Hyenas

Opublikowano: 23-06-2013 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Monster Movies
Kraj: USA
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 92 min
Reżyseria: Eric Weston
Scenariusz: Eric Weston
Muzyka: Lawrence Shragge
Zdjęcia: Curtis Petersen
Obsada: Costas Mandylor, Christa Campbell, Rudolf Martin, Meschah Taylor
Dystrybutor VHS: -

Pamiętam jakby to było wczoraj, gdy w 2009 roku w Gorezone, brytyjskim magazynie poświęconemu grozie, przeczytałem newsa odnośnie kompletowania nowego animal attack/monster movie o intrygującym tytule „Hyenas”. Poczułem wówczas, że wreszcie nadchodzi w kinie mm coś oryginalnego, wierząc artykułom w prasie, coś hołdujacemu kinu lat 80-tych. Reżyserem - Jeff Weston, twórca kultowego video nasty „Evilspeak”, efekty specjalne - John Carl Buechler. Nie mogło być źle? A jednak…

Do niewielkiego amerykańskiego miasteczka przybywa człowiek nazwiskiem Gannon, którego żona i dziecko zeszłej nocy podczas podróży powrotnej do domu, zostali brutalnie zamordowani przez nieznanych sprawców. Miejscowy szeryf szybko informuje poszkodowanego, że w jego mieścinie taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy a sprawcy z pewnością byli przyjezdni i szanse na złapanie ich są jedynie iluzoryczne. Zrezygnowany Gannon wraca do motelu skąd wywabia go lokalny 'wariat' Crazy Briggs, który przekonuje iż wie kto a raczej co, zabiło mu rodzinę. Okazuje się, że w okolicy grasuje stado potworów zdolnych 'transformować' do postaci hieny, pożerających nieuważnych przejezdnych, czy okolicznych mieszkańców. 'Uświadomiony' przez Briggsa Gannon wyrusza wraz z nim na polowanie...

Kompletowanie i post-produkcja „Hyenas” wyniosły blisko 3 lata. Tyle czasu od ukończenia zdjęć, czekać musieliśmy na wydanie DVD nakładem giganta rynku LionsGate. Bardzo chciałbym powiedzieć, że warto było czekać te trzy lata by w końcu móc obejrzeć końcowe dzieło Westona, ale będąc kilka godzin po seansie, jedyne o czym marzę, to wyparcie z pamięci tej marnej namiastki filmu.

Wydawać by się mogło, że budżet około miliona dolarów zapewni nam godziwą rozrywkę, chociażby od strony technicznej, ale próżne nadzieje. Już scena początkowa, gdy jadący z niedużą prędkością samochód razi widza po oczach nienaturalnym CGI błyskiem świateł, błyskiem, który pod tą samą postacią powracać będzie już do końca filmu, gdy tylko jakiś automobil będzie łaskaw przetoczyć się przed ekranem. Nie mam bladego pojęcia dlaczego przednie lampy samochodów osobowych muszą świecić CGI promieniem na 3/4 ekranu, dodając do tego jeszcze popularny ostatnio 'motyw latarki', ale to dopiero początek naszych zmartwień.

Pierwsze zetknięcie z ludźmi, którym przyjdzie wypowiedzieć na ekranie jakąś kwestię i już mamy przeświadczenie (jak kolejne minuty pokażą - słuszne), że na jakąkolwiek grę aktorską nie mamy tu co liczyć. Poziom dialogów to jedno, ale to co ludzie prezentują sobą przed kamerami - to drugie, znacznie bardziej bolesne. Patrząc na okładkę, zapoznając się z faktem, że gwiazdami filmu są Costas Mandylor (znany głównie dzięki serii „Saw”) i Christa Campbell (znana z rozbierania się na ekranie, gdzie i kiedy popadnie), wiemy już, że dobrze być nie może, ale dopiero cały seans zweryfikuje zwrot 'fatalne aktorstwo' i nada mu zupełnie nowe znaczenie. Dość powiedzieć, że wspomniany Mandylor, który nie posiadł aktorskiego talentu swego brata Louisa wypada w „Hyenas” zdecydowanie najlepiej (co bynajmniej nie znaczy, że trzyma jakikolwiek poziom!) i swym dość ciekawym głosem wypowiada swe kwestie z brzmieniem lepszym niż ktokolwiek inny na ekranie. Partnerująca mu Christa Campbell jest natomiast tak przeklęcie nieznośna i irytująca, że ciężko jest to w ogóle ubrać w słowa. Jako przywódczyni stada 'Hien' robi filmowi straszliwie krecią robotę. Owszem, zapewne jak w większości filmów gdzie Campbell znajdywała i znajduje angaż, zatrudniono ją z racji braku oporu w pokazywaniu swego ciała, ale zabito przez to jakąkolwiek wyrazistość postaci. Christa ze spiętymi w kok włosami, z twarzy kompletnie nieatrakcyjna i niewyjściowa, urodą przypominająca dziką świnię, ma w sobie tyle seksapilu ile stojąca na trasie Warszawa - Poznań tirówka a większym aktorskim talentem zdolny byłby się wykazać nawet student pierwszego roku na kierunku 'Hotelarstwo i Turystyka'. Wielbicieli dużych, sztucznych piersi pani Campbell również muszę rozczarować - budżet filmu okazał się najwyraźniej zbyt niski by 'gwiazda' zgodziła się paradować na golasa i nasza 'Hiena' podczas scen rozbieranych nosi 'bra' zasłaniające sutki jej silikonowych piersi. Do gwiazd filmu należy również zaliczyć Joshuę Alba, nieznanego i przeraźliwie nieutalentowanego brata Jessici Alby w roli gangstera/mechanika/narzeczonego/dobrego chłopaka służącego radą, tym którzy jej nie potrzebują oraz Meschaha Taylora w roli 'Crazy Briggsa', który tak zawzięcie stara się mówić z akcentem dziadka, który z niejednego pieca już chleb jadł, że aż kompletnie mu to nie wychodzi. Na zakończenie tej aktorskiej błazenady dodamy jeszcze drewnianego Rudolfa Martina jako miejscowego szeryfa i Amandę Aardsmę, której inicjały powinny oznaczać słowo 'beztalencie' z absolutnie najniższej półki.

Kolejną i obok aktorstwa, chyba największą wpadką filmu Westona jest fatalny, ale to absolutnie koszmarny montaż, za który odpowiadał sam reżyser. Momentami dochodzi do tego, że ciężko jest połapać się, czy taki był zamysł Westona by niektóre sceny pozbawione były chronologii czasu i jakiegokolwiek sensu? W jednej chwili widzimy Meschaha Taylora, siedzącego przy ognisku, wpatrzonego wyraźnie w kamerę (której notabene tam nie było), sprawiającego wrażenie jakby nagrywał wnukom życzenia świąteczne, opowiadającego, że Gannon był jego kumplem i partnerem by po chwili pokazać scenę, w której Gannona dopiero poznaje i bynajmniej nie nosi ona znamion retrospekcji. Do takich momentów dochodzi przynajmniej kilkukrotnie i nawet bardzo uważny widz zaczyna gubić się w wydarzeniach.

Słabo jest również na polu fabularnym bo o ile sam jego rys i wykorzystanie mitu człekokształtnych hien nosi w sobie potencjał na dobry film, to scenariusz Westona poza dwoma twistami (jeden bardzo przewidywalny, drugi nie) nie nosi znamion jakiejkolwiek oryginalności i powiela schematy z setek innych, lepszych filmów. Bohaterowie są typowi do bólu, nie zabrakło też kompletnie bezcelowego wątku dwóch gangów młodzieżowych, które kilkukrotnie spotykają się aby sobie naubliżać i pogrozić palcami i oczywiscie wątku starszej siostry, wychowującej młodszego brata, który popadł w nienajlepsze towarzystwo.

Warto też napomknąć słowem o tytułowych 'Hienach', ktore występują tu zarówno pod postacią żywych zwierząt, CGI, jak i kukiełek wykreowanych przez Johna Carla Buechlera. Te ostatnie prezentują wysoki poziom a sceny, gdy są widoczne - zapierają dech w piersiach przez całe majestatyczne 2 sekundy ich obecności na ekranie. Całą resztę zajmuje CGI. Nie, że słabe, ale najgorsze z możliwych, sceny transformacji przypominają serial animowany dla dzieci a na temat animacji 3D, w jakiej odbywa się pojedynek samic, nie chcę się nawet wypowiadać, gdyż w recenzjach ponoć nie wypada bluzgać.

Ten, kto liczył na interesujące lub po prostu liczne sceny gore, również srogo się rozczaruje. Gore w „Hyenas” nie ma bowiem wcale (nie licząc jednego kiepsko widocznego korpusu ofiary z początku filmu) a jedyne ślady krwi widoczne są w jednej scenie pod postacią cyfrową. Cała reszta morderstw (całkiem pokaźna) odbywa się poza ekranem.

Czy jest zatem coś, co so sprawia, że „Hyenas” warto dać jednak szansę? Szczerze mówiąc - nie ma. Jest to absolutnie jeden z najgorszych filmów jakie miałem okazję oglądać, nie tylko w tym roku, ale i ogółem a boli to podwójnie, gdyż budżet pozwalał na wiele więcej, kilka nazwisk związanych z produkcją również sprawiało, że człowiek nastawiał się na przynajmniej strawną dawkę rozrywki.

Będąc szczegółowym muszę przyznać, że jest kilka maleńkich plusików, które wpływu na bardziej przychylny odbiór filmu nie mają, ale warto je odnotować. Zalicza się do nich schematyczna, ale na tle całości dość dobrze pasująca muzyka Lawrence'a Shragge, która jako jedyna nosi jakieś znamiona klimatu grozy, Christina Murphy jest nie tylko urocza, ale jako jedyna prezentuje sobą jakieś predyspozycje aktorskie (niestety na ekranie oprócz końcówki pojawia się sporadycznie) a kilka ujęć spowitego mgłą lasu pozwala nam na kilka sekund uwierzyć, że obcujemy z czymś lepszym.

Niestety żaden z wymienionych mini pozytywów nie wpływa na lepszy odbiór filmu i choćby Sylwia Grzeszczak miała wyć mi do końca życia „cieszmy się z małych rzeczy”, to nie usłucham. Te rzeczy, podobnie jak przyrodzenie Azjaty, okazały się za małe. Zdecydowanie nie polecam jakiegokolwiek kontaktu z „Hyenas” nawet miłośnikom animali i monsterów. Ode mnie zasłużona pała.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek