Night Claws

Opublikowano: 21-06-2013 przez: LOBO

Specyfikacja filmu:

Kategoria: Kryptozoologia
Kraj: USA
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 79 min
Reżyseria: David A. Prior
Scenariusz: David A. Prior, Fabio Soldani
Muzyka: Chuck Cirino
Zdjęcia: Sodric Dira
Obsada: Reb Brown, Leilani Sarelle, Ted Prior, Sherrie Rose, David Campbell
Dystrybutor VHS: -

Bigfoot (w języku Indian Sasquatch) to człekokształtna istota zamieszkująca według pierwotnych relacji Góry Skaliste Ameryki Północnej. Jednak tysiące kolejnych doniesień sprawiły, że porośnięty gęstym futrem małpolud, sięgający nawet trzech metrów wysokości, opuścił górzyste pogranicze USA i Kanady, zostawiając swe legendarne odciski stóp w rejonie Wielkich Jezior oraz południowych stanach jak Luizjana, Missisipi i oczywiście Alabama. Niewątpliwie zdecydowana większość tych relacji to nie poparte żadnymi dowodami bajki do ogniska, które tylko przyczyniły się do oczywistego wzrostu populacji Sasquatcha w umysłach lubujących się w podobnych klechdach Amerykanów. Nie ma bowiem wątpliwości, iż nasze podstawowe wyobrażenie o Wielkiej Stopie pochodzi z tworów X Muzy.

To z filmów wiemy, że Bigfoot wydziela nieprzyjemny zapach, ślini się bardziej niż ośmiomiesięczny niemowlak i sądząc po bujnym uzębieniu z pewnością jest mięsożerny. A jak pamiętamy z celuloidowej taśmy, czego jest w lesie więcej niż sarniny? – zagubionych turystów, pijanych rednecków, beztroskich studentów. Dlatego też legendarny włochacz zamiast zajadać dzika, rwie penisy jak świeże wiśnie („Night of the Demon” 1980), rozsmakowuje się w ludzkich twarzach, odgryzanych za jednym chłapnięciem potężnych szczęk („Abominable” 2006), a resztę gawiedzi, której nie zdoła skonsumować, śmiertelnie straszy rzucając w ich stronę skuterem śnieżnym („The Capture of Bigfoot” 1979).

Dokładnie taki jest Bigfoot z filmu Davida A. Priora – wielki, przebrzydły, o długim futrze, które założę się, śmierdzi jak skarpety po WFie, z cudownie paskudną gębą po brzegi wypakowaną ostrymi siekaczami, którego (co najważniejsze w obecnych czasach!) nie dotknęła zgubna technika cyfrowa. „Film wolny od CGI” – powinien głosić napis na plakacie, gdyż zamiast oglądać tandetne rekiny-giganty ze studia Asylum lub inne biednie wyglądające maszkary, otrzymujemy to co fani horrorów lat 80-tych kochają najbardziej – gumę! Tak jest, ten rozciągliwy, nieprzepuszczający wody materiał, który wydziela czarny dym gdy się pali. Oczywiście w przemyśle filmowym mówimy bardziej o lateksie albo kauczuku, jednak termin jest prosty i zwraca uwagę na źródła inspiracji, które powstały ponad dwie dekady wcześniej. Jak wspomina w wywiadzie współproducent i twórca historii, Fabio Soldani, głównym źródłem natchnienia była „Noc demona” Jamesa C. Wassona z 1980 roku, w której grupa studentów pod wodzą profesora Dixona wybiera się w góry by potwierdzić doniesienia o szalejącym tam Sasquatchu. Wkrótce wszyscy stają oko w oko z największym koszmarem ich życia.

W „Night Claws” sytuacja wyjściowa wykazuje pewne podobieństwa: oto dwa małżeństwa, z których jedno niewątpliwie balansuje na krawędzi rozpadu, wybierają się w bezkresne lasy Alabamy na survivalowy weekend. Trzy dni w dziczy przy minimalnej racji żywności z Bigfootem na karku, o poczynaniach którego trąbi już całe Morning Side. Typowe, małe południowe miasteczko, gdzie ubrani w kraciaste koszule mieszkańcy nie czekają na decyzje władz tylko sami rozwiązują wszelkie problemy szybko ładując dubeltówki. Niestety na drodze ich wieloletniej tradycji staje doświadczony szeryf, który po wizycie w miejskiej kostnicy, szybko przyswaja fakt, że Sasquatch grasuje w okolicy, podobnie z resztą jak wszystkie inne fakty, do których należy doliczyć współpracę z piękną panią antropolog. Decyzją stróża prawa wspólnie ruszają śladem mieszczuchów z survivalowej wyprawy, za którymi oprócz potwora podąża jeszcze bezwzględniejsza bestia, pułkownik Hunter Crawford, polujący na stwora dla pieniędzy.

Wszystkie wątki tej historii doskonale splatają się w jedną całość, tworząc horror z elementami kina akcji, który zaskakuje rozwiązaniami fabularnymi od jakich stroni z reguły kino mainstreamowe, stawiające na bardziej oczywiste formuły. Osobiście, będąc doskonale zaznajomionym z twórczością reżysera, nazwę to standardem, do którego David A. Prior, przyzwyczaił mnie już swymi pierwszymi filmami. Wystarczy chwycić za „Killer Workout” (1987) lub „Killzone” (1985), by samemu stwierdzić, że faktycznie dostajemy szablon doskonale skrojony na panującą modę, ale całkowicie wywrócony na lewą stronę. Tym sposobem „Night Claws” mimo, iż jest kolejnym filmem o Wielkiej Stopie, zachowując oryginalny styl reżysera i sztywno trzymając się zamysłu historii rozpisanej przez Soldaniego, mnoży patenty, niekiedy będące jedynie błyskotliwą kwestią wypowiedzianą przez aktora, tworząc wspaniałe widowisko uciekające klimatem w lata 80-te.

Już sam wstęp z autem zaparkowanym w najczarniejszej części lasu, gdzie licho nie śpi, a nastolatki harcują, skutecznie sprowadza nas do epoki VHSowych cudów i ani myśli zboczyć z obranego kursu przez kolejne 80 minut. W tym czasie porazi nas wspaniała czołówka przywodząca na myśl tę z doskonałego „Madmana” (1982), przyozdobiona muzyką Chucka Cirino, który w latach 80-tych zilustrował swymi kompozycjami wiele obskurnych horrorków („Chopping Mall”, „The Channeler”, „Death House”). Cirino stworzył przyjemną ścieżkę dźwiękową, która niejednokrotnie zaciąga muzyką Johna Carpentera, a nawet pamiętnymi spaghetti motywami z twórczości Morricone, lecz autor traktuje to wyłącznie jako „homage” w kierunku obydwu kompozytorów, dodając smaczku całości i nadal pozostając oryginalnym. Jednak największy duch „epoki gumy” kryje się w samym potworze, za którego powstanie odpowiadał, pracujący przy „Basket Case 3”, Bruce Larsen. To właśnie jego piekielnie odrażający kostium Bigfoota stanowi o głównej sile filmu, a dodać należy, że Sasquatch z „Night Claws” nie należy do tych chowających się po krzakach. Wręcz przeciwnie, eksponuje swą okazałą sylwetkę (jak i okazałe uzębienie) tak często jak to tylko możliwe, pozostawiając po sobie ślady pazurów na młodzieńczych licach oraz oderwane głowy. Niestety liczba utraconych kończyn przez bohaterów filmu Priora, mimo wszystko do specjalnie wybujałych nie należy. Często w finalnym ciosie potężnej łapy, zamiast ujrzeć wyprute trzewia bądź rozerwaną tchawicę, kontemplowałem spowity czernią kadr, a krew zalewała wyłącznie moją osobę. Ostatecznie umiarkowane gore to jedyny minus jaki odnajduję w najnowszym dziele twórcy „Killzone”.

Jednak „Night Claws” to nie tylko kino w starym stylu, skierowane do miłośników kryptozoologii. To również mokry sen wielbiciela filmów Davida A. Priora, a w szczególności jego najsłynniejszego i zdecydowanie najlepszego obrazu jakim jest „Deadly Prey”. Opowieść o pułkowniku Hoganie, który nie uznaje pozorowanych działań wojennych i trenuje najemników na żywych celach, biorąc na kolejną ofiarę niezwyciężonego Mike’a Dantona, zdecydowanie doczekała się statusu kultowej, a fanów z pewnością ucieszy fakt, że w „Night Claws” pojawia się zarówno Ted Prior jaki i David Campbell, odtwarzający główne role w pamiętnym „Deadly Prey”.

Ted „Mike Danton” Prior wielokrotnie pojawiał się w filmach swego brata Davida („Hell on the Battleground”, „Final Sanction”), grając zawsze nie-dającego-sobie-wcisnąć-kitu twardziela i tak samo jest w przypadku ich najnowszego projektu. Ted wciela się w postać Charliego Parkera, który wraz z żoną Cindy (Alissa Koenig z powstałego w 2008 roku „Zombie Wars”), wybiera się na weekend przetrwania i już od samego początku widać, że nie pasuje mu ani ten pomysł, ani też towarzystwo. Charakterem Charlie przypomina nieco Mike’a Dantona, więc nie trudno się domyślić, że od razu dochodzi do spięć, dzięki czemu sceny z jego udziałem oraz Cindy i Hunterem Crawfordem należą do najlepszych w filmie.

Crawford to kolejny twardziel, grany przez Davida Campbella ze wspaniałym charakterystycznym uśmiechem, którym nie raz poczęstował nas w „Deadly Prey”. Każdorazowo, gdy jego postać pojawia się w kadrze, towarzyszy mu wspomniany wcześniej motyw muzyczny ála spaghetti western, nie pozostawiając złudzeń, iż oto nadchodzi myśliwy, z którym się nie zadziera. Listę stałych współpracowników Davida Priora dopełnia, występujący w epizodzie, Art „Sunshine” James, jako uwielbiający wychylić kilka(naście) browarów, Cooter Brown. Bohater grany przez Jamesa został nawet uhonorowany piosenką traktującą o jego leśnych spotkaniach trzeciego stopnia. Wykonane przez Teda Priora „The Legend of Old Cooter Brown” słychać w scenie, gdy cudownie zaciągający w redneckim stylu Art James, wspomina o gwałcie jakiego dopuścił się na nim Sasquatch.

Mimo wszystko najjaśniejszą gwiazdą kultowej obsady „Night Claws” pozostaje legenda kina akcji lat 80-tych, Reb Brown. To on dowodził oddziałem komandosów o pseudonimie „Big Ass Motherfuckers” we włoskim klonie „Predatora” – „Robowar”, to on zniszczył pół filipińskiej dżungli w pachnącym ołowiem „Strike Commando” i to on sprawuje pieczę nad Morning Side. Jako szeryf Kelly dzielnie stróżuje w imię prawa i porządku, a w wypełnianiu obowiązków pomaga mu zastępczyni Roberta Glickman, grana przez Sherrie Rose, która podobnie jak Brown, otarła się o kino „made in Italy” („Cy Warrior”, „Killer Crocodile”). Do ładnie wydekoltowanej Sherrie Rose dołącza czarująca Leilani Sarelle („Neon Maniacs”, „Nagi instynkt”). Jako Sarah Evans przybywa na miejsce koszmarnych wydarzeń zaintrygowana zdjęciem śladów pozostawionych przez Bigfoota.

Taki zestaw filmowych osobliwości w połączeniu z fabułą zrodzoną w umyśle wielbiciela horrorów, a popartą warsztatem doświadczonego reżysera, daje efekt zdolny zaskoczyć nawet najwybredniejszych fanów gatunku. I nie mam tu na myśli wyłącznie kina grozy, ale i soczyste akcyjniaki epoki VHS, na czele z wyskakującym spod ziemi Dantonem, warczącym jak dziki zwierz. Podejrzewam, że to właśnie kultyści Priora, będą mieli największą uciechę z filmu, który zawiera nawet kilka sympatycznych odniesień do „Deadly Prey”. Przy wszystkich tych smaczkach, gotowy jestem wybaczyć umiarkowaną ilość posoki i dać się za rękę zaprowadzić w najczarniejszy skrawek lasu razem z bohaterami „Night Claws”, chłonąc jak gąbka cięte dialogi, fabularne patenty, Teda Priora i każdą scenę z koszmarnym kudłaczem, które pozwalają mi wierzyć, że kino w starym stylu jest jeszcze możliwe. Szczerze powiedziawszy, jestem nawet w stanie uwierzyć Cooterowi, że zgwałcił go Bigfoot.

Pokaż inne recenzje tego filmu zwin/rozwin
Pokaż zwiastun / trailer zwin/rozwin
Galeria:
obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek obrazek