DeepStar Six (Obcy z głębin)

Opublikowano: 06-01-2014 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA
Rok produkcji: 1989
Czas trwania: 105 min
Reżyseria: Sean S. Cunningham
Scenariusz: Lewis Abernathy, Geof Miller
Muzyka: Harry Manfredini
Zdjęcia: Mac Ahlberg
Obsada: Taurean Blacque, Nancy Everhard, Greg Evigan, Miguel Ferrer
Dystrybutor VHS: Imperial, Colette Video, Studio

Rok 1989 to w jankeskim kinie sci-fi okres wzmożonej eksploracji głębin oceanicznych - w mętne wody w poszukiwaniu zielonych banknotów z prezydentem zapuściło się wtedy bowiem kilku znanych i cenionych twórców, z Jamesem "Fucking" Cameronem na czele.  "Pan świata", by nie czuć się samotnie na dnie oceanu zabrał ze sobą m.in. Michaela Biehna czy Eda Harrisa tworząc "The Abyss" - prawdopodobnie najbardziej znany i rozpoznawalny film tego typu. Inni, gdzieś w cieniu tej wysokobudżetowej hollywoodzkiej produkcji, także nie byli bierni i nie patrząc się na siebie, nurkowali z kamerami jeden po drugim, że wymienię choćby Georga P. Cosmatosa, który choć nie zaprosił do wspólnej kąpieli Sylvestra Stallone'a, to nie omieszkał zwerbować na pokład swej podwodnej łodzi wydobywczej Richarda Crennę, pamiętnego pułkownika Trautmana z trzech części przygód Johna Rambo. Swojego dobrego znajomego z poprzednich filmów miał też inny reżyser, twórca kultowego w pewnych kręgach slashera "Friday, The 13th" Sean S. Cunningham - tym razem jednak nie był to żaden aktor a kompozytor, Harry Manfredini. Uzbrojeni w niezły, choć prosty jak budowa rurki do oddychania pod wodą scenariusz i szczere chęci, przy wydatnej pomocy duetu producenckiego Kassar & Vajna, panowie zanurzyli się w nieprzeniknione oceaniczne ciemności, by na dnie zasiać grozę i terror, która wypłynąwszy na powierzchnię miała im dać, nomen omen, morze gotówki. Czy zamysł znanych i cenionych w horrorowym światku "nurków" się spełnił i czy film sprostał oczekiwaniom widzów?

Załoga łodzi podwodnej DeepStar Six przygotowuje się do rozpoczęcia prac mających na celu umożliwienie budowy gdzieś na dnie oceanu tajnej podwodnej bazy militarnej. Podczas oględzin okolicznych jaskiń okazuje się jednak, że nie są w głębinach sami - coś zaczyna im bardzo "dokuczać", niszcząc warty miliony dolarów sprzęt, wybijając przy okazji stopniowo kolejnych członków załogi. Wskutek nieszczęśliwego splotu wydarzeń bohaterowie zostają uwięzieni na pokładzie nie wiedząc, że gdzieś w ciemnościach pływa stworzenie, które bardzo ciągnie do światła i ludzkiej krwi...

"DeepStar Six" to podręcznikowy wręcz przykład marynistycznego filmu sci-fi, których jak już wspominałem we wstępie, powstało pod koniec lat 80-tych kilka - jedne lepsze, drugie gorsze, wiadomo, jak to w życiu. Krytycy i widzowie po premierze raczej marudzili na poziom dziełka Cunninghama, ja jednak patrząc z perspektywy czasu aż tak drastyczny w swoich osądach nie będę. Bo choć obraz to raczej sztampowy i schematyczny, to jednak nakręcony bardzo rzetelnie, z poszanowaniem logiki i widza, nie roszczący sobie prawa do bycia żadnych objawieniem, raczej będący filmem, który ma zapewnić półtorej godziny przyzwoitej, podwodnej rozrywki wywołującej do tego jakiś tam dreszczyk emocji.

Konstrukcja filmu sprowadza się do eksploracji i późniejszych prób przeżycia, czyli wszystko można by rzecz jest tutaj na swoim miejscu. Cunningham nigdzie się nie spieszy, toteż przez pierwszą godzinę seansu jesteśmy świadkami raczej katastroficznego kina spod znaku "Tragedii Posejdona" aniżeli pełnokrwistego monster movie - co chwila coś się psuje, ktoś musi kogoś ratować, będziemy mieli też dłuższą chwilę na zapoznanie się z członkami załogi i ich codzienną rutyną. Klimat budowany jest bardzo misternie, przez co film, szczególnie przez pierwsze pół godziny, niektórym może wydać się dosyć nudny, jednak mnie zamysł Cunninghama kupił od samego początku - dzięki temu mogłem lepiej poznać ludzkich bohaterów tego sci-fi horroru, którzy jak się okazuje, mają swoje problemy, marzenia czy tajemnice, nie będąc tylko i wyłącznie mięsem armatnim dla grasującego po pokładzie potwora. Wiadomo, nie jest to żaden dramat psychologiczny, przez co postaci zarysowane są raczej standardowo - mamy dzielnego kapitana, parę kochanków, panią biolog czy w końcu dupka, którego nikt nie lubi itp. Standardowy zestaw, lecz rozpisanie ich wątków w scenariuszu nie odbywa się na zasadzie krótkiego wprowadzenia i rychłej śmierci, jak to ma miejsce w podobnych obrazach gatunku.

Bardzo dobrze spisali się aktorzy, którzy choć być może mniej znani niż swoi koledzy i koleżanki po fachu w takim choćby "Leviathanie", potrafili tchnąć życie w grane przez siebie postaci. O ile w filmie Cosmatosa "gwiazdy" raczej odwalały pańszczyznę, na czele z jadącym na autopilocie i wyraźnie znudzonym Richardem Creeną czy bezbarwnym Peterem Wellerem, tak tutaj każdy stara się jak może, by nadać granym przez siebie charakterom ludzką twarz. Prym wiedzie oczywiście Miguel Ferrer robiący wszystko, żeby jego Snyder był dupkiem, ale dupkiem prawdziwym, ludzkim, ze swoimi słabościami ale i mocnymi stronami charakteru. Przez to popadająca w coraz większy obłęd postać jest nam bliższa i możemy z rosnącym zainteresowaniem obserwować, co prowadzi do takiego a nie innego jej końca. Oczywiście inni też spisali się bez zarzutu, wyciągając według mnie maksimum tego co się dało - nie ma pływającego pod wodą teatru drewna, jest rzetelnie i po prostu na poziomie.

Jak już wspominałem, tempo filmu do pewnego momentu jest raczej niespieszne, bardziej nastawione na chłonięcie przez widza klimatu, który wspaniale podbudowywany jest przez znakomitą ścieżkę dźwiękową Harry'ego Manfrediniego. Podwodne zdjęcia zalanych wodą jaskiń czy widoki na bazę (zbudowaną przy użyciu wszelkiej maści miniatur i modeli) serwowane są raz za razem, jednak lwia część filmu rozgrywa się w zamkniętych i dosyć małych przestrzeniach kolejnych łodzi podwodnych, obsługiwanych przez bohaterów. Z minuty na minutę napięcie oczywiście stopniowo wzrasta, a my coraz głębiej wsiąkamy w klimat rozpaczliwej walki o przetrwanie. Film przez to sprawia momentami wrażenie dość kameralnego widowiska, jednak nie jest to, przynajmniej dla mnie, żadną wadą tym bardziej, że spisał się kamerzysta Mac Ahlberg, nie ograniczając swojej pracy do zbliżeń na twarze rozmawiających ze sobą aktorów. W scenach akcji jest i dynamicznie i klarownie, przez co jego praca tylko potęguje i tak dobry poziom całości.

Na koniec może słówko o potworze, który a jakże, wykonany został tradycyjnymi metodami - trochę animatroniki, trochę kukiełek i miniatur - za to efekt końcowy jaki udało się osiągnąć jest ze wszech miar znakomity. Sam "obcy z głębin" to prehistoryczny skorupiak, któremu udało się przeżyć do dzisiejszych czasów w podwodnej jaskini - w filmie padają też wzmianki o innych atakach, przez co jego pojawienie się nie jest z gatunku tych "od czapy", mając w miarę solidną podbudowę w faktach podawanych nam przez panią biolog, której rzecz jasna nikt nie chce słuchać. Wiadomo, faceci na pokładzie łodzi podwodnej kobiet słuchać nie mają zamiaru, toteż nic dziwnego, że później płacą najwyższą cenę za swoją lekkomyślność. O ile w wielu podobnych obrazach cała akcja opiera się na "kontaktach" z bestią, tak tutaj Cunningham postawił bardziej na realizm, przez co spotkań z olbrzymim skorupiakiem zbyt wielu nie uświadczymy, gdyż jest on po prostu jednym z wielu zagrożeń czyhających na naszych bohaterów w głębinach. Dane nam jednak będzie przyjrzeć mu się dość dokładnie, więc nie powinno być w tym aspekcie miejsca na narzekanie. Gdy bestia już się wynurza, ciśnienie idzie w górę a trup, choć może nie ściele się gęsto, to tu, to tam mimo wszystko się pojawia, "przyozdobiony" odrobiną pomysłowego gore'u.

Rzetelny - wyraz ten padł tutaj kilkukrotnie, ale to słowo klucz w przypadku tego filmu, bo jeśli mam być szczery, to nic tutaj nie jest ani słabe, ani jakoś szczególnie wybijające się na tle podobnych produkcji. Ot, solidna, rzemieślnicza, momentami nawet bardzo dobra robota, którą być może lata temu mało kto docenił, jednak obecnie będąca niczym łyk ożywczej wody mineralnej, jeśli porównać "DeepStar Six" do współczesnego, nastawionego praktycznie w większości na akcję i efekty kina, które tylko irytuje przerostem formy nad treścią. I choć Sean S. Cunningham podczas swej podwodnej filmowej podróży żadnego skarbu nie znalazł, to wyłowił całkiem pokaźnych rozmiarów perłę, którą spokojnie można postawić wśród najbardziej dorodnych okazów podgatunku i która absolutnie wstydu mu nie przynosi, świecąc po latach swym blaskiem jeszcze mocniej niż w momencie premiery.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek