SeaQuest DSV (SeaQuest) - sezon 2, odcinek 11: Meltdown

Opublikowano: 27-01-2014 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Seriale
Kraj: USA
Rok produkcji: 1995
Czas trwania: 45 min
Reżyseria: Anson Williams
Scenariusz: Rockne S. O'Bannon, Thomas E. Szollosi
Muzyka: Russ Landau
Zdjęcia: Stephen McNutt
Obsada: Roy Scheider, Jonathan Brandis, Don Franklin, Rosalind Allen, T.E. Russell
Dystrybutor VHS: -

Zapewne większość osób oglądających w drugiej połowie lat 90-tych naszą kochaną publiczną telewizję pamięta kilka z nadawanych wówczas seriali produkcji amerykańskiej, toteż na pewno wielu z Was, obok takich tytułów jak „Doktor Quinn”, „Słoneczny Patrol”  czy „Beverly Hills, 90210”, musiała obić się o uszy czy tez rzucić w oczy nazwa „SeaQuest”. Ten liczący sobie niepełne 3 sezony (w trakcie trzeciej serii produkcja serialu została nieodwołalnie wstrzymana) fantastyczno-naukowy tasiemiec swego czasu przyciągał przed ekrany rzesze widzów i do dziś doczekał się wielu fanów, którzy zapewne na pamięć pamiętają przygody załogi wielkiej, supernowoczesnej łodzi podwodnej SeaQuest, która musiała stawiać czoła napotykanym problemom - w serialu często przewijały się różnego rodzaju wątki geopolityczne, całość polana była także obfitym sosem sci-fi. Tytułowy okręt to olbrzymia, licząca sobie ponad 300 metrów długości jednostka militarno-badawcza, służąca do eksploracji najmniej jak dotychczas zbadanych obszarów kuli ziemskiej, czyli głębin morskich i oceanicznych. Wszystko za sprawą globalnego kryzysu powstałego w wyniku wyczerpania przez ludzkość wszelkich dostępnych na stałym lądzie naturalnych zasobów - trzeba bowiem wiedzieć, że rzecz dzieje się w (obecnie niedalekiej) przyszłości, w roku 2018. 

Dopełniając część informacyjną tekstu warto jeszcze wspomnieć, że powstało przez te kilka sezonów łącznie 59 odcinków, każdy liczący sobie około 45 minut a całość wyprodukowana została przez studio Stevena Spielberga Amblin Entertainment przy współudziale Universal Television na zlecenie amerykańskiej stacji telewizyjnej NBC i wyemitowana została po raz pierwszy w roku 1993. Twórcą i pomysłodawcą serialu był scenarzysta i producent telewizyjny Rockne S. O'Bannon „zamieszany” swego czasu także w takie produkcje jak choćby „The Twilight Zone”, „Amazing Stories” czy „Alien Nation” a niekwestionowaną jego gwiazdą był nieżyjący już niestety Roy Scheider, fanom podgatunku animal attack ale i kina w ogóle znany doskonale  jako szeryf Martin Brody z kultowych dziś „Szczęk” Stevena Spielberga.

Szczerze przyznam, że sam jakoś szczególnie nie śledziłem losów załogi SeaQuest, w związku z czym z całą pewnością nie jestem jakimś znawcą serialu czy nawet jego fanem, toteż prosiłbym wielbicieli omawianej właśnie serii o wyrozumiałość w razie palnięcia przeze mnie jakiejś głupoty związanej z niedostateczną jego znajomością  – kiedyś jednak zdarzyło mi się kilkanaście odcinków obejrzeć a tym, który w pamięci nastoletniego wówczas chłopaka utrwalił się najbardziej był epizod opowiadający o wielkim prehistorycznym krokodylu - wiadomo, fascynacja „Parkiem Jurajskim” i ogólnie dinozaurami plus uwielbienie dla wszelakiego kina spod znaku animal attack i monster movies zrobiły swoje. Po latach szukając jakichś ciekawych materiałów na stronę przypomniałem sobie o tym właśnie odcinku - szybki internetowy risercz i okazało się, że epizod ten nosi tytuł „Meltdown” i był 11-stym z kolei wyemitowanym w 2 sezonie serialu. Odświeżenie tej 40-sto kilkuminutowej opowiastki nie okazało się aż tak bolesne jak się tego spodziewałem mając w pamięci raczej kiepsko animowanego wielkiego gada - rzecz okazała się być dosyć oglądalna i całkiem zjadliwa, no, może z wyjątkiem jej strony technicznej, ale o tym może za chwilę. Najpierw kilka słów o fabule odcinka, która pomimo dość sporej prostoty została „wzbogacona” o różne ważne i ważkie wątki.

Dwoje płetwonurków badających oceaniczne dno i wpływ na podwodny ekosystem wyrzucanych przez pewną firmę odpadów zostaje zaatakowana i pożarta przez tajemnicze stworzenie. Komandor Jonathan Ford należący do ekipy SeaQuest zostaje wezwany przez swego ojca na miejsce tragedii w celu ustalenia przyczyn wypadku. Początkowe podejrzenia padają na konkurujących z podmorską farmą bio-masy  ojca Jonathana szefów lokalnej platformy wydobywczej oskarżanych o zatruwanie środowiska naturalnego poprzez składowanie na jego dnie nie do końca dozwolonych substancji - na domiar złego Jonathan z racji porzucenia lata temu biznesu ojca ma problemy z dogadaniem się tak z nim jak i swoim bratem Benem, który wbrew zaleceniom taty postanawia na własną rękę rozwiązać dręczący ich farmę problem, przez co życie traci jeden z ich przyjaciół. Wkrótce jednak okazuje się, że za wypadkami nie stoją ludzie należący do konkurencji a olbrzymi, ponad 50-cio metrowy prehistoryczny gad deinosuchus, który przetrwał do naszych czasów w lodowcu i wskutek topnienia lodowych czap po 100 milionach lat snu powrócił do życia. Powrócił bardzo głodny i…”przy nadziei”, składając na wyspie należącej do ojca Jonathana kilkanaście ogromnych jaj…

Jak łatwo z powyższego opisu wywnioskować, fabuła to czyściuteńki schemat zarezerwowany dla tego typu opowieści, co i raz odświeżany i na własną modłę przygotowywany przez kolejnych twórców pragnących wziąć się za bary z tematyką morskich potworów. Początek odcinka jak żywo przypomina opening drugiej części „Jaws”, dalszy rozwój wypadków może kojarzyć się z kolejną, trzecią częścią serii opowiadającej o wielkim rekinie ludojadzie – ba, jest nawet moment nawiązujący (świadomie czy też nie) do filmu „Szczęki 4 - Zemsta” - sam nie wiem, czy reżyser tego segmentu „SeaQuest” Anson Williams (który oprócz omawianego, wyreżyserował jeszcze 6 innych odcinków serialu) rzeczywiście chciał puścić oczko do fanów tetralogii „Jaws” czy może uczynił to zupełnie nieświadomie, faktem pozostaje jednak, że wszystko „to” już kiedyś gdzieś widzieliśmy. Rekina ludojada tym razem zastąpiła jednak zmiennocieplna prehistoryczna bestia, tyle, że twórcy niezbyt trzymali się naukowych faktów, przez co jej rozmiary mogą u niektórych wywołać lekki uśmiech na twarzy. Jasne, deinozuch to kawał wielkiego krokodyla polującego swego czasu na mniejsze lub większe dinozaury, jednak jak szacują naukowcy jego długość nie przekraczała 12 metrów. Z kolei serialowy gad, mierzy wedle różnych podawanych przez bohaterów szacunków pomiędzy 50 a 70 metrami długości, będąc istnym podwodnym gigantem pustoszącym oceaniczną faunę w zastraszającym tempie, o czym nie omieszka nawet wspomnieć nam niezwykle sympatyczny załogant SeaQuesta Darwin, znany fanom serialu jako delfin Darwin, za którego animatroniczne wcielenie odpowiada nie kto inny jak sam Walt Conti.

Prehistoryczna bestia, podobnie zresztą jak w  niektórych scenach akcji wspomniany właśnie delfin, została przez serialowych fachowców od efektów powołana do życia przy pomocy grafiki komputerowej - grafiki dodajmy z dzisiejszego punktu widzenia tak biednej, że współczesnemu posiadaczowi średniej jakości komputera i jakiegoś prostego programu służącego do animacji stworzenie jego odpowiednika zajęłoby zapewne kilkadziesiąt minut - jakaś niezbyt skomplikowana siatka służąca odwzorowaniu kształtów ciała krokodyla, trochę posklejanych ze sobą pikseli i ze 4 komendy odpowiedzialne za ruch paszczą, machanie na boki ogonem oraz poruszanie w przód a także w tył łapami bestii i voilà - cyfrowy deinozuch z „SeaQuest” gotowy! Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że w połowie lat 90-tych (odcinek wyemitowano w Stanach 8 stycznia 1995 roku) wszelkie komputerowe efekty, który byłyby do czegoś podobne kosztowały trochę grosza - grosza, którego ich twórcy oddelegowani do pracy przy serialu zapewne za dużo nie mieli, ale nie da się mimo wszystko ukryć, że efekt ich starań tak wtedy jak i teraz jest, co tu dużo ukrywać, po prostu słabiutki. Cyfrowy krokodyl mógłby spokojnie stanąć w szranki ze swym (swoją drogą również prehistorycznym, choć tam akurat jest Sarcosuchus, jeszcze większy kuzyn Deinosuchusa) kolegą z  „Supercroc” Scotta Harpera i nie miałby większych problemów z jego „pokonaniem”. Słabiej wyglądającego cyfrowego krokodyla ani wcześniej ani później już nie było, toteż jeśli ktoś liczy na jakąś wizualną ucztę sięgając po ten odcinek „SeaQuest” niech od razu nastawi się na to, że co najwyżej obejdzie się smakiem. 

Słówko może jeszcze o warstwie filmu, którą można postawić śmiało w jednym rzędzie pod względem ważności z wątkiem „krokodylim”, mianowicie o pro-rodzinnym „jak ojciec z synem” oraz „brat z bratem” - otóż jak wspomniałem jednym zdaniem w opisie fabuły „Meltdown”, komandor Ford będzie musiał nie tylko poradzić sobie z wielkim gadem ale i poukładać sobie kontakty z ojcem i bratem, które swego czasu dość znacznie zaniedbał. To samo tyczy się jego brata Bena, który żyjąc w cieniu Jonathana nie może pogodzić się z tym, że ojcem wątpi w jego predyspozycje do przejęcia rodzinnego „planktonowego” biznesu. Oczywiście wątki te poprowadzone są dość schematycznie i tego jak się kończą domyśleć możemy się już po rzuceniu okiem na streszczenie fabuły odcinka, toteż żadnej głębi, poza tą oceaniczną, w serialu nie uświadczymy. Wszystko dosyć prosto i bez większych dłużyzn zmierza do niezbyt mądrego finału, w którym to…a zresztą, zobaczycie sami. Aktorzy poza wspomnianym na początku tekstu Scheiderem grają średnio-dobrze, choć przyczepić się akurat też nie ma zbytnio do czego. W jednej z ról wystąpił zmarły w listopadzie 2003 roku Jonathan Brandis, którego ja osobiście najbardziej pamiętam z bycia chorym na astmę fanem a później kumplem samego Chucka Norrisa w filmie „Sidekicks”, tutaj z kolei wcielił się on w postać młodocianego geniusza komputerowego o swojsko brzmiącym nazwisku Wolenczak (swoją drogą we "Współkaratekach" grany przez niego bohater też nosił polsko brzmiące nazwisko Gabrewski). Dzięki wygłaszanym przez młodego bystrzaka linijkom dialogowym dowiadujemy się różnych dziwnych faktów dotyczących serialowego krokodyla giganta, poznając m.in. wiek bestii czy też inne podstawowe na jego temat wiadomości. Ale jakie to niezwykle interesujące informacje, przekonajcie się już sami sięgając po „Meltdown”.

11 odcinek 2 sezonu „SeaQuest” to w moim odczuciu epizod znośny, który bez większego bólu można obejrzeć nawet nie znając zbytnio całego serialu, bez zagłębiania się w jego mitologię i główny wątek fabularny (o ile w ogóle takowy jest, a tego szczerze mówiąc nie wiem). Próba zmierzenia się z monster movie w wydaniu serialowym pomimo faktu, że jak pisałem przed chwilą jest oglądalna, nie jest z całą pewnością próbą do końca udaną - zabrakło tutaj w szczególności pieniędzy na wykreowanie w miarę wiarygodnego krokodyla, przez co dzisiejszego widza może ten zbitek krzywo posklejanych pikseli odrzucić od ekranu na dosyć znaczną odległość. Jednak zanim deinozuch wyłoni się w całej okazałości z oceanicznych głębin, możemy odczuć jakąś tam namiastkę klimatu, a to choćby dzięki niezłym podwodnym zdjęciom czy skomponowanej przez Russa Landau muzyce. Z ciekawości można rzucić okiem, choć do wglądu polecam jedynie zatwardziałym fanom  filmów o pożerających ludzi krokodylach.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek