Dawn of the Planet of the Apes (Ewolucja planety małp)

Opublikowano: 19-07-2014 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Sci-Fi / Fantasy
Kraj: USA
Rok produkcji: 2014
Czas trwania: 130 min
Reżyseria: Matt Reeves
Scenariusz: Rick Jaffa, Amanda Silver
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Michael Seresin
Obsada: Andy Serkis, Toby Kebbell, Jason Clarke, Keri Russell, Gary Oldman
Dystrybutor VHS: -

Odgrzewanie starych filmowych kotletów rzadko kiedy się udaje, choć kołnierzyki w Hollywood jakby nie bacząc na poziom kolejnych, taśmowo odświeżanych kultowych obrazów, wydają grube miliony starając się zarobić jeszcze więcej, żerując na sentymencie widzów do tego, co znane i lubiane. Nie inaczej było z „Planetą małp” – pierwsze podejście Tima Burtona, choć kompletnie nieudane (broni się tam tylko praca mistrza charakteryzacji Ricka Bakera), nie zraziło do kolejnych prób pokazania tej historii na nowo – zmieniono jedynie „punk zaczepienia” opowieści i zamiast kolejnego remake’u, dostaliśmy w 2011 roku coś zupełnie innego, mianowicie reboot całości w postaci prequela małpiej historii. Twórcy doszli do wniosku, że lepiej pokazać to, czego tak naprawdę nigdy dobrze na ekranie nie udało się przedstawić i tak otrzymaliśmy zadziwiająco świeży, ale i pomysłowy, trzymający się przysłowiowej kupy film, którego sukces skłonił producentów do tego, co w przypadku dobrze zarabiających marek nieuniknione, tj. próby przebicia pierwszego filmu tworem znanym jako sequel. 

Historia kina zna kilka przykładów części drugich lepszych niż oryginały, jednak w większości przypadków są to filmy mniej pomysłowe, a bardziej kręcone w myśl zasady „większej ilości cukru w cukrze”, przez co często po prostu słabsze, czy zupełnie niepotrzebne, przepełnione akcją a nie oferujące tak naprawdę nic w zamian. Matt Reeves, twórca „Cloverfield”, stanął przed nie lada wyzwaniem – zrobić film dorównujący obrazowi Ruperta Wyatta z 2011, by „małpia” seria mogła za kilka lat powrócić na ekrany przy okazji kolejnego obrazu – na szczęście ktoś mądry zadecydował, że osoby odpowiedzialne za sukces poprzedniego filmu pomogą i w tym przypadku – mam tu oczywiście na myśli scenarzystów w osobach Amandy Silver i Ricka Jaffy.

Fabuła w prostej linii kontynuuje wydarzenia znane z poprzedniego filmu – pierwsze kilka minut obrazu w dość skrótowy a i zaskakująco pomysłowy sposób przybliża widzom rozwój i skutki globalnej epidemii „małpiego wirusa” – ludzkość praktycznie znika z powierzchni Ziemi, dzięki czemu inteligentne małpy przewodzone przez Cezara mogą w spokoju budować swoją społeczność. Mija 10 lat, naczelne zadomowione w leśnych ostępach żyją w spokoju, do czasu aż natykają się na grupkę ludzi – dochodzi do pierwszych nieporozumień – jedni i „drudzy” chcą pokazać swoją siłę, przez co nie potrzeba dużo czasu, by doszło do konfliktu…

Myślę, że takie dość skrótowe przedstawienie historii opowiedzianej w filmie wystarczy w zupełności, by pokazać z czym mamy do czynienia tym razem i nie zdradzić za dużo, gdyż podobnie jak w przypadku pierwszego filmu serii, fabuła odgrywa tutaj bardzo ważną rolę i w moim odczuciu to ona stoi za jego sukcesem, bo, uprzedzając trochę fakty przyznać muszę, że i tym razem udało się stworzyć coś zaskakująco dobrego, w wielu aspektach być może nawet lepszego, niż w roku 2011. Zadanie z pewnością nie należało do łatwych, bo to, co sprawdziło się wcześniej, niekoniecznie musiało przynieść sukces i teraz, jednak cóż, według mnie powstał film jeśli nie równie dobry, to przynajmniej na tym samym poziomie co jego poprzednik.

Zmieniono trochę perspektywę – w obrazie Wyatta, choć małpy były w opowieści równie ważne co ludzie, tak tutaj ludzkich bohaterów, zdaję się że celowo, zepchnięto już totalnie na drugi, być może nawet i trzeci plan. Prym wiodą małpy i to one są tak naprawdę głównymi bohaterami obrazu Reevesa – pomysł dość ryzykowny, jednak dzięki takiemu a nie innemu podejściu, nie razi to, co być może było jedną z bolączek „Rise of the Planet of the Apes”, mianowicie ograniczono rolę średnio interesujących postaci ludzkich. Oczywiście sprawiło to, że jeszcze większe wyzwanie stanęło przed specami od efektów specjalnych i motion-capture – spieszę jednak ogłosić, że ekipa odpowiedzialna za cyfrowe naczelne stanęła po raz kolejny na wysokości zadania a odtwarzający role małp aktorzy, na czele z Andym Serkisem i Tobby’m Kebbell’em przeszli samych siebie – tak wiarygodnych cyfrowych postaci jeszcze na ekranach nie widzieliśmy. 

O ile w poprzednim filmie pierwsze skrzypce grał Serkis w roli Cezara, tak tutaj w mojej opinii obraz kradnie w każdej scenie Tobby Kebbell i wykreowany przez grafików z Wety Koba – szympans-psychopata, który chce odegrać się na ludziach za doznane w przeszłości krzywdy. Przyznać muszę, że dawno nie widziałem w żadnym filmie tak świetnego antagonisty, szok tym większy, że cały czas rozmawiamy przecież o małpie wykreowanej dzięki mocy obliczeniowej nowoczesnych komputerów – ode mnie wielkie brawa i szczery podziw. Oczywiście nie tylko Koba „daje radę” – praktycznie większość małpich bohaterów jest świetna, nieźle zarysowana psychologicznie i „jakaś”, do tego małpy wyglądają jak żywe zwierzęta (orangutan Maurice!). Relacje między nimi też przedstawiono bardzo ciekawie (Koba-Cezar, Cezar- Green Eyes), przez co udało się to, co kładzie większość kręconych obecnie w Hollywoodzie superprodukcji – można autentycznie przejmować się losami głównych bohaterów widowiska.

Film jest także ciut mroczniejszy od poprzednika, choć na pewno duży wpływ na taki obrót sprawy ma fakt, że mamy do czynienia praktycznie z obrazem z podgatunku post-apo – zniszczone miasta, porastająca wszystko roślinność i unoszący się nad wszystkim klimat wyludnienia – do tego pogoda z cyklu „wakacje w Szkocji”, tj. padający praktycznie bez przerwy deszcz i mamy przepis na budowę odpowiedniego „feelingu” dla tej konkretnej historii. Swoje robią też świetna oprawa muzyczna Michaela Giacchino i zdjęcia Michaela Seresina – nie ma montażowej sieczki, mamy za to sporo dobrej roboty pozwalającej nam nacieszyć oczy zalegającym wszędzie dookoła syfem i brudem świata przedstawionego. Do tego kilka pomysłowych ujęć (choćby scena z czołgiem) i  podobnie jak w przypadku pozostałych składowych obrazu, tak i tutaj ciężko twórcom cokolwiek zarzucić.

Nieźle wypada także 3D (na takiej wersji filmu byłem w kinie) i jeśli ktoś obawia się, że trójwymiar popsuje mu seans od razu uspokajam – jest dobrze. Doznania wizualne są tutaj na najwyższym możliwym obecnie poziomie, jednak jak już wspominałem, to nie one są w obrazie Reevesa najważniejsze – są tylko środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Efekty specjalne nie przesłaniają tego co najważniejsze, czyli w tym konkretnym przypadku ciekawej i emocjonującej historii, pozwalając jedynie uwiarygodnić w najlepszy możliwy sposób to, co widzimy na kinowym ekranie. 

„Ewolucja planety małp” w mojej opinii okazała się być filmem spokojnie dorównującym swojemu zacnemu poprzednikowi, w kilku aspektach go nawet przebijając. Twórcom udał się nie lada wyczyn – tchnęli życie w cyfrowe naczelne sprawiając, że podczas seansu zapomniałem, iż mam do czynienia z wykreowanymi za pomocą CGI postaciami, chłonąc historię małpiej (r)ewolucji tak, jakbym oglądał film zagrany przez najlepszych, „żywych” aktorów. Coś, co nie miało tak naprawdę prawa się udać (cyfrowe małpy głównymi bohaterami filmu aktorskiego) nie dość, że wyszło znakomicie, to jeszcze pozwoliło mi po raz kolejny uwierzyć w magię kina i sens użycia nowoczesnych technik filmowych – biorąc pod uwagę zaskakująco dobry efekt końcowy życzyłbym sobie bowiem jednego - jeśli twórcy w Hollywood mają kręcić superprodukcje za ciężkie miliony dolarów oparte w większości na komputerowych efektach specjalnych, niech wyglądają one właśnie w ten sposób. Wielkie brawa.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek