|
Wywiad: Sherrie Rose W Stanach Zjednoczonych, w kręgach miłośników kina klasy B, cieszy się statusem aktorki kultowej. Pomimo iż fani kochają ją głównie za role w „King of the Kickboxers”, „Killer Crocodile” i „Tales from the Crypt” poszczycić się może blisko setką występów zarówno na dużym jak i mniejszym ekranie. Nominowana do nagrody Emmy za doskonałą kreację Vendetty w odcinku „Tales from the Crypt” w reżyserii samego Williama Friedkina, reżyser, scenarzystka, producent i odtwórczyni głównej roli w niezwykle ciepło przyjętym przez krytyków „Me and Will”, aktorka uniwersalna i wszechstronna. Z Sherrie Rose rozmawia Critters. Zacznę od możliwie najnudniejszego i najbardziej oklepanego pytania. Kiedy postanowiłaś zostać aktorką i co cię do tego skłoniło?
Pracowałam z moim profesorem na uniwersytecie gdzie studiowałam elektrotechnikę. Rozmawialiśmy wtedy o tym, że chciałabym zostać operatorem dźwięku. W liceum nauczyłam się składać radio od podstaw i bardzo mi się to spodobało (myślę, że moja mama wciąż gdzieś to radio ma). W każdym razie pracowaliśmy wówczas nad soundboard (urządzenie techniczne używane w teatrze) w drugim, świeżo otwartym teatrze naszego uniwerku. Wtedy zobaczyłam grupę aktorów ćwiczących swoje kwestie przed próbą do przedstawienia. Obserwowałam ich przez moment i byłam zafascynowana interakcją jaką prezentowali na scenie. Następnego dnia zgłosiłam się na przesłuchanie i dostałam główną rolę w jednym z nowych przedstawień. Uwielbiałam tworzyć nową, całkowicie obcą postać, zagłębiać się w niej i spędzać długie chwile z innymi aktorami a najbardziej tworzyć coś z raptem kilku słów, wraz z grupą kreatywnych ludzi i to właśnie cenię sobie najbardziej w tworzeniu filmów po dziś dzień. Ku mojemu zaskoczeniu zebrałam za swoją rolę w owym przedstawieniu naprawdę dobre recenzje co sprawiło, że pomyślałam - Hej, a może mogłabym to robić regularnie? Może nie na tyle żeby żyć z aktorstwa, ale dla zabawy? Później wróciłam do starej pasji operatora dźwięku, pracowałam dla Honeywell, Pratt & Whitney oraz dla Eddie'ego Van Halena. Pewnego dnia zobaczyłam ogłoszenie o castingu i wybrałam się na przesłuchanie do filmu „Summer Job” gdzie starałam się o niewielką rolę. Tuż po wyjściu z przesłuchania poszłam zadzwonić z automatu znajdującego się na korytarzu i byłam właśnie w trakcie gorącej wymiany zdań, gdy usłyszałam jak reżyser wychodzi z pokoju i krzyczy coś w moim kierunku. Natychmiast się rozłączyłam i spojrzałam w jego stronę. Powiedział – ‘Jesteś Kathy Shields!'. 'Kto?' odparłam. 'Główna postać filmu' odparł. Byłam nieco zmieszana, okazało się, że kasting właśnie się zakończył, małą rolę, o którą się starałam dał innej aktorce a mnie powierzył rolę główną, którą wcześniej powierzyli już komuś innemu. Tuż przed zdjęciami zapłacili mi gażę a ponieważ nie miałam tam gdzie mieszkać, pozwolili mi zostać na małej łódce zacumowanej w dokach Miami, będącej częścią planu. Wtedy pomyślałam, że może to jednak da się wyżyć z aktorstwa na poważnie. Wtedy nastały ciężkie czasy - studiowałam jednocześnie dwa kierunki na uniwerku, elektrotechnikę i sztukę aktorską. Jednocześnie aby się utrzymać pracowałam w restauracji i zasadniczo mieszkałam w moim samochodzie! Pewnego dnia zapytałam mojego wykładowcę na uniwerku, czy powinnam zająć się na poważnie aktorstwem i przerwać studia, czy też dokończyć szkołę? Odparł, że byłabym szalona, gdyby nie ukończyła najpierw szkoły, to samo powiedzieli moi rodzice, więc....przerwałam studia. Blisko 30 lat i ponad 100 projektów później muszę przyznać, że nie żałuję swojej decyzji. Myślę, że moim rodzice nie traktowali jej poważnie dopóki nie zobaczyli mnie w hitowym serialu „Married with Children” („Świat według Bundych” - Critters) a moja mama dopiero z rok temu pogodziła się z faktem, że nie zostanę inżynierem. Wciąż jestem wdzięczna za to czego nauczyłam się na uniwersytecie, szczególnie jeśli chodzi o etykę zawodową, to bardzo mi pomogło w tych trudnych czasach, gdy musiałam pogodzić dwa kierunki studiów, odrabianie prac domowych, pracę w restauracjach z brakiem mieszkania i pieniędzy.
Zagrałaś w kilku włoskich produkcjach nakręconych w USA pod koniec lat 80-tych. Według IMDb.com „Cy Warrior” w reżyserii mistrza charakteryzacji i efektów specjalnych Giannetto de Rossiego był pierwszym z nich. Czy trudniej/inaczej pracowało ci się z Włochami niż z Amerykanami? Masz jakieś lepsze lub gorsze wspomnienia dotyczące współpracy z reżyserem lub gwiazdą filmu, legendarnym aktorem Henrym Silvą?
Henry Silva był świetnym człowiekiem do współpracy, podobnie jak Van Johnson (legendarny aktor, z którym Sherrie występowała w „Killer Crocodile” - Critters). Już od samego początku wiedziało się, że są to pełni profesjonaliści. Obydwaj mieli w sobie tę wewnętrzną siłę, która uderzała cię, gdy ich poznawałeś i od razu chciałeś z nimi pracować. Mówią, że lepiej grasz w tenisa, gdy grasz przeciwko dobremu przeciwnikowi. Mnie lepiej się gra, gdy mam do czynienia z doświadczonym aktorem, który sprawia, że starasz się dać z siebie jeszcze więcej niż to możliwe. Przed tym filmem pracowałam w Miami nad „Miami Vice”, „Cat Chaser” i „The Victims” - mocnym filmem, który miał w 1989 roku premierę kinową a ja byłam pierwszą aktorką, która zostawiła odciski swoich dłoni w alejce sławy kina Kendall's Wometco. Wówczas wiele produkcji zaczynało kręcić w Miami a szczególny boom zapanował na South Beach dzięki serialowi „Miami Vice”. Nakręcili tam m.in. serial „Charile's Angels”. Niezbyt daleko leży San Domingo gdzie nakręciliśmy te trzy włoskie filmy, jeden po drugim. Bariera językowa była rzeczywiście sporą przeszkodą. Mieliśmy reżysera Włocha, Hiszpanów, Francuzów i Anglików, co czasami doprowadzało Gianetto do frustracji bo nie mógł się z nami porozumieć. Kręciliśmy bardzo długie godziny, często w wodzie pełnej pijawek, prawdziwych pijawek, nie tych hollywoodzkich. Ludzie, którzy tam mieszkali byli naprawdę wspaniali i strasznie lubiłam spędzać czas z lokalnymi dzieciakami, które zawsze kręciły się w pobliżu bo nie było tam szkół. Bardzo się cieszę, że Sean Penn założył fundację „Dla Haiti”, tam jest tyle do zrobienia. Było mi bardzo ciężko poczuć radość po dniu pracy wracając do pokoju hotelowego, zdając sobie sprawę, że wiele z tych dzieci nigdy nie miało okazji spać w tak dobrych warunkach. Serce krwawiło mi na widok wszechogarniającej biedy, ale bardzo dobrze czułam się pośród tamtejszych mieszkańców. To był mój dom, przez blisko rok i zżyłam się z tym miejscem. Zdarzało się, że generator szwankował i wówczas całem miasto było bez prądu. Pewnego dnia powinnam być gotowa o 5 rano pod hotelem. Własnie brałam prysznic gdy wyłączono prąd, gdy sterczałam namydlona, woda lała się w najlepsze a ja nie mogłam nic zobaczyć. Pomyślałam wtedy, że moja praca jest tak trywialna, banalna wobec tego co dzieje się wokół mnie na wyspie. To pozwoliło mi w młodym wieku przejrzeć na oczy i zrozumieć jak wielkim przywilejem jest, że nocuję w przytulnym hotelu, ktoś zawozi mnie na plan i odwozi spowrotem do hotelu i karmi, tylko po to bym mogła dostarczyć widzom rozrywki. Myślę, że dlatego iż nie pochodzę z uprzywilejowanego środowiska, szybko zdałam sobie sprawę ile potrzebują ludzie wokół mnie i starałam się zrobić wszystko co mogłam aby pomóc - zaczęłam pracę w fundacjach „Big Brothers, Big Sisters” i „March of Dime” i poza codziennymi zajęciami na wyspie, starałam się pomóc ludziom by mieli lepszy dzień. To liczyło się dla mnie o wiele bardziej niż kręcenie filmów, ale zdawałam sobie sprawę, że angażując się w więcej projektów filmowych, mogłabym bardziej pomóc tym ludziom. 
Po „Cy Warriorze” wystąpiłaś w doskonałym, aczkolwiek obecnie nieco zapomnianym filmie wojennym „Brothers in War”, gdzie zagrałaś młodą piosenkarkę, która przechodzi przez szereg tragicznych wydarzeń, zwłaszcza, gdy zostaje zgwałcona przez człowieka, który miał ją chronić. Ta scena jest sama w sobie bardzo nieprzyjemna a jednocześnie bardzo dobrze zagrana. Domyślam się, że niełatwo było to zagrać. Czy miałaś jakieś obiekcje wobec kręcenia tej konkretnej sceny?
Nigdy nie widziałem tego filmu. Posiadasz go? To był bardzo ciężki dzień, piekielny gorąc, musiałam tarzać się w błocie z wieloma różnej maści insektami i robalami, ale zdawałam sobie sprawę, że muszę to zrobić, w przeciwnym wypadku film nie miałby takiego oddziaływania na widza. Musiało być brutalnie i przekonująco. Szkoda, że tak mało ludzi widziało ten film. Nie sprzeciwiam się rzeczom, które mają wyglądać prawdziwie i jestem wdzięczna za to, że mogłam sprostać takiemu zadaniu, które dla aktora zawsze jest wyzwaniem. Po „Brothers in War” pracowałaś ponownie z Fabrizio de Angelisem przy kultowym filmie animal attack „Killer Crocodile”. Czy kręciliście te dwa filmy w tym samym czasie? Jak dostałaś rolę w „Killer Crocodile”? Masz jakieś wspomnienia związane z tą produkcją, czy też animatronicznym krokodylem stworzonym przez Giannetto de Rossiego?
Skąd Ty to wszystko wiesz? Dopiero od Ciebie usłyszałam, że niektóre z tych filmów wychodzą na DVD („Killer Crocodile” zostanie w najbliższym czasie wydany przez szwedzkiego dystrybutora AWE - Critters), może kiedyś je obejrzę. Kręciliśmy jeden film po drugim. Po zdjęciach do jednego filmu wracałam do Miami by pracować tam nad czymś innym a po krótkim czasie wsiadałam ponownie w samolot do Dominikany. Ludzie,z którymi wcześniej pracowałam polecali mnie. Większość moich ról dostawałam w ten sposób. Te same firmy produkujące filmy, reżyserzy zazwyczaj zatrudniali mnie ponownie i ponownie. Zawsze stawiam się do pracy punktualnie, gotowa i chętna do pracy i na planie daję z siebie wszystko. Producenci i reżyserzy to doceniają. Teraz kiedy sama tworzę własne filmy doceniam, gdy aktor podchodzi do swej pracy w pełni profesjonalnie i nie pokazuje 'charakterku' i przerośniętego ego, co niestety zdarza się dość często. Wracając do filmu - krokodyl prezentował się imponująco i miał 'swój' własny charakter. Kręcenie z nim scen w wodzie było wyzwaniem. Co do historii z planu, to doskonale pamiętam, gdy siedząc na łódce, w przerwie między zdjęciami w pobliżu pojawiła się tarantula. Towarzyszący mi okoliczni chłopcy padali ze śmiechu, choć ja nie widziałam w tym wówczas nic zabawnego. Innego dnia, gdy przyszliśmy na plan po dniu przerwy, zastaliśmy na namiocie ogromnego, około 7 metrowego węża, który przyprawił ekipie sporo problemów i aby się go stamtąd pozbyć potrzeba było dobrych kilku ludzi. Co sądzisz o niezwykle dziwnej mieszance kina akcji/sf/horroru/fantasy „American Rickshaw” w reżyserii kolejnego kultowego twórcy jakim jest Sergio Martino? Miałaś okazję poznać Donalda Pleasence’a, który pod koniec filmu zamienia się w dziką świnię?
Nigdy nie widziałam tego filmu. Nie lubię oglądać siebie na ekranie, dopóki nie jestem do tego zmuszona. Dla przykładu, podczas montażu „Me and Will” musiałam patrzeć na siebie do upadłego co było prawdziwą torturą.Kiedy coś skończę, przechodzę do następnego zadania. Mój mózg podpowiada mi 'naprzód, naprzód...' Nie nadążam za swoimi nowymi pomysłami, które wirują mi w głowie, więc tym bardziej nie mam czasu zerkać w przeszłość, choć może powinnam? Może jest w tych filmach coś, czego można się nauczyć? Większość aktorów lubi patrzeć na siebie na ekranie, ja czuję się bardziej pisarzem, wolę zagłębić się w postaci, którą kreuję niż oglądać ją później na ekranie. Z drugiej strony bardzo lubię powiedzenie „Nieprzetestowane życie nie jest nic warte”, więc może kiedyś sięgnę po te filmy. Nie przypominam sobie Donalda, jeśli się poznaliśmy, to przelotnie.
Porozmawiajmy chwilę o Twoim filmie „Me and Will”, który jest prawdziwie wzruszającą i piękną historią dwóch kobiet po przejściach, pochodzących z dwóch różnych środowisk. Byłaś współreżyserem, producentem, współscenarzystką i zarazem odtwórczynią jednej z dwóch głównych ról. Czy obraz ten jest czymś co zawsze chciałaś zrobić, własnym projektem, czy poprostu ktoś zaproponował ci nakręcenie takiego filmu?
Produkcją filmów zajmuję się od 1992 roku. Wówczas nakręciliśmy pierwszy film z Ruth Buzzi i Dom Deluise w rolach głównych. Wtedy przeszłam kursy dla scenarzystów i zajęłam się pisaniem scenariuszy. Miałam na tyle szczęścia, że kilka udało mi się szybko sprzedać, choć wedle mojej wiedzy te filmy nigdy nie powstały. Nieźle mi za nie zapłacono, więc nie mogłam narzekać, ale mimo wszystko zależało mi aby nakręcono na ich podstawie filmy, by ktoś je zobaczył, w przeciwnym wypadku zajęłabym się pisaniem powieści a nie scenariuszy. Zrozumiałam, że jeśli chcę aby moja wizja doszła do skutku, muszę wykorzystać wszystkie znajomości i zewrzeć w sobie wszystkie siły. Wiedziałam, że mogę napisać scenariusz, być producentem i zagrać główną rolę bo wszystko to już w życiu robiłam, ale reżyserka była czymś kompletnie nowym, dzikim. Mimo, że trochę się tego obawiałam, to miałam w głowie obraz filmu, tak wyraźny, że ciężko byłoby to powierzyć komuś innemu i liczyć na to, że zrobi to po 'mojemu'. Odpowiadałam również za zebranie funduszy i byłam kierownikiem produkcji, co okazało się najtrudniejsze. Wciąż posiadam pełne prawa do filmu i sprzedaję go do różnych krajów co jakiś czas, co samo w sobie nie jest zadaniem łatwym. Muszę dokładnie śledzić terminy wygasających licencji, kontaktować się z nowymi kontrachentami, negocjować kontrakty i dokładnie się z nich wywiązywać. Jak wiele Jane jest w Sherrie Rose i na odwrót?
W Jane jest mnie dużo i niedużo zarazem. To mój strój, którym przemierzyłam Amerykę wraz z moim psem. To mój Harley Davidson, którego posiadaczem jestem od 1989 roku. Mój duch wyruszania w nieznane poprzez bezdroża Ameryki w poszukiwaniu wolności.Nie robię tego od dawna, gdyż mój syn potrzebuje stabilności a jego edukacja jest dla mnie priorytetem. Edukacja zmieniła moje życie i szanuję to. Pewnego dnia znowu wyruszę w drogę. Uwielbiam podróżować, bez względu na rodzaj pojazdu. Przemierzałam Amerykę z góry do dołu i od dołu do góry wiele razy.To doskonała okazja by poznawać okolicznych ludzi i zawsze wraca się ze świeżymi pomysłami na scenariusz. Wielu ludzi mówi mi, że zawsze chcieliby zrobić coś takiego, że wiele razy o tym myśleli. Zawsze odpowiadam wtedy, że tu nie ma miejsca na myślenie, tylko na działanie. Myśleniem nie przekroczysz linii stanu. To tak jak z pójściem na wybrzeże by się zrelaksować. Myślenie o wybraniu się tam nie sprawi, że poczujesz się zrelaksowany. „Me and Will” zdobył wiele nagród na różnych festiwalach filmowych. Czy po tych latach, które upłynęły od jego nakręcenia, jesteś z niego zadowolona? Czy jest coś co dziś byś zrobiła inaczej, poprawiła?
Jestem dumna z faktu, że udało mi się poskładać to wszystko razem. Nie wiem, czy jest tak wiele kobiet a nawet mężczyzn, którzy napisali scenariusz, wyprodukowali, wyreżyserowali i zagrali główną rolę we własnym filmie nakręconym na 35 milimetrach. Dziś jest nieco łatwiej, dzięki tym wszystkim mniejszym, sprawnym kamerom, cyfrówkom, może dzięki temu więcej ludzi spełni swoje marzenia, przynajmniej taką mam nadzieję. Liczę na to, że zobaczę więcej tego typu filmów na przyszłorocznym festiwalu Sundance. Kręcenie na 35 milimetrach jest kosztowne i czasochłonne, ale wygląda świetnie. Nie puszę się z tego powodu, ale zdaję sobie sprawę, że była to niełatwa rzecz do wykonania. Chciałabym aby montaż, tempo akcji były bardziej dynamiczne. Nad montażem pracowało trzech różnych montażystów a pieniądze szybko się kończyły.Jak każdy niezależny twórca wiesz, że środki finansowe zaczynają się bardzo szybko kurczyć na etapie post-produkcji. Miałam w sobie tę śmiałość, która pozwala otworzyć wiele drzwi i przełamać wiele barier. Wiedziałam, że nie mamy wystarczających pieniędzy by skończyć film, gdy zaczynaliśmy zdjęcia, ale wiedziałam, że wystarczy nam aby zakończyć zdjęcia a później...jakoś to będzie. Pozaciągałam wiele kredytów na kilku moich kartach. Soundtrack udało się poskładać do kupy dzięki zaprzyjaźnionym muzykom The Doors, Rancid, Dwight Yoakam,Rolling Stones. Jestem za to dozgonnie wdzięczna. 
W Twoim filmie, w pomniejszych rolach pojawia się wielu kultowych aktorów klasy B, takich jak Steve Railsback, M. Emmet Walsh, czy jak zawsze urocza Traci Lords. Czy byli oni Twoimi przyjaciółmi i napisałaś te role z myślą o nich, czy wyłonieni zostali przez zwyczajny proces kastingowy?
Każde z nich było naszym znajomym/przyjacielem i dlatego zgodzili się pojawić w filmie. Zdjęciowiec załatwił nam Patricka Dempseya, o którym mogę mówić w samych superlatywach, zarówno jako o aktorze jak i człowieku. Z Keanu Reevesem przyjaźniłam sie od dawna, więc zgodził się pojawić i zagrać ze swoją kapelą. Johnny Depp użyczył nam swojego Viper Room (klub nocny w Hollywood będący częściowo własnością Johnny'ego Deppa - Critters) do nakręcenia sceny otwierającej film. Grace Zabriskie grała wcześniej w innym filmie moją mamę.Steve Railsback i Emmet Walsh byli kapitalnymi ludźmi do współpracy. Seymoura Cassela poznałam kilka lat wcześniej na wakacjach, mieliśmy też wielu wspólnych przyjaciół. Spotkałam się z nim więc i powiedziałam, że kręcę niezależny film i bardzo chciałabym...'Tak' odpowiedział Seymour. Odparłam - 'Zaczekaj z odpowiedzią bo chciałam żebyś zagrał w tym filmie' Nie zdążyłam do końca odpowiedzieć, gdy powiedział - 'Tak, tak i jeszcze raz tak Sherrie. Dla Ciebie wszystko'. Był pierwszym aktorem jakiego ściągnęłam do filmu, pierwszym, który we mnie uwierzył a biorąc pod uwagę jego uznane nazwisko, pozwolił uwierzyć innym. To z pewnością ośmieliło innych do włączenia się do projektu. Poza tym ludzie wiedzieli, że jest to wyjątkowy film, prawdziwy, rzeczywisty i inny od tego co kręci się na codzień. Poza tym podobał im się scenariusz a u aktorów podjęcie decyzji bardzo często zależy od tego, jak napisany jest scenariusz. Za swoją kreację 'mściwej Vendetty' w jednym z najlepszych odcinków „Opowieści z Krypty” pt. „On a Deadman's Chest” byłaś nominowana do nagrody Emmy. Czy dobrze pracowało ci się z reżyserem Williamem Friedkinem i czy rzeczywiście jest różnica pomiędzy pracą z tzw. 'artystami kina' a twórcami kina niskobudżetowego pokroju Olen Raya, De Angelisa czy Priora? Pytam, gdyż osobiście uważam, że reżyserowie nie dysponujący pokaźnym budżetem zazwyczaj muszą wykazać się większą bystrością, kreatywnością aniżeli ludzie uważani za 'Bogów kina', dysponujący w każdej chwili sztabem ludzi i każdym możliwym sprzętem jakiego sobie zażyczą.
William Friedkin zatrudnił mnie z miejsca. Kiedy przeczytałam swoje kwestie, wstał i podziękował mi, że przyszłam dobrze przygotowana. Dobrze mi się z nim pracowało, miał niezwykle otwarty umysł, ale zarazem dokładny obraz filmu, jakim chciał go widzieć. Bardzo podobny pod względem pracy był Jonathan Kaplan, u którego wystąpiłam w „Unlawful Entry”. Friedkin był bystry, ale z drugiej strony w Hollywood gra się nieustannie w tę samą wielką grę i jeśli chcesz dobrze zarabiać musisz grać według jej reguł. Talent nie jest w Hollywood szczególnie istotny, najbardziej liczą się koneksje w branży, chęć podążania według z góry wyznaczonych reguł i bardzo często nepotyzm. Posiadanie wysokiego budżetu jest oczywiście przyjemne, ale ważniejsza jest swoboda w realizowaniu SWOJEJ wizji, na którą mało kiedy i mało kto może pozwolić sobie w Hollywood. Rozwiązywanie problemów na planie w sposób mniej konwencjonalny czyni człowieka bardziej kreatywnym. Zawsze jest to dla samego twórcy wyzwanie, którego pokonanie sprawia wiele satysfakcji. Rzucenie pieniędzy by rozwiązać problem kosztownymi środkami nie daje takiej radości. Dobrzy niezależni reżyserzy mają pod górkę, co czyni ich bardziej odpornymi i uczy ich jak pracować z tym, co się ma. Myślę, że na tym polega talent reżysera, ale w przypadku wysokobudżetowych produkcji z Hollywood reżyser wcale nie musi się tą kreatywnością wykazywać, wystarczy, że wskaże palcem problem i najprostszą drogę by go rozwiązać. Pieniądze zawsze się znajdą. „In Gold we Trust” jest jednym z najlepszych, najbardziej rozrywkowych filmów akcji jakie miałem okazję oglądać. Masz jakieś wspomnienia związane z kręceniem tego wspaniałego projektu?
Film utknął na granicy. Mówiło się, że będzie w USA w obiegu kinowym, ale pojawiły się problemy z wydostaniem negatywów z Tajlandii. Problemy zarówno natury politycznej i finansowej, ale szczegółów nie znam bo nigdy nas w nie nie wtajemniczono. Wielka szkoda, że tak się stało bo myślę, że ten film, to kawał dobrej roboty. Kręcenie”'In Gold We Trust” było ciekawą i fajną przygodą. Mieli już jakąś aktorkę, która w ostatniej chwili musiała zrezygnować bo jej chłopak nie chciał jej pozwolić na wyjazd, czy coś podobnego, równie idiotycznego. Wtedy zatrudnili mnie. Przebyłam długi lot z Los Angeles do Tajlandii i nie miałam nawet czasu pojechać do hotelu i się przebrać, od razu skierowali mnie na plan zdjęciowy gdzie natychmiast musiałam grać scenę konwersacji. Nie mieliśmy nawet okazji do snu od przylotu a dodatkowo po całym dniu pracy kręciliśmy całą noc.W kostiumach, charakteryzacji znaleźliśmy się na pokładzie wojskowego samolotu. Wtedy podszedł do mnie Jean (Jan Michael Vincent - Critters) i zaczął utyskiwać na magazyny plotkarskie, które napisały jakąś bzdurę o jego rodzinie. Odparłam mu, że nie czytałam i nie czytam szmatławców, więc nie mam pojęcia o czym mówi. Nie miałam czasu na sen, chciałam skoncentrować się na pracy i nie potrzebowałam jego 'humorów'. Najwyraźniej musiał mnie zrozumieć bo od tej pory świetnie nam się razem pracowało. Dni zdjęciowe były okrutnie długie. Pamiętam, że kręciliśmy na prowincji sceny w jaskini, w podziemnej rzece. Woda oczywiście była lodowata a my spędzaliśmy w niej długie godziny. Wargi kompletnie mi zsiniały i cała drżałam z zimna. Wtedy reżyser zapytał, czy mogłabym opanować drżenie i udawać, że woda nie jest zimna? Zdążyłam już wcześniej poznać biznes filmowy by wiedzieć, że aktor na planie często musi być nie człowiekiem a maszyną, więc uśmiechnęłam się tylko i odparłam, że spróbuję. Kręciliśmy całą noc i kiedy o 8 rano w końcu położyłam się spać, to widziałam wirujące na niebie karty do gry. Później kręciliśmy na wyspie Pe Pe, która oszałamiała swym pięknem (nakręcili tam później „The Beach” z Leonardo di Caprio). Budziłam się co rano wśród małp, które kradły jedzenie z naszych namiotów. Sami kręciliśmy nasze sceny nurkowania pod wodą a później nadszedł huragan, który zaatakował drugą stronę wyspy. Przez to utknęliśmy na wyspie na dłużej, ale każdy wiedział, że to czysta przyjemność utknąć w tak wyjątkowym miejscu. Podczas pobytu w Tajlandii opiekowałam się małpką, którą nazwałam Bonk (co w języku Tajów znaczy 'szalony'). Bonk był psotny i złośliwy, ale również bardzo uroczy. Od razu się w nim zakochałam. Bardzo ciężko było się z nim rozstawać, gdy opuszczaliśmy Tajlandię, ale na szczęście udało mi się przekazać go w dobre ręce. W „In Gold We Trust” miałaś okazję pracować z Jan’em Michel’em Vincent’em. Mogłabyś mi powiedzieć, czy poważnie podchodził do swoich obowiązków jako aktor? Pytam, gdyż odnoszę wrażenie, że gdy jego kariera zaczęła przygasać, poczuł się śmiertelnie znudzony 'przymusowym' graniem w niskobudżetowych produkcjach i kompletnie przestał się przykładać do swojej gry aktorskiej. Doskonale widać to chociażby we wspomnianym „In Gold We Trust” gdzie Vincent gra główną rolę a dla postronnego widza sprawia wrażenie jakby przeszedł obok filmu, kompletnie nie przyłożył się do swej kreacji przez co jego gra była maksymalnie sztuczna i denerwująca, podczas gdy Sam Jones i Ty odwaliliście kawał dobrej, żywiołowej roboty.
Wydaje mi się, że to dlatego, że Jan wiele przechodził w tym okresie. Jego życie osobiste nie układało się najlepiej, przez co najwyraźniej nie mógł odpowiednio skoncentrować się na swojej pracy jako aktor. W każdym razie, Jan był sympatycznym, nie wywyższającym się człowiekiem. Łatwo się z nim pracowało. 
Czy jest jakaś szczególna rola/postać, której jeszcze nie zagrałaś a chciałabyś zagrać?
Lubię grać policjantkę i chętnie zagrałabym prokuratora okręgowego. Mam zarówno pozytywny jak i negatywny stosunek do służb porządkowych. Co sądzisz o swojej postaci w nadchodzącym horrorze „Night Claws”? Lubisz horrory?
Znakomicie było zagrać w „Night Claws” rolę zastępcy szeryfa w małym amerykańskim miasteczku. Świetnie było pracować z Rebem Brownem i ponownie spotkać się z Davidem Priorem, z którym pracowałam jakieś 20 lat temu. Uwielbiam horrory, szczególnie w okresie halloweenowym. Ogień w kominku, świeczki, popcorn i dobry horror - doskonała zabawa! Który ze swoich filmów wspominasz najlepiej a który był najbardziej nieprzyjemnym przeżyciem?
Najprzyjemniejszym przeżyciem było „Me and Will” a zdecydowanie najgorszym gościnny udział w serialu „Charmed” („Czarodziejki”). Po tych wszystkich latach w świecie filmu, z kim chciałabyś pracować w przyszłości? No i z drugiej strony, czy jest ktoś z kim pracować zdecydowanie byś już nie chciała?
Nie sądzę abym chciała kiedykolwiek ponownie pracować z Michael'em Bay’em. Z przyjemnością pracowałabym ponownie z Gilbertem Adlerem, który wyprodukował serial „Opowieści z Krypty”, z Joel'em Silver’em, Charles’em Gordon’em, Ray’em Liottą i oczywiście z Tobą! Jesteś prawdziwym skarbem, ale myślę, że wiesz o tym. Jakie masz plany filmowe na przyszłość? Aktorstwo a może wolisz poświęcić się produkcji, reżyserce?
Jestem producentem i reżyserem dwóch filmów dokumentalnych. Pierwszy o legendarnym fotografie Rock and Rolla, Jimie Marshallu a drugi o Arthurze Weinsteinie, słynnym wizjonerze i biznesmenie z Nowego Jorku. Ja i mój partner Scott Taylor napisaliśmy scenariusz serialu telewizyjnego o ich życiu. Napisałam też scenariusz do horroru „Chiggers”, który moja firma produkcyjna zamierza zrealizować. To będzie zabawny kampowy monster movie. Nie mam już czasu aby chodzić na przesłuchania, ale zdarza mi się grać w filmach, gdy ktoś kogo znam zadzwoni i podoba mi się scenariusz. Tak było z „Night Claws”. Zagrałam też niedawno w filmie „Bang Bang Brokers” no i piszę nieustannie. Pomysły przychodzą cały czas, podczas jazdy samochodem, pod prysznicem, w trakcie nudnej rozmowy (no dobra, żartowałam) i kiedy wreszcie dom cichnie, późną nocą, można spokojnie usiąść i zacząć składać je w całość. Pisać będę do końca życia, dopóki mózg będzie pracował a pomysły będą przychodzić a co najważniejsze, nie muszę cały czas wyglądać świetnie by to robić. Zdjęcia są własnością Sherrie Rose, wszelkie prawa zastrzeżone.
|