Arena

Opublikowano: 31-12-2013 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Sci-Fi / Fantasy
Kraj: USA, Włochy
Rok produkcji: 1989
Czas trwania: 115 min
Reżyseria: Peter Manoogian
Scenariusz: Danny Bilson, Paul De Meo
Muzyka: Richard Band
Zdjęcia: Mac Ahlberg
Obsada: Paul Satterfield, Hamilton Camp, Claudia Christian, Marc Alaimo
Dystrybutor VHS: Imperial Entertainment

Kino sportowe posiada sporą grupę wiernych fanów, toteż nic dziwnego nie ma w tym, iż cały czas powstają kolejne produkcje opowiadające o różnych dyscyplinach. Swego czasu dużą popularnością cieszyły się filmy bokserskie. Wszystko zostało zapoczątkowane jeszcze w latach 40-tych, a dokładniej w roku 1947, obrazem „Body and Soul” Roberta Rossena, by zdobyć szczyty box office’u a także uznanie wśród krytyków w latach 70-tych i 80-tych. Cała seria przygód Rocky’ego, włoskiego boksera, którego postać stworzył a także zagrał Sylvester Stallone czy choćby znakomity „Raging Bull” Martina Scorsese z Robertem De Niro to tylko kilka z wielu przykładów takich właśnie produkcji. Pod koniec lat 80-tych tematem zainteresował się także Charles Band, który jednak nie miał zamiaru wyprodukować „zwykłego” dramatu sportowego silnie osadzonego w ówczesnych realiach. Otóż akcję przeniesiono w rok 4038 na stację kosmiczną, a bokserów zamieniono na kosmitów…

„Arena” to cieszący się wielką popularnością sport przyszłości, którego zasady są dosyć proste i opierają się w głównej mierze na boksie, jednak widoczne są też wpływy sumo – otóż walka trwa do momentu, aż któryś z „bokserów” nie zostanie wypchnięty czy też wyrzucony poza ring. Jako że walczą ze sobą różne rasy kosmicznych stworów, nad wszystkim czuwa specjalne urządzenie wyrównujące i balansujące siły poszczególnych wojowników. Steve Armstrong jest Ziemianinem, który ma dwa marzenia – powrócić kiedyś na ojczystą planetę a także wystartować jako zawodnik w „Arenie”. Dzięki pomocy swego czterorękiego przyjaciela Shorty’ego pierwsze z jego marzeń może spełnić się wcześniej niż przypuszczał. Jednak sprawy komplikują się, gdy kosmiczny oligarcha Rogor domaga się od wesołego duetu zwrotu ukradzionych przez nich pieniędzy. Steve by pomóc przyjacielowi w niedoli postanawia skorzystać z propozycji kobiety imieniem Quinn, która trenuje kosmitów do walk. W ten sposób wykupuje Shorty’ego a także jako pierwszy człowiek od ponad 50-ciu lat ma okazję walczyć o tytuł międzygalaktycznego mistrza „Areny”. Czy jednak uda mu się osiągnąć cel, podczas gdy nad wszystkim czuwa potężna biznesowa machina kierowana przez samego Rogora?

Słowem wyjaśnienia - „Arena” z boksem jako takim tak naprawdę zbyt wiele wspólnego nie ma, jednak na początku przytoczyłem kilka faktów dotyczących tego rodzaju produkcji, gdyż punktem wyjścia dla scenarzystów Danny’ego Bilsona i Paula De Meo był wspomniany przeze mnie na wstępie film „Body and Soul” Roberta Rossena, którego założenia obaj scenarzyści chcieli przenieść w przestrzeń kosmiczną i na tej podstawie oparli napisany przez siebie scenariusz. I patrząc na gotowy obraz widać to doskonale, bo gdy zapomni się o tej całej kosmicznej otoczce pozostaje historia typowa jak na tego typu produkcje – mamy boksera walczącego nie tylko z przeciwnikami na ringu ale także z różnymi przeciwnościami losu, skorumpowany system a także sterującego wszystkim złego oligarchę – promotora walk bokserskich. 

„Arena” jest więc do bólu schematyczną i typową historią wziętą rodem z filmu bokserskiego przeniesioną jednak w odległą przyszłość na kosmiczną stację zamieszkaną przez rożnego rodzaju kreatury. Podobno początkowo pisano tę historię i planowano ją dla samego Arnolda Schwarzeneggera, który jednak po odniesieniu sukcesu przez jego wcześniejsze produkcje mógł przebierać w wielu scenariuszach jak w ulęgałkach i to raczej do tych wysokobudżetowych obrazów. Ile w tym wszystkim prawdy nie wiadomo ale ważniejsze jest to, że główną rolę powierzono aktorowi wcale nie gorszemu, bo samemu Paulowi Satterfieldowi znanemu wcześniej z rólki w serialu „Hunter" a także „Creepshow 2”! Oczywiście ironizuję, jednak jeśli spojrzymy na jego późniejszą „karierę” okaże się, że ma on na swym koncie co najmniej jedną „genialną” rolę w uwielbianym przez wszystkich serialu „The Bold and the Beautiful" („Moda na sukces”), w którym zagrał, znakomicie zresztą, dr. Pierce’a Petersona. W „Arenie” spisał się równie dobrze, to znaczy na swym normalnym, dosyć drewnianym poziomie, jednak mi jako wielkiemu fanowi „Mody na sukces” zupełnie to nie przeszkadzało, powiem więcej – niesamowicie ucieszyłem się gdy tylko zorientowałem się, że to właśnie on odgrywa rolę Steve’a Armstronga. Jeśli miałbym jego aktorskie popisy mające miejsce w tymże filmie jakoś opisać, skwitowałbym je jednym słowem – „drewno”, co też jak zresztą widać właśnie czynię. Reszta aktorów na szczęście prezentuje odrobinę więcej talentu i choć nie jest to także jakaś porażająca ilość, która miałaby się przekładać na jeszcze bardziej porażająca jakość odtwarzanych ról, to w odbiorze nie przeszkadza to zupełnie. 

Dlaczego spytacie? I tu właśnie znajduję się powód, dla którego w ogóle zdecydowałem się napisać tę recenzję a Wy możecie ją sobie przeczytać na Animal Attack – kosmiczne kreatury wykonane przez mistrza charakteryzacji Johna Carla Buechlera. Stworzył on bowiem na potrzeby filmu około 75 animatronicznych wynalazków, poczynając od stworów różnej wielkości a na innych mniej spektakularnych mechanicznych efektach kończąc. I tak, dzięki jego umiejętnościom zrobienia jak to niektórzy określają „czegoś z niczego” na ekranie podziwiać możemy całą gamę fantastycznie wyglądających kosmitów, co docenić należy tym bardziej gdy uświadomimy sobie, że była to produkcja bardzo nisko budżetowa, co zresztą doskonale widać na przykładzie wszystkich innych efektów zastosowanych w filmie. Statki kosmiczne, stacja we wnętrzu której rozgrywa się cała akcja, kosmos – wszystko wygląda fatalnie i żenująco. Obraz ten byłby kompletną klapą (wspomniany wcześniej schematyczny scenariusz i „aktorzy”), gdyby nie animatroniczne modele Buechlera. Żeby uświadomić Wam skalę „taniości” tego filmu wystarczy że napiszę, iż zamiast statystów (których jest dosłownie garstka i pokazywani są ciągle ci sami) na trybunach okalających arenę pousadzano poubierane w szaliki manekiny i pomalowane różnorakimi kolorowymi farbami wycięte z tektury sylwetki kibiców. Na tym tle stwory Buechlera wyglądają jakby były wyjęte z zupełnie innej bajki lub jak w tym akurat przypadku filmu. Wielki, podobny do pasikonika kosmita, z którym przyjdzie się zmierzyć naszemu dzielnemu wojownikowi to tylko jeden z wielu przygotowanych przez maga od animatroniki tworów, choć akurat ten jest najbardziej efektowny i prezentuje się najlepiej. Sama walka z nim to najlepszy moment filmu i choć nie uświadczymy tu, jak i zresztą we wszystkich innych walkach, żadnej skomplikowanej choreografii to i tak robi to jako całość ogromne wrażenie. Reszta kosmitów prezentuje się co najmniej równie dobrze a charakteryzacja zastosowana w filmie nie jest gorsza od wielu podobnych, mających miejsce w kosmosie produkcji. 

Muzyka jest dziełem Richarda Banda, brata samego wielkiego Charlesa, który nie po raz pierwszy wspomógł swoją najbliższą rodzinę jako twórca ścieżki dźwiękowej. Szkoda tylko, że tym razem zbytnio się nie popisał, przez co muzyka przygrywająca nam podczas seansu jest strasznie słaba i do bólu kiczowata, nie wyróżniająca się niczym szczególnym pośród wielu ilustracji muzycznych stworzonych do szeregu B-klasowych produkcji. Klimat w filmie to także esencja niskobudżetowego kina w swej najczystszej postaci, toteż nic szczególnego w tym aspekcie nie poczujemy a co gorsza, także nie zobaczymy. Zdjęcia są do bólu typowe i tylko Buechler i jego stwory są w stanie udźwignąć ciężar filmu na swoje barki. Całe szczęście, że całość jest na tyle „lekka, łatwa i przyjemna”, że ogląda się „Arenę” w ten właśnie, niezbyt zobowiązujący sposób.

„Arena” to schemat, który został użyty tylko po to, by przedstawić widzowi całą galerię kosmicznych stworów mogących na pięści w przestrzeni kosmicznej rywalizować z człowiekiem. Nie jest to absolutnie żaden zarzut względem tej produkcji, gdyż niektóre filmy mają do zaoferowania właśnie magiczne słowo zwane przez szereg mądrych osób „rozrywką”. To właśnie, i tylko to, oferuje nam „Arena”. Czas w trakcie seansu z tymże filmem mija szybko a widzowi w pamięci pozostają tylko kosmiczne stwory, które miał okazję podziwiać. Fani produkcji Charlesa Banda mniej więcej będą wiedzieli czego się spodziewać a cała reszta może sobie tę produkcję odpuścić. Dla nich animatronika będzie zapewnie drętwa a brak efektów CGI kłujący w oczy. Mam dla takich osób dobrą radę – idźcie do okulisty a uzdrowione będą oczy Wasze...

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek