BloodMonkey (Krwiożercza małpa)

Opublikowano: 23-06-2013 przez: Ślepy

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Kryptozoologia
Kraj: Tajlandia
Rok produkcji: 2007
Czas trwania: 88 min
Reżyseria: Robert Young
Scenariusz: George LaVoo, Gary Dauberman
Muzyka: Charles Olins, Mark Ryder
Zdjęcia: Choochart Nantitanyatada
Obsada: F. Murray Abraham, Matt Reeves, Laura Aikman, Sebastian Armesto
Dystrybutor VHS: -

"Maneater" to powstała w wyniku 'dealu' pomiędzy RHI Entertainment i Sci Fi Channel telewizyjna seria dziesięciu filmów opowiadających, jak łatwo się zresztą domyślić, o śmiertelnie groźnych dla człowieka wszelakich kreaturach, tak wodnych jak i lądowych. Filmy te w większości kręcono w Tajlandii przy udziale tej samej ekipy realizacyjnej. W ten sposób w ciągu trzech miesięcy powstały cztery obrazy, spośród których najbardziej ostrzyłem sobie 'pazury' na "BloodMonkey" w reżyserii Roberta Younga, współtwórcy choćby świetnej komedii z udziałem pokaźnej ilości wszelakich zwierząt zatytułowanej "Fierce Creatures", co według naszych rodzimych translatorów oznacza ni mniej, ni więcej tyle, co "Lemur zwany Rollo"... Powracając jednak do sedna tej recenzji – czy nowy obraz Younga okazał się być filmem wartym zachodu i męczenia wzroku przez te niecałe półtorej godziny jego trwania? Odpowiedź jak zwykle poznacie poniżej, w dalszej części tego opisu... 

Grupa studentów antropologii wybiera się do tajskiej dżungli w celu odbycia szkolenia pod okiem znanego i cenionego w świecie fachowca w dziedzinie badań nad człekokształtnymi, profesora Hamiltona. Nie wiedzą oni jednak, że ekscentryczny naukowiec ma plan, którego nieodzownym elementem są właśnie oni. Profesor zaciąga nieświadomych niczego studentów w niezbadane dotąd rejony dżungli w celu schwytania przedstawiciela nowo odkrytego gatunku naczelnych, starszego od człowieka i dużo bardziej krwiożerczego. Młodzi nie wiedzą tylko, że to oni mają posłużyć za przynętę...

Aż chciało by się krzyknąć z zachwytu – Cóż za znakomita i odkrywcza fabuła! – jednak nic z tego, gdyż tego typu scenariusze wałkowane były już niezliczonej ilości produkcji z podgatunku 'animalistycznego' kina grozy. Grupka studentów, ekscentryczny naukowiec, czające się w głębi dżungli niebezpieczeństwo... Schemat wyeksploatowany można by rzec do cna i wałkowany na wszelkie możliwe sposoby, jednak jakimś cudem tutaj sprawdza się on naprawdę całkiem nieźle.

Wielkim atutem filmu Younga są piękne tajskie krajobrazy, pośród których kręcono "BloodMonkey". Nieprzebyta i tajemnicza dżungla praktycznie zawsze sprawdza się w tego typu obrazach i nie inaczej jest tutaj. Do tego dołożyć należy sprawną robotę kamerzysty Choocharta Nantitanyatada i mamy w rezultacie całkiem nieźle sportretowany obraz prastarego leśnego środowiska, do którego trafiają nasi bohaterowie. Być może chwilami zbytnio przesadzono z użyciem różnego rodzaju filtrów i dziwnych efektów cyfrowej kamery, jednak końcowy rezultat jest w moich oczach więcej niż niezły.

Kolejnym pozytywnym aspektem jest tu na pewno aktorstwo, które momentami choć dosyć drewniane, szczególnie w wykonaniu młodych adeptów sztuki filmowej, to jednak w ogólnym rozrachunku jest na takim poziomie, że widz podczas seansu nie zgrzyta zębami oglądając ekranowe popisy, a to już coś. Na pierwszy plan wysuwa się tu zdecydowanie bardzo dobra rola zdobywcy Oscara za występ w "Amadeuszu", F. Murray’a Abrahama, który wcielił się w postać profesora Hamiltona, opętanego żądzą schwytania tytułowej krwiożerczej małpy antropologa, który nie cofnie się przed niczym by tylko dopiąć swego celu. Młodzi aktorzy rzecz jasna nawet części kunsztu ich starszego ‘kolegi’ po fachu nie posiadają, niemniej jednak panie są dosyć urodziwe (w tym aspekcie bryluje słodka Laura Aikman) a panowie, no cóż – nie drażnią swoją obecnością, co można uznać za ich jakiś tam aktorski sukces.

Przekrój charakterów mamy tu taki co zawsze, a więc musiał się tutaj znaleźć student pierdoła, cwaniak zgrywający rolę twardziela, nieco zagubiony główny bohater, a towarzyszą im wspomniane urodziwe panie w liczbie trzech, toteż każdy jedną ma dla siebie i nikt zbytnio w tym aspekcie nie narzeka. Jęki i wrzaski niezadowolenia zaczynają się dopiero w momencie, gdy młodzi antropolodzy zapuszczają się w rejony zamieszkane przez tytułowe krwiożercze naczelne. Wtedy to akcję wypełniają ucieczki i bezładna bieganina po dżungli, bo jak wiadomo małpki do zbyt przyjacielskich nie należą a studenci posłużą im jako zakąska przed kolacją. Całe szczęście, gdyż pierwsza godzina filmu to niesamowita wręcz nuda, nie licząc kilkuminutowej sekwencji początkowej. Reżyser zdecydowanie przesadził tu z budowaniem klimatu niepewności i czającego się w głębi dżungli niebezpieczeństwa, przez co poległ praktycznie na całej linii.

Najgorsze co może spotkać widza w tego typu obrazie to nuda i brak napięcia, a tu tak jednego jak i drugiego mamy pod dostatkiem. Trzeba mieć pod ręką kilka dużych piw by dotrwać do finału filmu Younga. Na szczęście pod koniec coś zaczyna się dziać a małpy, choć nam się nie ukazują aż do ostatnich sekund, w końcu pokazują, skąd wziął się tytuł filmu. I choć krwawych scen nie ma praktycznie wcale a ataki urywane są w najciekawszych zdawałoby się momentach, to po początkowej nudzie widz zaczyna się cieszyć, że cokolwiek się dzieje. Kilka niezłych scen pokazuje, że przy odrobinie szczęścia można było z tego tematu wycisnąć znacznie więcej, jednak dobre i te pojedyncze momenty.

Zwraca uwagę także zakończenie, w którym to w końcu zobaczyć możemy przez kilka sekund tytułowe naczelne. CGI rodem ze stajni Sci Fi i wszystko staje się jasne. Nie potrafię pojąć, dlaczego pieniądze z budżetu nie poszły na stworzenie choćby jednego 'realnego' kostiumu z nawet najbardziej gumową małpią paszczą a pokazano to co pokazano. Na szczęście czas ekranowy 'komputerowych' naczelnych to raptem jakieś kilka sekund (coś około pięciu...), reszta to ujęcia z perspektywy pierwszej osoby w stylu "Predatora" McTiernana i różnego rodzaju zwierzęce piski i porykiwania. Oprawa muzyczna jest równie biedna co ta stworzona przez tych samych kompozytorów na potrzeby filmu "Croc", toteż nie ma co zbytnio rozwodzić się dłużej nad tym aspektem obrazu. 

"BloodMonkey" niestety okazał się być tym, czego najbardziej się obawiałem – typowym Sci Fi Original Movie z największymi bolączkami obrazów kręconych dla tej stacji. Na całe szczęście dosyć porządne aktorstwo, miłe dla oka plenery i krótki czas pokazywania na ekranie 'komputerowych koszmarków' sprawiają, że widz uzbrojony w kilka dużych piw powinien przebrnąć przez seans z tą produkcją bezboleśnie, co powoduje, że ocena końcowa nie jest najniższą z możliwych, a zakończenie w stylu "Hatcheta" Adama Greena winduje ją nawet o pół punktu do góry. Jednak w ogólnym rozrachunku polecić tej produkcji nie mogę absolutnie nikomu poza fanatycznymi wielbicielami nurtu animal attack.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek