Wolfen

Opublikowano: 22-06-2013 przez: Król Zombich

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Animal Attack
Kraj: USA
Rok produkcji: 1981
Czas trwania: 115 min
Reżyseria: Michael Wadleigh
Scenariusz: David Eyre, Michael Wadleigh, Eric Roth
Muzyka: James Horner
Zdjęcia: Gerry Fisher
Obsada: Albert Finney, Diane Venora, Edward James Olmos, Gregory Hines
Dystrybutor VHS: ITI

W 1968 roku młody Michael Wadleigh stał się jednym z najważniejszych rejestratorów przełomu kulturowego w Stanach Zjednoczonych, realizując legendarny dokument „Woodstock”. Następnie osiadł na laurach, przez całą dekadę lat 70. spijając śmietankę ze spektakularnego sukcesu swego debiutanckiego filmu. I gdy wydawało się, iż talent Wadleigha wypalił się wraz z kolejnym skrętem w czasach jego beztroskiego hippisowania, w 1981 roku reżyser zaskoczył widownię filmem całkowicie różnym od swego wcześniejszego, dokumentalno-kontrkulturowego dorobku. „Wolfen” to horror o wilkołakach, który wszedł na ekrany w tym samym czasie, co trzy inne, klasyczne już filmy likantropiczne – „Skowyt”, „Amerykański wilkołak w Londynie” i „Full Moon Light”. Za podstawę scenariusza posłużyła powieść Whitleya Striebera o tym samym tytule (wydana w Polsce w 1993 roku przez wyd. Rebis jako „Wilkołaki”). Strieber, będący także autorem głośnego horroru wampirzego pt. „Hunger”,został ponoć kilka lat później porwany przez UFO, co opisał z kolei w książce „Stowarzyszenie”. Ze spotkania dwóch artystów o ezoterycznych ciągotkach, ex-hippisa i przyszłego ufologa, zrodził się film znakomity.

Policjant Dewey Wilson prowadzi śledztwo w sprawie serii brutalnych zabójstw, dokonywanych głównie na mieszkańcach Nowego Jorku. Ofiarami padają zarówno wpływowy biznesmen wraz z kochanką i szoferem, jak grupka bezdomnych. Wszystkie poszlaki – częściowo zjedzone zwłoki, szarpane rany, obecność sierści w miejscach zbrodni – sugerują udział jakiegoś drapieżnego zwierzęcia. Wilson przekonuje się wkrótce, iż winę za ataki ponosi nie jeden drapieżnik, ale cała wataha wilków czyhających w zakamarkach Nowego Jorku. Zorganizowane, niezwykle silne i szybkie, kierują się w swych posunięciach swoistą ideologią…     

„Wolfen” to film z początku lat 80., duchem jednak tkwiący szczęśliwie w poprzedniej dekadzie. Jest w nim zatem ambicja zaznaczenia pewnych cywilizacyjnych problemów, są odniesienia do indiańskiej mitologii. W sposobie ujmowania różnych aspektów filmowej rzeczywistości dominuje paradygmat surowego realizmu, wyniesiony bodaj jeszcze z „Egzorcysty” i „Francuskiego łącznika” Friedkina. Dotyczy to na przykład metody ukazania roboty policyjnej. Mamy tu strukturę filmu kryminalnego, bohaterem jest gliniarz, ale Wilson, grany przez Alberta Finneya, to coś jakby kumpel Jimmy’ego Doyle’a z „Francuskiego łącznika”: fizycznie przeciętny, niewyspany, źle jadający, nie mający nawet czasu aby się przebrać. Podczas rutynowej wizyty w kostnicy, oglądając zmasakrowane zwłoki, ze zobojętniałym wyrazem twarzy zajada ciastka. Nie chce się wierzyć, że tak zmurszałego zawodową rutyną grzyba gra ten sam Finney, który 20 lat wcześniej kipiał junacką witalnością w „Tomie Jonesie”, niemniej efekt jest fenomenalny i stwarza mocny, realistyczny fundament, na którym powoli rozwija się akcja horroru. Na ten fundament składa się również wybór lokalizacji: większość scen rozgrywa się w autentycznych wnętrzach i plenerach Nowego Jorku, wśród których dominują zapuszczone, popadające w ruinę osiedla południowego Bronxu – idealna kryjówka dla wilkołaczych watah. Jeśli dodamy do tego ponure raczej warunki pogodowe (zdjęcia powstawały jesienią i zimą, naprzełomie lat 1979 i 1980), otrzymamy wyobrażenie atmosfery, jaką przesiąknięty jest „Wolfen”: nieprzyjemnej, zimnej i ciężkiej. Czyli takiej, jaką powinien odznaczać się dobry horror.

Pod względem efektów specjalnych film Wadleigha nie jest fajerwerkiem (nie znajdziemy w nim na przykład typowych dla kina „wilkołaczego” scen transformacji człowieka w bestię), ale nie ma sensu robić z tego zarzutu. Scena obłędnego tańca w wykonaniu Indianina Eddiego Holta (Edward James Olmos), w której postać ta wyzwala swoją wilczą naturę, to aktorski majstersztyk potrafiący przerazić bardziej niż niejeden charakteryzatorski trik. Sekwencjegore zrealizowane są z ikrą – podczas ataków bestii fruwają ręce i głowy – zaś w tytułowe monstra „wcieliły się” żywe, znakomicie wytresowane wilki (za bezpieczeństwo na planie odpowiadał ponoć kordon uzbrojonych policjantów, gotowych odstrzelić zwierzęta w przypadku, gdyby zwróciły swe kły przeciw członkom ekipy – na szczęście do żadnych tego typu incydentów nie doszło). Ponadto „Wolfen” to film pierwszoligowy jeśli chodzi o stronę wizualną, dźwięk i montaż. Autorem zdjęć jest Gerry Fisher, brytyjski operator wielokrotnie współpracujący z Josephem Loseyem. Finałowa konfrontacja z wilkami w przestrzeni luksusowego apartamentu, wśród powiewających lustrzanych zasłon, to jedna z najbardziej pomysłowych operatorsko i najbogatszych wizualnie scen, jakie widziałem w horrorach (wliczając filmy Argento i Kubricka). Osobną ciekawostką są chwyty formalne, które powinni docenić fani „Predatora”. Otóż właśnie w „Wolfen” po raz pierwszy wypróbowano na ekranie efekt „termowizyjnego” wzroku drapieżników (ujęcia z punktu widzenia skradających się wilków), który zastosowano później w filmach o kosmicznym łowcy. Również muzyka Jamesa Hornera, zwłaszcza pod względem instrumentacji, przywodzi na myśl późniejszą o sześć lat partyturę Alana Silvestriego do „Predatora”. Na ścieżce dźwiękowej słychać ponadto tematy, które Horner zamieścił niebawem w swoich kompozycjach do „Aliens”.        

Trudno sobie wyobrazić, aby dziś Hollywood wyprodukowało taki horror jak „Wolfen”. Bez pędzącej na łeb na szyję akcji, bez banalnych chwytów, bez nastolatków i cycatych modelek; horror wręcz ascetyczny w swoim przywiązaniu do realiów, ale gdy trzeba – nowatorski i pomysłowy, a nade wszystko trzymający w napięciu. Z dzisiejszej perspektywy taki film to skarb i pozostaje żałować, że Wadleigh zakończył na nim swój wkład w kino grozy, jak i w film fabularny w ogóle: po „Wolfen” wyreżyserował jeszcze tylko dwa dokumenty, nawiązujące do czasów swojej młodości i Woodstocku.  

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek