Fringe (Fringe: Na granicy światów) - sezon 1, odcinek 16: Unleashed

Opublikowano: 27-01-2014 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Seriale
Kraj: USA
Rok produkcji: 2009
Czas trwania: 50 min
Reżyseria: Brad Anderson
Scenariusz: Zack Whedon, J.R. Orci
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Michael Slovis
Obsada: Anna Torv, Joshua Jackson, Kirk Acevedo, John Noble, Lance Reddick
Dystrybutor VHS: -

„Fringe” to amerykański serial science fiction wyprodukowany na zlecenie tamtejszej stacji telewizyjnej FOX przez znanego i niezwykle cenionego w branży J.J. Abramsa, odpowiedzialnego za sukces takich hitów, jak choćby kultowy w niektórych kręgach serial „Lost” czy kinowych filmów, że wspomnę tylko „Cloverfield” - ogólnie rzecz biorąc koleś czego się nie dotknie, niczym mityczny Midas zamienia w złoto, objawiające się w tym akurat przypadku pod postacią kolejnych zer po przecinku na koncie znanego producenta. „Fringe” miał być kolejnym sukcesem Abramsa, toteż do „zabawy” zaprosił on równie cenionych w branży Roberto Orciego i Alexa Kurtzmana - serial w USA przyjął się dosyć dobrze, wskutek czego szefowie stacji podjęli decyzję o zakupieniu pełnego pierwszego sezonu (którego emisję rozpoczęto 9 września 2008 roku) oraz jego kontynuacji. Szczerze mówiąc nazwiska ludzi zamieszanych w produkcję „Fringe” oraz różnego rodzaju zapowiedzi zaintrygowały i mnie, toteż z niekłamanym zainteresowaniem i sporymi nadziejami zasiadłem swego czasu do oglądania jego pilota. Rzeczywistość okazała się jednak dosyć brutalna, bo zapowiadający się jako swego rodzaju nowoczesne „The X-Files” serial swym pilotażowym odcinkiem odrzucił mnie na tyle, że postanowiłem z jego dalszego oglądania zrezygnować a zaoszczędzony w ten sposób czas poświęcić na czynności dużo bardziej zajmujące. Mimo wszystko, choć w mój gust twórcy się ewidentnie nie wstrzelili, serial spotkał się z dość niezłym przyjęciem publiczności amerykańskiej ale nie tylko. Od 10 września ubiegłego roku jest on również emitowany przez naszą rodzimą stację TVN, a czytając różne opinie w polskim internecie i analizując rankingi oglądalności można pokusić się o stwierdzenie, że dorobił się on również sporego grona fanów także w Polsce. 

Szczerze mówiąc pilot był w moim odczuciu tak słaby, że nie byłem w stanie obejrzeć go nawet do końca, co zbyt często mi się nie zdarza - nie wiem, może to wina tego, iż oczekiwałem serialu zajmującego się zjawiskami paranormalnymi w sposób bardziej nazwijmy to „przyziemny”, czegoś w rodzaju „The X-Files” właśnie, a otrzymałem bełkotliwy i kiepsko obsadzony serial sci-fi z wydumaną główną intrygą (z tego co zdążyłem zaobserwować przez te kilkadziesiąt minut seansu, być może później jest tylko lepiej), posiadający większość bolączek typowych dla amerykańskich seriali nie kręconych na zlecenie HBO. Oczywiście żaden ze mnie ekspert jeśli chodzi o meandry fabularne „Fringe” czy koneksje, jakie łączą jego głównych bohaterów, ale powyższy wywód powstał w celu nakreślenia mojego stosunku do opisywanego serialu, a opisywanego z prostej przyczyny - odcinek 16 pierwszego sezonu zatytułowany „Unleashed” miał bowiem opowiadać o pewnej krwiożerczej kreaturze, która uwolniona z laboratorium zaczyna zabijać napotkanych na swej drodze ludzi. Idealna fabuła by spróbować zmierzyć się z owym serialem po raz kolejny i sprawdzić, czy rozwinął się na tyle by dało się go oglądać i być może poświęcić mu większą uwagę - w skrócie - chciałem się przekonać, czy z czasem twórcy zmienili trochę podejście i będą w stanie zainteresować mnie na tyle, bym dał serialowi jeszcze jedną szansę. Zasiadłem więc do oglądania po raz kolejny pełen nadziei, choć świadom, że może być to seans równie bolesny co mój pierwszy kontakt z pilotem. Szybko okazało się, że nie była to zbyt szczęśliwa decyzja - dlaczego tak się stało? O tym napiszę pokrótce zaraz po streszczeniu przebogatej fabuły 16 odcinka „Fringe”.

Studenci wojujący na rzecz uwolnienia zwierząt z klinik i laboratoriów zajmujących się przeprowadzaniem eksperymentów na różnego rodzaju futrzakach włamują się do jednego z tego typu przybytków. Pech chce, że jeden ze zwierzaków wyhodowanych w laboratorium nie ma zbyt przyjaznych zamiarów, toteż chwilę po zabiciu przybyłego na miejsce jednego z naukowców zatapia swe szpony w studenciku pierwszym, rozszarpując go na strzępy. Trójka jego towarzyszy szybko wsiada więc do samochodu i ucieka z miejsca zbrodni, jednak kreatura dopada ich dosyć łatwo i zbytnio się nie zastanawiając pozbawia życia także i ich. Nazajutrz na  miejsce wypadku wezwani zostają agenci FBI, którzy po obejrzeniu zwłok sprawę przekazują zajmującą się tego typu rzeczami ekipie śledczej, w skład której wchodzą agentka Olivia Dunham, nie do końca normalny Dr Walter Bishop oraz jego mega inteligentny syn Peter. Sprawy zaczynają się komplikować, gdy ranny zostaje jeden z oficerów śledczych…

Cóż, mniej więcej tak to wygląda - oklepany schemat, banał, nic nowego - 16 odcinek „Fringe” zatytułowany „Unleashed” to właśnie taki typowy fabularnie creature feature opowiadający o krwiożerczej bestii wypuszczonej na wolność z jakiegoś laboratorium. Rzecz przerabiana na wszelkie możliwe sposoby w kinie setki jeśli nie tysiące razy, a mimo wszystko przyciągająca mnie do ekranu jak muchę do wiadomo czego. Nic na to nie poradzę, ale zwyczajnie lubię tego typu proste historyjki z potworami, oczywiście o ile są one nakręcone ciekawie i pomimo kserokopii fabularnej potrafią także zaoferować coś interesującego w innych warstwach filmowego rzemiosła - nie wiem, jakiś fajny pomysł na wygląd bestii, niecodzienne rozwiązania skutecznie łamiące wspomniany schemat - czasem chociaż jeden z elementów jest wart uwagi, toteż zwabiony krótką telewizyjną zajawką tego epizodu zasiadłem do wieczornego seansu „wyposażony” mimo wszystko w sporą dawkę dystansu do całości - w końcu to „Fringe”, serial który zmęczył mnie samym pilotem. I co ja mam teraz mądrego napisać, żeby miało to jakiś sens, skoro sam odcinek tegoż akurat za dużo w sobie nie miał? No nic, spróbujmy - od razu zaznaczę, że nie jest to epizod wnoszący cokolwiek do głównego wątku fabularnego serialu (jaki on jest nie mam zielonego pojęcia, ale nie zauważyłem by oprócz historyjki polowania na potwora cokolwiek innego było tutaj poruszane) i może być traktowany jako oddzielny, nie mający - oprócz bohaterów rzecz jasna - zbyt wiele wspólnego z jego główną osią fabularną. I dobrze, skupię się zatem na ocenie tego konkretnego „fragmentu” nie musząc zapoznawać się z resztą, by przez przypadek czegoś arcyważnego z fabuły „Fringe” nie stracić. 

„Unleashed” to syf - tak zwyczajnie. Historyjka jak wspominałem oklepana i podana bez jakichś większych zaskoczeń - potencjał oczywiście był, bo schemat pt. „zmutowany potwór ucieka z laboratorium” można pokazać ciekawie, tym bardziej gdy ma się 50 minut czasu ekranowego oraz bazę w postaci kilkunastu wcześniejszych epizodów „budujących” ekranowe postaci - nie pozostaje nic innego jak tylko skupić się na samej akcji i ściganiu bestii, omijając wszelkie możliwe dłużyzny. Niestety scenarzyści „Fringe” (w tym wypadku Zack Whedon i J.R. Orci, brat Ricardo) koncertowo pokpili sprawę i postanowili większość odcinka wypełnić jakimś bliżej niezrozumiałym i nie mającym zwyczajnie najmniejszego sensu pseudonaukowym bełkotem. Komiczne są próby odgadnięcia przez śledczych z ilu (i jakich) to stworzeń powstała zabójcza hybryda, jeszcze bardziej zabawny jest jej sposób rozmnażania a już totalnym idiotyzmem wątek z agentem FBI Charlie’em Francisem, który staje się nosicielem larw - bo właśnie w taki sposób potwór znajduje żywicieli dla swych dzieci - jako, że ma w sobie geny pewnej osy, za pomocą żądeł składa w ciele ofiary setki jajeczek, z których wykluwają się zjadające swego nosiciela od środka larwy (dodajmy, że twórcy zbytnio się nie wysilili, bo na ekranie podziwiać możemy niezwykle popularne wśród hodowców różnego rodzaju egzotycznych żyjątek  larwy jednego z gatunków mącznika). Głupie jest to niemiłosiernie, choć akurat wtedy pada najlepszy tekst w całym odcinku - próbujący podtrzymać na duchu zainfekowanego agenta Francisa Dr Bishop wypala - „Jedyne pocieszenie to fakt, że nie rozmnaża się (filmowa kreatura - przyp. autora) w tradycyjny sposób.”. Oczywiście pocieszenie to niewielkie, tym bardziej dla widzów, gdyż tradycyjny sposób rozmnażania się na pewno byłby przynajmniej o wiele bardziej widowiskowy. Odkładając jednak głupie żarty na bok i przechodząc do sedna - ataków potwora nie uświadczymy tutaj wcale, akcji z jego udziałem mamy raptem całe kilka sekund w samej końcówce a cała reszta to chodzenie i ględzenie głównych bohaterów, głoszących różne „ciekawe” teorie.

Odcinek ten mogłaby oczywiście uratować genetyczna hybryda, która zbiera w nim swe krwawe żniwo - mogłaby, gdyby nie fakt, że na ekranie, o czym wspominałem przed chwilą, praktycznie wcale jej nie zobaczymy a i nie jest to zbyt wielką stratą, bo tak jej design jak i zastosowane w celu przywołania jej do telewizyjnego życia efekty cyfrowe są tak samo kiepskie. Stwór to połączenie takich milusińskich jak heloderma, pasożytnicza osa czy nietoperz (tego dowiadujemy się z dialogów) plus cechy charakterystyczne dla wielu innych gatunków (jakieś dziwne przyssawki na ogonie - niczym na mackach ośmiornicy - zakończonym grzechotką jak u wiadomo jakiego węża). Ogólnie zwierz wygląda mało „wyjściowo”, ale widywałem już ciekawsze mutacje genetyczne , ot choćby w takim „The Relic” czy „Gwoemul”, żeby daleko nie szukać. CGI tak jak pisałem dosyć biedne, animacja bestii jeszcze gorsza - ostatni element mogący w jakiś tam sposób uratować ten odcinek również został koncertowo spieprzony, grzebiąc totalnie potencjał tkwiący w pokazanej historii. O takich rzeczach jak klimat (którego oczywiście w tym odcinku „Fringe” nie ma nawet miligrama) czy aktorstwo nie mam ochoty jakoś szerzej się rozpisywać, gdyż elementy te albo tutaj nie występują albo są na tyle słabe i irytujące (praktycznie większość obsady to w moim odczuciu jakieś wielkie nieporozumienie), że tylko szkoda mojego wysiłku intelektualnego a także fizycznego, bo wymyślone w pocie czoła inwektywy palcami w klawiaturę też „wklepać” jakoś trzeba.

Bałem się ponownego kontaktu z „Fringe” jak ognia i jak się okazało, były to obawy jak najbardziej słuszne. Fanem serialu chyba już nigdy nie zostanę, Wam również odradzam jakikolwiek kontakt z tym mało zajmującym kawałkiem telewizyjnego zapychacza ramówki - tym bardziej, jeśli inne jego odcinki stoją na równie słabym poziomie co „Unleashed”, co biorąc pod uwagę moje dotychczasowe z nim doświadczenia wydaje mi się być całkiem prawdopodobne. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek