|
Reżyseria: Eric Forsberg Scenariusz: Eric Forsberg Zdjęcia: Bryan Olinger Muzyka: Chris Ridenhour Występują: Paul Logan,Tiffany,Barry Williams, David Labiosa,Jude Gerard Prest Kraj: USA Rok produkcji: 2010 Czas trwania: 88 min
"Mega Piranha" (Mega pirania) aka Megapiranha "They said it was safe to go back in the water. They lied." Czy film o buńczucznie brzmiącym tytule „Mega Pirania” może być zły? Jeszcze w latach 80-tych odpowiedź musiałaby być przecząca. Niestety wraz z nadejściem XXI wieku i rozwojem technologii komputerowych powstawać zaczęły firmy pokroju Syfy Channel czy The Asylum. Nazwy nie są tu przypadkowe bowiem „Mega Piranha” jest tworem wyżej wymienionych… Odpowiedź na zadane w pierwszym akapicie pytanie zdaje się więc być oczywista. Podczas nieoficjalnej wizyty w Wenezueli ginie amerykański ambasador Arnold Regis. Sekretarz stanu USA wysyła swego zaufanego człowieka – komandosa Jasona Fitch’a (Paul Logan), który ma za zadanie rozwikłać zagadkę śmierci ambasadora. Po przybyciu na miejsce Fitch zastaje niezbyt przychylnie nastawionego dyktatora i opryskliwą naukowiec, która ma swoją własną teorię zgonu ambasadora – genetycznie zmodyfikowane piranie, które mutują w zastraszającym tempie. Fitch i jego muskuły wkraczają do akcji… Nabywając DVD z „Mega Piranhą” spodziewałem się wyjątkowo prostackiej, kiepskiej, ale jednak rozrywki, jaką zdaje się obiecywać trailer. Niestety po raz kolejny okazuje się, że nie można wierzyć zbitkom ‘najlepszych’ scen filmu połączonych w 2 minutowy zwiastun bo strawienie 90 minutowego produktu w pełnej jego ‘okazałości’ może się okazać zbyt ciężkie. Film Forsberga jest tak przeraźliwie beznadziejny, że ciężko to wręcz wyrazić słowami (szczególnie bez użycia zwrotów uznawanych powszechnie za wulgarne/obraźliwe), ale jakoś trzeba. Zacznijmy może od twórców i ich nastawienia jakie możemy zaobserwować w sporym dokumencie o realizacji. Krótko mówiąc pan Forsberg to nadzwyczaj otyły i przygłupi jegomość, podobnie jak i jego współpracownicy. Twierdzą, że budżet filmu wynosił bardzo niewiele i że prawdziwym wyzwaniem było nakręcenie go w tak trudnych warunkach, by po chwili dodać, że wspomniany budżet wyniósł ‘nie więcej niż’ 4-5 milionów dolarów. Ciężko mi sobie jest wyobrazić aby dysponując tak ogromną kwotą stworzyć coś tak tragicznego na każdej możliwej płaszczyźnie, sam film wygląda na oko na produkcje nie przekraczającą 100 tysięcy dolarów, ale jeżeli kompozytor twierdzi, że soundtrack skomponował w 24 godziny a producent za jeden z większych sukcesów uznaje ‘pozyskanie’ prostytutek z okolicznego burdelu (z braku chętnych do pokazania swych wdzięków aktorek), to czy można mieć więcej pytań? Fabularnie, nie ma o czym mówić – film powiela wszelkie możliwe schematy i oczywiście robi to w możliwie najbiedniejszy sposób. Mamy komandosa w stylu Rambo, który każdemu dokopie i ze wszystkim sobie poradzi, mamy panią naukowiec, która jak zwykle najpierw chce zbawić świat a potem uchronić go przed zagładą, mamy też złego dyktatora, sekretarza stanu wydającego rozkazy i mamy w końcu CGI piranie. Termin taki jak aktorstwo nie istnieje. Paul Logan może i wygląda na względnego twardziela, może i ma pojęcie o walce wręcz, może i potrafi samemu wykonywać sceny kaskaderskie, może potrafi też tańczyć na lodzie, ale jedno jest pewne – grać nie potrafi. Jego śmieszny głosik nie idzie w parze z dość tęgą posturą a większymi możliwościami mimiki dysponuje nawet plastikowy manekin. Partneruje mu równie nieutalentowana piosenkarka Tiffany, ponoć znana w latach 80-tych. Jak ktoś słusznie zauważył na IMDb jej poziom nieudacznictwa jest tak duży, że zamiast wypowiedzieć jedną ze swoich kwestii biegnąc, Tiffany musi się zatrzymać, powiedzieć i ponownie rozpocząć bieg. Jeżeli tak obsadzono główne role, to nietrudno sobie wyobrazić jak wygląda cała reszta. Jedynego w miarę porządnego aktora Barry’ego Williamsa upchnięto w niedużej roli sekretarza stanu USA. Co ciekawe pomimo jakże istotnej funkcji państwowej przez niego pełnionej, sekretarz bez względu na lokalizacje porusza się bez jakiejkolwiek obstawy (również przy podróży międzynarodowej do kraju wysokiego ryzyka) a wspomniany amerykański ambasador (nieudolnie grany przez wspomnianego otyłego reżysera) baluje sobie na łodzi z prostytutkami. Trzeba przyznać, że ten nietypowy wizerunek wysokich rangą polityków USA to jedyna oryginalna (i jakże durna) rzecz jaką zaserwowali nam twórcy. Piranie objawiają się oczywiście pod postacią typowego dla Syfy/Asylum CGI. Dla zaznajomionych nieco dogłębniej z produkcjami obydwu firm dodam, że CGI w zasadzie najgorszego z możliwych. Same rybki rosną w zastraszającym tempie (choć nie wszystkie), potrafią skakać, latać, niszczyć wszystko na swojej drodze, ale wobec kopniaków Paula Logana są bezradne. Słowem krótkiego podsumowania – „MegaPirania” ma wszystko czego potrzeba by osiągnąć spektakularny sukces na rynku TV/DVD – chwytliwy tytuł, przebierańców zamiast aktorów, idiotyczną fabułę, beznadziejne efekty CGI i reżysera nieudacznika. Osobiście jako miłośnik kina wymagam jednak czegoś co da się oglądać bez bólu i przekleństw w stronę ekranu. „Mega Piranii” – wierzcie lub nie – nie da się. Dlatego też wystawiam filmowi Forsberga sążnistą pałę.
|