Robowar - Robot da guerra

Opublikowano: 23-12-2013 przez: Przemo

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Sci-Fi / Fantasy
Kraj: Włochy
Rok produkcji: 1988
Czas trwania: 92 min
Reżyseria: Bruno Mattei
Scenariusz: Rossella Drudi, Claudio Fragasso
Muzyka: Al Festa
Zdjęcia: Richard Grassetti
Obsada: Reb Brown, Catherine Hickland, Massimo Vanni, Romano Puppo
Dystrybutor VHS: ViR

Są tacy, którzy wciąż nie dowierzają. Będą i tacy, co nawet zaprzeczą! Ale to najprawdziwsza prawda: wśród gawiedzi interesującej się filmem nie brak ubogich mentalnie jednostek nie uznających geniuszu człowieka, a może nawet pół-boga, włoskiego kina wszelkich odłamów, od grubych kalibrem sensacji i akcyjniaków po niemal wszystko z horrorami włącznie. Jedno nazwisko, tak wiele słów! Nie bez powodu Bruno Mattei aka Vincent Dawn zaskarbił sobie rzeszę wyznawców w czeluściach enigmatycznych środowisk kinomaniaków wspominających fabuły jego filmów przy ogniskach swych diabelskich pogawędek. Tylko włoscy reżyserzy potrafili wziąć na tapetę aktualny przebój kinowy, by stworzyć jego własną, LEPSZĄ wersję. I Mattei był jednym z nich. Kiedy w 1987 roku John McTiernan popełnił „Predatora”, Włosi przypuścili kontratak już w ’88. Wówczas Claudio Fragasso, kolejny twórca o nieposzlakowanej opinii, wraz z małżonką Rossellą Drudi mieli ukończony koncept już-wkrótce-arcydzieła, stanowiącego dziś dowód na nieśmiertelność rynku video... 

Fabuła „Robomana” idzie niemal ryj w ryj ze wspomnianym „Predatorem”: nad filipińską dżunglą zostaje zestrzelony śmigłowiec z amerykańską załogą. Na odsiecz rusza ekipa weteranów-twardzieli nieświadomych tego, iż wyspę terroryzuje nieśmiertelna istota, broń doskonała i robot w jednym. Ale żołnierze Bruno Mattei to nie byle kto! Nazywają się BAM, co jest jeno niewinnym skrótem od zdrobnienia… Big Ass Motherfuckers (!!!). Teraz mała dygresja, każdy kto uważa Arnold-team za galerię postaci najprawdopodobniej nie miał jeszcze styczności z niszczycielami dowodzonymi przez Reba Browna. Poznajemy ich z bliska, gdy płyną na miejsce akcji łodzią African Queen II; obdarzeni zabójczą charyzmą są specami od wszystkiego. Potrafią z zaskoczenia dobrać się do dupy każdego żywego stworzenia na tej planecie, co potwierdzą wszystkie najbliższe strzelaniny z ich udziałem. Wyspa może kryć bataliony nieprzyjaznych najemników, krwiożerczych zwierząt, czy też śmiercionośnych pułapek, ale największą zawieruchę powoduje zawsze BAM, wśród dzikich okrzyków nafaszerują śrutem każde, nawet najmniejsze drzewko, jeśli tylko odkryją w nim przykrywkę dla wroga (co puentują urywające krocze teksty klasy „Whatever it was it ain’t no more”). Najczęściej decyduje o tym obdarzony dodatkowym zmysłem wietnamski rzeźnik Quang – w tej roli Max „Sierżant Clarin” Laurel  – przy którym Sonny Landham jest jak zagubione we mgle indiańskie dziecko narażone na gwałt ze strony dzikich zwierząt. Quang to wykolczykowany, przystrzyżony na króciutkiego irokeza brutal zdolny przemienić się w cień swej ofiary, nikt nie wydłubuje sobie brudu spod paznokci maczetą z takim wyczuciem jak on. Kolejnym na kryminalnej liście pacyfikatorów generała Mattei jest Cpl. Neil Corey, czyli weteran włoskiego kina Romano Puppo – to właśnie on na planie filmu najczęściej nosił ciężki strój Robomana, bowiem jak przystało na zahartowanego ex-górnika nie straszne mu były filipińskie ukropy. Puppo na ekranie prezentuje się niczym chodząca śmierć o zdradliwym uśmiechu; podczas gdy większość załogi BAM nosi bezrękawniki odsłaniając ich nieco zalane bicepsy, odziany w moro z długim rękawem Puppo robi niewspółmiernie srogą robotę. Bruno werbuje w szeregi oddziału także zaprawionego w produkcjach polizio twardziela nazwiskiem Massimo Vanni – to ten bardzo nieprzyjemny jegomość o zaroście mogącym skaleczyć dłonie samego Chucka Norrisa. Vanni gotów jest ruszyć na Robomana tu i teraz, zapewne udusiłby go gołymi rękoma, gdyby tylko mógł. Głową operacji jest natomiast legenda kina akcji Reb Brown (Maj. Murphy Black), swą charyzmą zapewne uciszyłby nawet piorun; odkąd przekracza brzeg wyspy w błękitnym podkoszulku 3/4 wiemy już, że szykuje się najbardziej epicki film wszechczasów. Murphy nie podaje ręki byle frajerowi, z gracją surfera kasuje pół filipińskiej dżungli ogniem broni maszynowej, by ostatecznie uratować niewinne ciało Katherine Hickland. Swoją drogą ta ostatnia mogłaby mu nieco dosadniej za to podziękować…

„Roboman” to kino akcji najwyższych B-klasowych lotów koncentrujące w sobie unikalny pierwiastek sience-fiction. Robot eksterminator w czarnym kombinezonie prezentuje się cholernie ujmująco, mruczy rozkazy, które zdaje się sam sobie wydawać, w dogodnych momentach bezlitośnie naparza z broni laserowej. Co jakiś czas Mattei rzuca w jego stronę żołnierzami BAM wpompowując w ich żyły rządzę mordu, pokonanie androida to wszak wyzwanie dla każdego z nich. Jeden po drugim idą na samobójczy pojedynek, bo po prostu muszą. Za sprawą mistrza charakteryzacji Franco Di Girolamo („Black Cat”, „New York Ripper”, „Don’t Torture a Duckling”, etc.) bohaterowie wiedzą co ich czeka – garść pięknych scen gore łoi nas po żebrach, kiedy trzeba dopełniając klisze filmowe kultem najczystszych wód. Lecz czymże byłoby arcydzieło bez ścieżki dźwiękowej; czym byłby „Robot da guerra” bez kompozytora nazwiskiem Al Festa? Zapamiętajcie dobrze nazwisko będące synonimem tempa, jego syntezatory zastąpią bicie waszych serc do końca spektaklu. Festa w nad wyraz zręczny sposób potrafi wprowadzić nas zarówno do zasypanego śrutem świata akcji, jak również zarysować otchłanie pokrytej mgłą wyspy, niby zasłony dymnej dla machiny wojennej - Robomana. 

Wytwórnia Flora Film po raz kolejny podkreśliła swą markę. Każda strzelanina „Robowar” (alternatywny tytuł) jest przeprowadzona z absolutną pompą, zatem wywoła czystą euforię w głowie każdego maniaka akcyjniaków, co pozostaje nie bez związku z miejscem kręcenia filmu, bowiem Filipiny miały ten obskurny i unikalny klimat, gdzie kręciło się totalnie bez trzymanki. Zdjęcia koszą z nóg epą, tradycyjnego slow-motion jest pod dostatkiem, co idealnie uzupełnia się ze skradankami po dżungli. Nawiązania do „Predatora” obecne są na każdym kroku, zatem ich wyłapywanie pozostawiam do wglądu wszystkim, którzy podejmą wyzwanie jakie rzuca ten film. Polscy koneserzy VHS mogli mieć przed laty z nim styczność dzięki ściganemu później za piractwo dystrybutorowi ViR (Video i Rozrywka); tytuł dziś absolutnie nie do zdobycia (jak macie to piszcie!). Tym bardziej przykro jest patrzeć, gdy w naszym bezbarwnym pod względem oferty sklepów dvd kraju żenujący ludzie o ograniczonych preferencjach filmowych organizują na festiwalach spotkania mające na celu szydzić ze sztandarowych, klasycznych dzieł takich kultowych postaci jak Bruno Mattei, vide Dawid Głownia na Dniach Fantastyki ’13. Lecz pieski szczekają, a karawana jedzie dalej! Gdy grono cyrkowców-czeladników zajmie się wreszcie tym, do czego ma najlepszy dryg, jak uprawa buraków, tudzież ziemniaków, entuzjaści czujący magię starego kina zasiądą przed ekranem swych wysłużonych odbiorników w jednym wspólnym celu. Bruno Mattei po raz kolejny nastawi dla nich magnetowidy na zabijanie. 

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek