Snowbeast

Opublikowano: 22-06-2013 przez: Critters

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Kryptozoologia
Kraj: USA
Rok produkcji: 1977
Czas trwania: 86 min
Reżyseria: Herb Wallerstein
Scenariusz: Joseph Stefano
Muzyka: Robert Prince
Zdjęcia: Frank Stanley
Obsada: Bo Svenson, Robert Logan, Yvette Mimieux, Clint Walker
Dystrybutor VHS: -

Kto z nas nie był choć raz w górach, nie zjeżdżał ze stoku na nartach, desce snowboardowej czy pacholęciem będąc - na sankach? Spowite śniegiem rejony nierzadko mieszczące się na istnym odludziu wielokrotnie stanowiły inspirację dla scenarzystów filmów grozy, czego dobitnym dowodem są takie produkcje jak "Ghostkeeper", "Iced" czy serowate "Capture of Bigfoot". W 1977 roku znany dotychczas głównie z pracy przy serialach Herb Wallerstein wyreżyserował jeden z wielu obrazów traktujących o legendarnej zagadce kryptozoologii - Yeti. Produkcja zatytułowana "Snowbeast" delikatnie mówiąc nie rzuciła mnie na kolana okazując się pozycją zdecydowanie poniżej przeciętnej co postaram się w poniższym tekście uzasadnić.

Jeden z narciarskich resortów w Colorado szykuje się do rozpoczęcia corocznego festynu zimowego. Spokój przybywających licznie turystów zostanie wkrótce zakłócony gdy wyjdzie na jaw, że pobliski las zamieszkuje tajemnicza kreatura, która na ośnieżonych stokach zaczyna atakować zbaczających z drogi narciarzy. Czy szeryfowi wraz zarządcami resortu uda się odnaleźć i zgładzić tajemnicze monstrum nim wybuchnie panika? Aby poznać odpowiedź na to nurtujące pytanie, przyjdzie się Wam drodzy czytelnicy zmierzyć z 86 minutami żywej, nieprzebranej nudy...

Każdy nawet przeciętnie zorientowany człowiek słyszał zapewne kiedyś o człekopodobnych kreaturach rzekomo zamieszkujących lasy czy to USA czy Kanady a nawet Himalajów. W zalezności od rejonu i kultury stworzenia te nazywane są Bigfoot, Sasquatch, Yeti, Arak czy Yowie. Nikt nigdy nie zarejestrował na filmie ani zdjęciu niczego co zostałoby oficjalnie uznane za rozwiązanie owej zoologicznej zagadki. Bigfoot stał się postacią legendarną nie tylko wśród kryptozoologów ale również i filmowców, dzięki czemu niejednokrotnie mogliśmy podziwiać go na ekranie, czasem z lepszym a czasem z gorszym rezultatem.

"Snowbeast" choć pochodzi ze złotej dla horroru ery lat 70-tych nijak nie potrafię nazwać filmem udanym i wciągającym. Dlaczego? Przyczyn jest kilka, ale jako główną z nich bez wahania wymieniłbym przeraźliwe dłużyzny, które okazały się być w moim odczuciu najgłębszym gwoździem do trumny produkcji Wallersteina. Praktycznie przez cały czas projekcji nie dzieje się nic godnego odnotowania w notesie szanującego się fana kina grozy. Zamiast krwawych i brutalnych mordów rodem z "Night of the Demon" Jamesa Wassona otrzymujemy 85 minut gadaniny pomiędzy bohaterami z drobnymi przerwami na bezkrwawe i w większości nie pokazane widzowi sceny morderstw. Weźmy choćby pierwszą ofiarę śnieżnej kreatury, która zostaje pozbawiona życia poza kadrem i nawet jej martwe (rzekomo zmasakrowane) ciało zostaje jedynie wspomniane w rozmowie szeryfa z jednym z głównych bohaterów. Niestety ta przykra tendencja do robienia widza w wała na zasadzie pokazywania dziecku papierka po cukierku (by wyobraziło się, że słodycz ów rzeczywiście się tam znajduje) utrzymuje się przez cały film, efektem czego nie doświadczymy choćby jednej krwawszej sceny. Wszystko czym widz musi się zadowolić to odrobina czerwonej farby i rozdarta koszulka na śniegu. Owszem, nie od dziś wiadomo, że najbardziej boimy się tego czego nie możemy zobaczyć, ale na Boga! Nie w filmie tego rodzaju, gdzie niejednokrotnie aż prosi się o krwawą jatkę.

Sama 'śnieżna bestia' pojawia się na ekranie okazyjnie i tak naprawdę nie ma sceny, w której widz mógłby się jej dokładniej przyjrzeć. Patrząc na to co jednak przez kilka sekund widać - może to i lepiej, że reżyser zdecydował się nie eksponować wyglądu tytułowego bohatera bo nawet Arak z kiczowatej produkcji Tromy zatytułowanej "Capture of Bigfoot" mimo swojego 'brzuszka piwnego' prezentuje się znacznie lepiej. Skoro więc nie uświadczymy tu choćby odrobiny gore a przez ogromną część projekcji z ekranu przeraźliwie wieje nudą, to czy jest w ogóle sens by sięgać po "Snowbeast"? Osobiście uważam, że tak, choć przyznaję, że wspomniane w recenzji mankamenty przeważają o mojej niskiej ocenie dla tego filmu. Niemniej jednak w filmie Wallersteina odczuwalny jest specyficzny klimat lat siedemdziesiątych a niesamowicie klimatyczne widoki lasu spowitego śniegiem dodatkowo potęgują uczucie nostalgii, które dopada oglądającego podczas projekcji. Warto też zwrócić uwagę na aktorów, którzy z powierzonego im zadania wywiązali się naprawdę przyzwoicie. Nie zabrakło zresztą znanych i lubianych nazwisk z Bo Svensonem i Clintem Walkerem na czele. Partneruje im Yvette Mimieux znana bardziej dociekliwym miłośnikom kina grozy z "Black Noon" Bernarda Kowalskiego.

Poza dobrym aktorstwem i ładnymi plenerami film Wallersteina poszczycić może się też całkiem niezłą, choć nie zawsze pasującą do atmosfery ścieżką dźwiękową i przede wszystkim dobrą pracą kamerzysty. Nie jest to z pewnością porażający plus ale dobrze, że chociaż od strony technicznej "Snowbeast" został zrealizowany poprawnie. Naprawdę ciężko jest mi wystawić ocenę końcową. Widać, że Wallerstein chciał dobrze i choć nie bardzo mu wyszlo to warto docenić chociaż te pozytywy, ktore mamy, zwłaszcza, że przyzwoita gra aktorska w pozycjach B klasowych nie jest wcale zjawiskiem częstym. Ponadto widać, że fundusze przeznaczone na film były naprawdę niewielkie i w większości powędrowały do kieszeni uznanych i doświadczonych aktorów, gdyż przez cały film nie dopatrzyłem się choćby jednej choćby przeciętnie spektakularnej sceny i gdyby nie nazwiska aktorów to gotów byłbym pomysleć, że Wallerstein nie dysponował niemalże żadnymi środkami finansowymi a cała produkcja powstała przy nakładzie maksymalnie 200 dolarów.

Jeśli lubisz powoli rozwijające się nudnawe widowiska a wszelkie pozycje traktujące o człowieku śniegu wciągasz jedną dziurką od nosa, to z pewnością i "Snowbeast" nie okaże się dla ciebie kompletną porażką. W każdym innym przypadku 'romans' z filmem Wallersteina będzie raczej niepotrzebną stratą czasu, który można spożytkować w o wiele lepszy sposób niż oglądając film, któremu daleko do miana pozycji choćby przeciętnej.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek