości aktorzy o uznanych w Hollywood markach, jednak błędów obsadowych jest tak wiele, że nie można tego nie zauważyć i nie skrytykować, tym bardziej że mowa jest tu o tak wielkiej superprodukcji.

Pora zająć się scenariuszem, nad którym wiele lat pracowali różni twórcy, aż trafił on w 'łapy' Deana Devlina i Rolanda Emmericha, którzy przerobili go według własnego uznania. I tu mam do nich największy żal, gdyż wszem i wobec głosili, że historia będzie oparta na japońskim pierwowzorze, i poniekąd tak jest, z tym że nie do końca. Jeśli ktoś spytałby się mnie, remakiem jakiego filmu jest "Godzilla" z 1998 roku, bez wahania wskazałbym obraz Eugène’a Louriégo "The Beast from 20,000 Fathoms", na którym zresztą także wzorowali się Japończycy tworząc swoją "Gojirę". Z japońskiego pierwowzoru wzięto tu tak naprawdę tylko imię potwora i jego charakterystyczny ryk. Reszta to bardziej lub mniej dokładne odwzorowanie opowieści o Rhedosaurze, oczywiście z dodanymi nowymi wątkami, które zresztą są dosyć niefortunne. Bo jak inaczej nazwać fakt, że Godzilla okazuje się być hemafrodytą, zdolnym do samozapłodnienia i złożenia ponad 200 jaj, i to w dodatku w hali Madison Square Garden? Jak wytłumaczyć to, że z potwora, który w oryginale niszczył całe miasta bez mrugnięcia okiem, zrobiono przestraszonego, dużego jaszczura chcącego tylko w spokoju złożyć jaja i wychować swoje młode? Jasne, nie miałbym nic przeciwko takiemu potraktowaniu tej historii, tylko po jaką cholerę obraz ten nosi tytuł "Godzilla", skoro tak naprawdę nie ma z oryginalnym filmem praktycznie nic wspólnego? Wyraźnie widać, że Amerykanom prawa do remake'u potrzebne były właściwie tylko po to, by przyciągnąć do kin większą ilość widzów zwabionych samym imieniem słynnego potwora. Jak się miało okazać widzowie do końca nabrać się nie dali, ale o tym może później. Kończąc ocenę scenariusza warto jeszcze wspomnieć o wielkich dziurach, na które jednak można przymknąć oko a także nie wypominać twórcom zrobienia z olbrzymiego gada podziemnego 'kreta' czy też wątku (choć trzeba przyznać dość ciekawego i trzymającego w napięciu) z młodymi Godzillami w zniszczonej Madison Square Garden. Wybaczyć natomiast nie jestem w stanie mdłej historyjki miłosnej wplecionej w tło i dosyć dużych dłużyzn dzielących kolejne ataki bestii.

Skoro już jestem przy atakach potwora, czas najwyższy napisać o rzeczy dla wielu fanów oryginału najważniejszej, mianowicie o wyglądzie Godzilli. Tu pojawia się dość duży problem, bo fani jak to fani, z miejsca odrzucili projekty autorstwa Patricka Tatopoulosa, natomiast Emmerich był nimi zachwycony, stąd też w ramach wdzięczności głównemu bohaterowi filmu granemu przez Brodericka nadał jego nazwisko. Najważniejsze, że projekty zatwierdzone zostały przez Japończyków z Toho, choć porównując je z ostatecznym wyglądem potwora już tak różowo nie jest. Ja szczerze mówiąc nie jestem w stanie pojąć uwielbienia Emmericha do talentu Tatopoulosa (choćby strasznie słaby wygląd obcych w "Independence Day") i wielu widzów po projekcji filmu także 'olało' nowo wykreowany wygląd potwora. Gada nazwali po prostu Zillą lub też Gino (od 'Godzilla In Name Only') co dobitnie świadczyło o ich nastawieniu do nowego wizerunku Godzilli. W remake'u przypomina on skrzyżowanie xenomorfa z filmu "Alien" z mięsożernym teropodem, nie posiadając praktycznie żadnych cech waranów ani legwanów morskich pokazanych w czołówce, że o japońskim odpowiedniku nie wspomnę. Z oryginalnego wyglądu zaczerpnięto tylko kolce na grzbiecie i to też o dosyć zmienionym wyglądzie.

Zastrzeżeń nie można mieć natomiast do większości efektów specjalnych, choć i tu nie jest tak efektownie jak mogłoby być. Najgorszą sceną całego filmu z udziałem potwora jest samo jego pojawienie się na ulicach Nowego Jorku, choć poprzedzone kapitalną i zabawną sceną ze wspomnianym wcześniej wędkarzem. Reżyser zupełne niepotrzebnie odwleka ukazanie w całej okazałości Godzilli, pokazując przez większą część filmu a to jej (jego?) łapy, a to oczy na zbliżeniach. Reszta scen wykonana jest już jak należy, pojedynki potwora z wojskowymi są bardzo efektowne i spektakularne, choć momentami pozbawione logiki. Gada wykreowano za pomocą świetnych efektów komputerowych, lecz nie zrezygnowano także ze znakomitej animatroniki (w szczególności sceny z udziałem dzieci Godzilli). Strona techniczna filmu jest tak naprawdę jedyną, do jakiej nie można mieć większych zastrzeżeń. Znakomita jest także muzyka skomponowana przez Davida Arnolda, świetnie współgrająca z obrazem, czego najlepszy dowód mamy w scenie, gdy kamerzysta 'Animal' Palotti zostaje 'nadepnięty' przez wielką łapę bestii. Warto również wspomnieć, że reżyser Roland Emmerich nawiązuje w niektórych scenach do różnego rodzaju starych i klasycznych monster movies, choćby do wspomnianego "The Beast from 20,000 Fathoms" czy też "It Came from Beneath the Sea".

Amerykańska "Godzilla" poniosła w kinach w USA klęskę, przy budżecie 130 mln dolarów ledwo się zwracając. Producenci nie byli zachwyceni takim obrotem sprawy (wpływy na całym świecie wyniosły 380 mln, a szacowano, że będą większe lub choćby zbliżone do wyniku "Independence Day" – ponad 800 mln...) i nie odważyli się wyłożyć kolejnych pieniędzy na planowany sequel (aktorzy mieli już nawet podpisane kontrakty na dwie kolejne części). Powstała tylko kreskówka "Godzilla: The Series", która była w prostej linii kontynuacją wątków filmu kinowego, licząca sobie 40 odcinków podzielonych na dwa sezony. Ciężko jest jednoznacznie ocenić amerykański remake filmu o królu potworów - jeśli miałbym to zrobić mając na względzie pierwowzór, to zapewne nie byłaby to ocena zbyt wysoka. Jednak jeśli spojrzeć na ten film jako zupełnie odrębna historię, otrzymamy całkiem niezły, niezwykle efektowny i widowiskowy współczesny monster movie.

Napiszę tak - jeśli jesteś zatwardziałym i zagorzałym fanem japońskiego potwora, to jego amerykańskiego odpowiednika nie polubisz, więc nie radzę filmu z jego udziałem tykać, żeby nie psuć sobie humoru. Natomiast wszyscy inni, w szczególności fani wszelakich monster movies, z naciskiem na klasyczne produkcje amerykańskie, powinni być usatysfakcjonowani tym co zobaczą na ekranie. Pomimo wielu gorzkich słów napisanych przeze mnie w tej recenzji o produkcji duetu Devlin & Emmerich, jako fan podgatunku monster movie nie mogę ocenić tego filmu nisko gdyż mimo wszystkich swoich wad nadal pozostaje on obrazem w swojej klasie po prostu dobrym, stąd też wystawiam mu lekko naciąganą czwórkę. Pozostali kinomani nie lubujący się w przerośniętych jaszczurach od oceny końcowej odjąć powinni jedno oczko, bo dla nich zapewne będzie to jedynie niezwykle efektowna i całkiem przyjemna w odbiorze, choć jednak tylko dosyć przeciętna produkcja. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek