10,000 B.C. (10.000 BC)

Opublikowano: 27-01-2014 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Sci-Fi / Fantasy
Kraj: USA, Nowa Zelandia
Rok produkcji: 2008
Czas trwania: 109 min
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: Roland Emmerich, Harald Kloser
Muzyka: Harald Kloser, Thomas Wanker
Zdjęcia: Ueli Steiger
Obsada: Steven Strait, Camilla Belle, Cliff Curtis, Joel Virgel
Dystrybutor VHS: -

Jakie filmy kręci Roland Emmerich wie praktycznie każdy, kto miał kiedykolwiek jakiś kontakt z twórczością tego urodzonego w Stuttgarcie reżysera. Nie są to na pewno obrazy intelektualnie wysokich lotów lecz takie, w których liczy się przede wszystkim widowiskowość i pokaz możliwości fachowców od efektów specjalnych. Generalnie strona fabularna dzieł Niemca schodzi na plan dalszy, dając widzowi kilkadziesiąt lub w niektórych przypadkach nawet troszkę więcej minut przyjemnej dla oka rozrywki. Nie oszukujmy się – każdy, kto zasiada do seansu z jakimś obrazem tego pana musi wiedzieć, czego mniej więcej może się po nim spodziewać – wszechobecny patos, główni bohaterowie walczący w jedynie słusznej sprawie, powiewająca zawsze gdzieś w tle amerykańska flaga – jednym słowem typowo po hollywoodzku przyrządzona filmowa potrawa, która rzecz jasna nie każdemu w równej mierze musi smakować. Nie inaczej jest w przypadku nowego obrazu niemieckiego reżysera zatytułowanego “10,000 B.C.”, choć czasy, w które tym razem Emmerich wrzucił bohaterów swego filmu wymusiły na nim porzucenie możliwości epatowania widzów gwieździstym sztandarem i... I w sumie to tyle w czym musiał Niemiec się ograniczyć, gdyż reszta części składowych dostrzegalnych w jego poprzednich produkcjach pozostała ta sama. Czy to źle i czy po raz kolejny otrzymaliśmy wątpliwej jakości dziełko? Zapraszam rzecz jasna do recenzji.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żyli sobie ludzie z mamutami... A konkretniej rzecz ujmując plemię Yagahlów z Mannakami, na które to nasi filmowi przodkowie sobie co i raz polowali gdy te przywędrowały do zamieszkiwanej przez ludzi doliny. Lecz oto nastały czasy, w których coraz to mniej Mannaków docierało w te okolice wskutek czego Yagahalowie zmuszeni byli zaciskać skórzane pasy i głodować. Złe to były chwile jednak na wszystko jest metoda, toteż oczekiwano na wypełnienie się przepowiedni, według której miało się pojawić niebieskookie dziecko. Przepowiednia jak to przepowiednia – okazała się być prawdą i wkrótce szeregi plemienia zasiliło dziewczę o niebieskich oczach, którego przeznaczeniem w niedalekiej przyszłości było zostanie miłością życia pewnego wojownika, który dzięki białej włóczni poprowadziłby Yagahlów do nowego życia i wyprowadził ich z głodu, przy okazji ratując od czworonożnych demonów, które to według legendy miały położyć kres ich światu. Demony pod postacią najeźdźców z dalekich krain w końcu się pojawiły, porywając sporą część należących do plemienia ludzi, w tym także niebieskooką Evolet. Na ratunek współplemieńcom rusza zakochany w dziewczynie D’Leh, który musi udowodnić, że nie jest tchórzem niczym jego ojciec, który wiele lat temu opuścił plemię. Czy przepowiednia wypełni się do końca a niedoświadczony młokos uratuje tych, którzy trafili do niewoli?

Tak z grubsza przedstawia się historyjka wymyślona wspólnie przez Emmericha i Haralda Klosera, kompozytora,, któremu zachciało się pisać scenariusze. Nie wiem do końca jak to się odbywało i szczerze mówiąc zbytnio mnie to także nie ciekawi, warto jednak odnotować, że dla Austriaka było to pierwsze tego typu wyzwanie, bo dotąd zajmował się tylko i wyłącznie stroną muzyczną produkcji, przy tworzeniu których współpracował. Podobnie było zresztą także przy okazji “10,000 B.C.”, bo to właśnie on obok Thomasa Wankera odpowiada za ilustrację dźwiękową (skądinąd bardzo przeciętną) tej prehistorycznej legendy przeniesionej na ekran. I właśnie bardziej jako legendę aniżeli wierną próbę odtworzenia dawnych czasów należy rozpatrywać nowy obraz Emmericha, który z historyczną prawdą ma tak naprawdę bardzo niewiele wspólnego, by nie powiedzieć, że nie ma wspólnego nic. Więcej tutaj bowiem elementów tożsamych choćby z twórczością szwajcarskiego pisarza Ericha von Dänikena aniżeli naukową wiedzą na temat czasów sprzed dziesięciu tysięcy lat. 

Przyjmijmy zatem, że “10,000 B.C.” bliżej swym ciężarem gatunkowym do takich produkcji jak choćby “One Million Years B.C.” Chaffeya czy “When Dinosaurs Ruled the Earth” Guesta niż “La Guerre du feu” Annauda bądź “The Clan of the Cave Bear” Chapmana, choć tym razem akurat bez dinozaurów, jak miało to miejsce w dwóch pierwszych wymienionych przeze mnie filmach. Jednak ukazanie jaskiniowców wypada równie ‘wiernie’ co w tych właśnie brytyjskich produkcjach słynnego studia Hammer – jednym słowem – hollywoodzko do bólu. W sumie jakby ubrać jaskiniowców od Emmericha w ładne wieczorowe stroje mogliby oni bez żadnej żenady i obciachu iść na jakiś wykwintny bal zamiast na polowanie na potężne Manoki. A tak odziano ich w ładnie skrojone skóry każąc władać mniej lub bardziej biegle (ale to już raczej ze względu na mizerne umiejętności aktorskie niektórych z nich) językiem angielskim. Z początku wygląda to dosyć wesoło, gdy banda w zamyśle nieokrzesanych jaskiniowców popisuje się zachowaniem charakterystycznym raczej dla współczesnych i zaznajomionych z zasadami savoir vivre’u osobników ale zostawmy ten aspekt, bo tak akurat wybrał Emmerich i w sumie idzie się z czasem do tego przyzwyczaić. W każdym bądź razie film ten w żadnym wypadku nie będzie dla widzów lekcją historii czy też w tym konkretnym przypadku prehistorii, ale czy miał takową być? Absolutnie nie! A jest tym, co można było dowiedzieć się już z prezentowanych na początku jego kampanii reklamowej zwiastunów – kolorową bajką z kilkoma efektownymi scenami i niezłymi efektami CGI. 

Co by o Emmerichu nie mówić trzeba oddać mu to, że potrafi kręcić efektowne filmy i nie inaczej jest w tym przypadku. Początkowe polowanie na mamuty, ucieczka przed wielkimi, należącymi do rodziny Phorusrhacidae dwunożnymi, mięsożernymi ptakami pośród wysokich traw czy wreszcie końcowe sceny rozgrywające się wśród budowanych piramid są naprawdę nieźle wykonane i momentami potrafią skutecznie wcisnąć widza w fotel. Pomijając chwilami głupotę niektórych założeń (łapanie mamuta za pomocą sieci chociażby), sceny te prezentują się bardzo efektownie i broń boże nie są przesadnie efekciarskie, co momentami podczas oglądania tego typu filmów razi, a co mogliśmy zaobserwować także we wcześniejszej twórczości Emmericha. Tutaj jest efektownie - i bardzo fajnie, ale na szczęście nie przesadzono z różnego rodzaju komputerowymi bajerami dzięki czemu niektóre ujęcia prezentują się naprawdę klimatycznie, szczególnie cała sekwencja z mięsożernymi nielotami wśród bujnych i wysokich traw przywodząca na myśl tę z “The Lost World: Jurassic Park” Spielberga (z którego to filmu niektórzy kojarzyć mogą wcielającą się w rolę Evolet Camillę Belle, którą 10 lat temu na Isla Sorna zaatakowały prokompy), choć tutaj jest ona jakby bardziej plastyczna – ekran aż kipi od zieleni świetnie oświetlonej komputerowym światełkiem. 

W tym miejscu warto także wspomnieć o tym, że film niejako dzieli się na trzy części co ma znaczenie także dla tego, co akurat widzimy na ekranie. Początkowo akcja rozgrywa się wśród porośniętych wyschniętymi trawami połaci terenu, na których to Yagahlowie założyli swą osadę i polują na Manoki, tu i ówdzie zobaczymy także trochę śniegu. Jednak już podczas wędrówki naszych dzielnych bohaterów krajobraz diametralnie się zmienia – początkowo białego puchu jest coraz więcej, lecz w miarę zwiększania się pokonywanego przez nich dystansu śniegi topnieją oddając pola zielonym trawom, afrykańskim plenerom czy w końcu morzom wszechobecnego piasku. Zróżnicowanie krajobrazu jest dosyć spore co całkiem udanie wpływa na różnorodność świata przedstawionego filmu – jednym słowem nie jest zbyt monotonnie co należy także uznać za plus. Słówko może o faunie z jaką przyjdzie spotkać się Yagahlom podczas swej wędrówki. Oprócz wymienionych przeze mnie już Mannaków czyli po prostu mamutów i drapieżnych ptaków z rodziny Phorusrhacidae zobaczymy także tygrysa szablozębnego i to szczerze mówiąc wszystko (pomijając kilka gazel i trochę zwyczajnego, latającego ptactwa), co postanowili przygotować dla nas twórcy. Może to i mało, ale sceny z udziałem tych prehistorycznych stworzeń są nieźle dopracowane jeśli chodzi o poziom zademonstrowanego CGI co fanów tego typu bajerów powinno w jakiś tam sposób ucieszyć. 

Minusów film posiada rzecz jasna całe mnóstwo ale jakoś w tym wypadku nie odczuwam zbytniej potrzeby wykpiewania nowego dziełka Emmericha – traktując obraz jako ładnie nakręconą bajeczkę (choćby i z tygrysem wdzięcznym przystojnemu myśliwemu za uratowanie mu życia w tle) powinniśmy się całkiem nieźle na nim bawić – w każdym bądź razie ja podczas seansu nie wykazywałem zbytniej fascynacji urządzeniem wskazującym czas, toteż te sto kilka minut spędzonych z “10,000 B.C.” nie zaliczę do jakichś wybitnie straconych czy też spożytkowanych w nieodpowiedni sposób. Nastawienie przed seansem miałem na ‘nie’ by w trakcie i po nim być jak najbardziej na ‘tak’, co też w jakimś tam stopniu działa na korzyść tegoż obrazu.

Roland Emmerich nie zaskoczył mnie zupełnie niczym i w swym najnowszym filmie powtórzył te same grzechy, za które można produkcji sygnowanych jego nazwiskiem nie lubić i jest to fakt niezaprzeczalny. Jednak nie nastawiając się na jakąś specjalnie wyszukaną i intelektualnie wydumaną rozrywkę, można przy “10,000 B.C.” miło spędzić czas o ile oczywiście komuś nie przeszkadzają morza patosu i górnolotnych przemówień, stworzone za pomocą CGI mamuty czy też jaskiniowcy, którzy z racji swego ‘dopicowanego’ wyglądu mogliby reklamować modę męską. Osobiście o dziwo wszystkiego z przeze mnie wymienionych nie trawię lecz może akurat świecące za oknem słoneczko wpłynęło na mnie tak a nie inaczej, że akurat tym razem w Rolanda i jego CGI Mannaki nie rzucę pomidorem – “10,000 B.C.” jako lekka, przygodowa bajeczka sprawdza się całkiem przyzwoicie toteż niech Was nie dziwi stosunkowo wysoka ocena, którą ujrzycie poniżej. A na koniec dobra rada - pamiętajcie, żeby ratując jakiegokolwiek dzikiego zwierza powiedzieć doń: “Nie zjedz mnie, kiedy cię uwolnię”. Niektóre legendy ponoć nie kłamią... 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek