Blutgletscher (Krwawy lodowiec)

Opublikowano: 28-12-2013 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: Austria
Rok produkcji: 2013
Czas trwania: 98 min
Reżyseria: Marvin Kren
Scenariusz: Benjamin Hessler
Muzyka: Marco Dreckkotter, Stefan Will
Zdjęcia: Moritz Schultheiß
Obsada: Gerhard Liebman, Edita Malovcic, Brigitte Kren, Hille Beseler, Peter Knaack
Dystrybutor VHS: -

Grupa pracowników położonej w Alpach stacji badawczej odkrywa niezidentyfikowaną dotąd organiczną substancję o krwistym odcieniu pokrywającą lodowiec. Okazuje się, że maź pełni funkcję pasożytniczą, wchodząc w reakcję również z żywymi organizmami, powodując przy tym ich mutację. Zbliżająca się wielkimi krokami wizyta ministra wraz ze swoją świtą staje się dla naukowców pretekstem 'przemilczenia' odkrycia owej anomalii. Jedynie mechanik Janek zdając sobie sprawę z powagi sytuacji podejmuje próbę ostrzeżenia delegacji. Czy uda się zapobiec niebezpieczeństwu nim powstające jedna za drugą przerażające hybrydy zagrożą życiu grupy odciętych od świata ludzi?

Marvin Kren wkroczył na scenę filmu grozy w 2010 roku wraz ze swym zombie movie "Rammbock", za który zebrał zresztą dość pozytywne recenzje. Jak sam reżyser przyznaje, jego marzeniem było jednak nakręcenie obrazu z podgatunku monster movie, którym fascynował się od dzieciństwa. Szansa nadarzyła się w 2012 roku, gdy znaleźli się inwestorzy gotowi wyłożyć pieniądze na powołanie do życia "The Station" - jednego z najlepszych przedstawicieli MM ostatniej dekady.

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas seansu, to niezwykle profesjonalna realizacja. W zasadzie nie ma w "The Station" niedociągnięć technicznych. Zdjęcia Moritza Schultheiba, to w połączeniu ze wspaniałą lokalizacją gór południowego Tyrolu, prawdziwa uczta dla oczu, na której realizację nie szczędzono tu pieniędzy. Mamy zatem zarówno świetnie wyglądające ujęcia statyczne jak i efektowne sceny kręcone z helikoptera, dzięki czemu nawet momenty, w których kompletnie nic się nie dzieje, nie pozwalają nam poczuć znudzenia. Drugim mocnym punktem produkcji Krena jest odpowiednio skomponowana ścieżka dźwiękowa, która znakomicie pasuje do atmosfery filmu. O ile w pierwszych kilkunastu minutach muzyka jest stosunkowo oszczędna, wręcz 'niezauważalna', to klasę duetu kompozytorów można odczuć w momentach bezpośredniego zagrożenia dla naszych bohaterów, przy czym warto podkreślić, że podkład muzyczny nigdy nie pełni funkcji gromkopierdnego "bum bum", jakie najczęściej możemy usłyszeć dziś w mainstreamowych horrorach. 

Klimat grozy i osaczenia budowany jest w sposób niezwykle umiejętny i ostrożny. Kren nie spieszy się z dosadnym straszeniem widza, przez pierwsze 50 minut niewiele się dzieje, a mimo to siedziałem w fotelu jak na szpilkach oczekując nagłego ciosu, który niechybnie musiał w końcu spaść. Ostatnie 30 minut filmu przebiega już w szaleńczym tempie a nawiązania do klasyki (z "The Thing" Carpentera na czele) sypią się jak z rękawa. Nie sposób tu nie wspomnieć o efektach specjalnych i charakteryzacji, które są zdecydowanie najmocniejszą stroną produkcji. Reżyser, jak przystało na miłośnika klasyki podgatunku postawił niemalże wyłącznie na tradycyjne fx. Różnorodność kreatur i ich wykonanie stoi na naprawdę wysokim poziomie, a błyskawiczne cięcia sprawiają, że widać na tyle dużo aby nacieszyć oczy każdego horrormaniaka i jednocześnie tak niewiele, żeby nie sposób było posądzić twórców o 'kiczowatość' i pozwolić zachować realizm. Nie zamierzam  nadmiernie spoilerować bo scen z udziałem 'stworów' nie jest tutaj  dużo, ale za to ich twórcy wykazali się nie lada kreatywnością. Pozytywnego całokształtu dopełnia grupa dobrze rozpisanych  głównych bohaterów, którym przewodzi robotnik imieniem Janek, który obok postaci pani minister (w tej roli matka reżysera) jest chyba najlepiej a także najdokładniej zarysowaną i najciekawszą postacią w filmie i choć ciężko oceniać grę aktorską gdy nie włada się językiem niemieckim, to odniosłem wrażenie, że pomimo niewielkiego ekranowego doświadczenia, każdy poradził sobie przynajmniej dobrze, tworząc wiarygodną kreację. 

Każdy, kto dotrwał do tego momentu recenzji, przekonany jest zapewne, że "The Station" jest filmem praktycznie pozbawionym błędów...nie do końca. Przyznaję, że gore mogłoby być nieco więcej (jest tu sporo efektownie wyglądającej charakteryzacji, ale krwi nie leje się wbrew pozorom tak wiele), ale nie to jest największą bolączką filmu Krena, a zakończenie, które w dużej mierze 'kładzie' wspaniały seans, rozczarowując na całej linii. Nazbyt szybkie, nieprzemyślane, bezpłciowe a przede wszystkim po prostu głupie. Wydaje się, że Kren chciał za wszelką cenę dorzucić wątek humorystyczny, co kilka razy mu się udało, ale ostatnie 5 minut, to niestety straszliwa żenada, której wielkim finałem jest CGI potworek w całej swej 'Syfy Channel looklike' okazałości. Wielka szkoda. Gdyby nie spartaczona końcówka, "The Station" uznałbym za absolutne arcydzieło monster movies, a tak pozostanie on w moich oczach jedynie filmem naprawdę dobrym, swoistą 'lodowcową' wersją "Prophecy" Frankenheimera.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek