• Slimak
  • Slimak
  • Slimak
  • Slimak
Animal Attack
Animal Attack

ZWIASTUN

 
bait 3d
 

Polecane strony

  
Agressions animales (Animaux tueurs au cinéma)

Danse Macabre

http://tymoteuszwojciechowski.blogspot.com/

Licznik odwiedzin

Dzisiaj168
Wczoraj160
Ogólnie314510
Autor: Slepy   
07.11.2007.

razorback Reżyseria: Russell Mulcahy
 Scenariusz: Everett De Roche
 Zdjęcia: Dean Semler
 Muzyka: Iva Davies
 Występują: Gregory Harrison, Arkie Whiteley, Bill Kerr,
 Chris Haywood, David Argue, Judy Morris, John Ewart
 Kraj: Australia
 Rok produkcji: 1984
 Czas trwania: 95 min

 

 

"Razorback"

 

"It's waiting outside and it can sense your fear.

No nightmare will prepare you for it!"

 

Podgatunek animal attack przechodzi w ostatnim czasie mały renesans, w szczególności dzięki twórcom pochodzącym z Australii. Dawno już nie zdarzyło się bowiem, by dwa filmy należące do tego nurtu nie przyniosły ich reżyserom wstydu, ba, były określane nawet przez wielce wymagających krytyków (którzy to mają w zwyczaju wyśmiewanie tego typu filmów) obrazami w najgorszym przypadku przyzwoitymi. Nakręcone w 2007 roku dwie australisjkie produkcje - "Rogue" McLeana oraz "Black Water" duetu Nerlich & Traucki - pokazały, że nawet film o polującym na ludzi krokodylu niekoniecznie musi wywoływać u widzów śmiech i zażenowanie, a dobrze nakręcony potrafi solidnie wystraszyć i zapewnić 1,5 godziny rozrywki na bardzo wysokim poziomie. Zresztą to już nie pierwszy raz, gdy kraj kangurów i misia koala demonstruje fanom kina grozy swe ostre pazurki. Końcówka lat 70-tych to przecież okres, w którym Colin Eggleston nakręcił swój "Long Weekend", do dziś uważany przez wielu za wzorcowy przykład mrożącego krew w żyłach dreszczowca (niedługo na ekrany światowych kin wejdzie jego remake w reżyserii Jamiego Blanksa z Jamesem Caviezelem w roli głównej) a lata 80-te dały widzom dwa kolejne, bardzo dobre animale. Jednym z nich był nakręcony w 1987 roku przez Archa Nicholsona "Dark Age", opowiadający o wielkim krokodylu ludojadzie, jednak dużo większy światowy rozgłos stał się udziałem o 3 lata wcześniejszego "Razorbacka" w reżyserii urodzonego w Melbourne Russella Mulcahy'ego, otwierając temu młodemu australijskiemu reżyserowi drogę do międzynarodowej kariery. 

Fabuła filmu koncentruje się wokół tytułowego razorbacka, czyli knura wielkości nosorożca, który nocami terroryzuje australijskie pustkowia. Pierwszą ofiarą łaknącej krwi bestii pada wnuk podstarzałego łowcy Jake'a Cullena, który oskarżony o jego zabicie poddany zostaje procesowi sądowemu, jednak sprawa z powodu małej liczby dowodów ulega bardzo szybko umożeniu. Stary myśliwy poprzysięga wielkiej świni zemstę i od tamtej pory swe życie podporządkowuje jednemu celowi - schwytaniu i zabiciu olbrzymiego wieprza. W dwa lata po pierwszym incydencie, na kontynent trafia reporterka amerykańskiej telewizji, walcząca o prawa zwierząt Beth Winters z nadzieją na nakręcenie reportażu o narastających przypadkach rzezi wśród torbaczy dokonywanych przez miejscowych kłusowników. Jednak nieostrożna kobieta wkrótce ginie, rozszarpana na strzępy przez tytułową bestię. Do Australii jej tropem podąża mąż ofiary Carl, mający nadzieję na rozwikłanie zagadki tajemniczego zaginięcia żony. Nie wie on jednak, że wkrótce przyjdzie mu stanąć oko w oko z zagrożeniem, którego istnienia nawet w najgorszych koszmarach się nie spodziewał...

Russell Mulcahy przed nakręceniem "Razorbacka" dał się poznać jako bardzo zdolny i wzięty twórca filmów krótkometrażowych oraz wideoklipów, współpracując między innymi z takimi ówczesnymi gwiazdami muzyki rozrywkowej jak Duran Duran czy też Billy Joel. Jednak tworzenie kilkuminutowych ilustracji muzycznych nie było do końca tym, co ów australijski artysta sobie wymarzył, toteż wizja pracy nad pełnometrażowym obrazem jawiła się 30-sto letniemu wówczas reżyserowi jako wielka szansa, na której zmarnowanie nie mógł sobie pozwolić. Zadanie miał jednak o tyle utrudnione, że scenariusz filmu autorstwa Everetta De Roche (autor skryptu do "Long Weekend") napisany w oparciu o powieść Petera Brennana zatytułowaną "Razorback" opowiadał o gigantycznej świni terroryzującej australijskie pustkowia i pożerającej ludzi. Historia na pewno do zbyt ambitnych nie należała, jednak mający wielki zapał do pracy Mulcahy uznał ją za coś zupełnie innego i bardziej wymagającego niż wszystko to, czym zajmował się dotychczas, toteż na propozycję jej zekranizowania przystał bez większych oporów, tym bardziej, że do dyspozycji dostał dosyć spory jak na tamte czasy dla australijskich produkcji budżet w wysokości 5,5 mliona tamtejszych dolarów (nieco ponad 3,7 mln dolarów amerykańskich), podczas gdy średnie budżety kręconych w latach 80-tych w Australii obrazów nie przekraczały zbyt często granicy 3 milionów. Mulcahy dzięki doświadczeniom zbieranym latami na planach teledysków wiedział dokładnie, jak gotowy film miałby wyglądać, a pomóc w tym miał mu Dean Semler, który jako świetny operator dał się poznać już trzy lata wcześniej na planie drugiej części kultowego dziś "Mad Maxa".
 
Co by o "Razorbacku" nie pisać, przyznać trzeba, że strona wizualna filmu jest wręcz obłędna. Pokuszę się tutaj nawet o dosyć śmiałe stwierdzenie, że jest to nie tylko najlepiej sfilmowany film z podgatunku animal attack, ale także jeden z najlepiej sfilmowanych filmów grozy w ogóle. Zdjęcia wręcz porażają swą plastycznością i różnorodnością, a dzięki wielkiej wyobraźni Mulcahy'ego niektore z ujęć wyglądają jakby były żywcem wyjęte z jakiegoś mocno surrealistycznego nocnego koszmaru. "Razorback" to wizualny majstersztyk, który do dziś robi ogromne wrażenie. Fantastyczne wizualia odgrywają tutaj niebagatelną rolę, gdyż wraz z dosyć niepokojacą oprawą muzyczną autorstwa Ivy Daviesa, ówczesnej gwiazdy australijskiej sceny muzycznej, generują fantastyczny, lekko odrealniony nastrój całej opowieści. Groza wylewa się litrami z samych tylko kadrów pokazujących australijskie zadupia porą wieczorną jak i nocną, dzięki czemu absolutnie nie może być tutaj mowy o jakimkolwiek narzekaniu na klimat filmu. Samo podziwianie kapitalnych zdjęć okraszonych dźwiękami rodem z sennego koszmaru wywołuje u widza gęsią skórkę ale także i podziw, co jest zjawiskiem niezbyt często spotykanym jeśli chodzi o kino grozy. W większości twórcy ograniczeni nikłym budżetem warstwę techniczną obrazu traktują niezwykle po macoszemu (szczególnie w filmach należących do podgatunku animal attack), jednak Mulcahy mając do dyspozycji odpowiednie środki i ekipę spisał się w tym aspekcie na medal, kręcąc najpiękniejszy wizualnie film w swojej karierze.
 
Wiele osób w tym momencie pewnie zastanawia się, jak twórcy poradzili sobie z powołaniem do ekranowego życia tytułowego razorbacka, toteż czym prędzej spieszę z odpowiedzią - wg mnie poradzili sobie bardzo dobrze. Wielki wieprz, którego widzimy w filmie to w 100% efekt ciężkiej pracy animatorów, którzy w sile ośmiu osób obsługiwali potężną animatroniczną bestię bezpośrednio na planie. Reżyser dosyć rzadko pokazuje nam knura w całej jego okazałości, jednak w kilku momentach możemy modelowi razorbacka przyjrzeć się dosyć dobrze. Mimo wszystko na pewno połowa sukcesu w dosyć realistycznym ukazaniu na ekranie owej wielkiej świni powinna po raz kolejny spłynąć właśnie na konto panów reżysera Mulcahy'ego oraz operatora Semlera, którzy z wielkim wyczuciem dawkują nam ujęcia z jej udziałem, dzięki czemu morderczy zwierz kapitalnie wpisuje się w brudny i zakurzony klimat australijskich krajobrazów. Może i nie ma w filmie Mulcahy'ego zbyt wielu krwawych scen z udziałem razorbacka, jednak te które zaprezentowano spełniają swoją rolę znakomicie. W szczególności wielkie brawa należą się tworcom za niesamowicie trzymającą w napięciu, mroczną końcówkę rozgrywającą się w rzeźni kangurów oraz scenę zabójstwa amerykanskiej reporterki.
 
Warto także w kilku miłych słowach wynagrodzić wysiłki całej aktorskiej obsady filmu, bez której nawet i najpiękniej nakręcony obraz nie byłby z pewnością aż tak dobry. Praktycznie wszystkie role zagrane są na bardzo wysokim poziomie i nie uświadczymy tutaj jakichś kłujących w oczy braków warsztatowych. Postaci zarysowane są dosyć ciekawie i choć niektóre z nich wydawać mogą się może lekko przeszarżowane (w szczególności dwójka braci kłusowników Benny i Dicko), to jednak nawet i te indywidua dosyć dobrze wpisują się w ogólny klimat filmu. A już rola australijskiego weterana Billa Kerra wcielającego się w podstarzałego myśliwego Jake'a Cullena to klasa sama w sobie. Czy jest zatem "Razorback" filmem bezbłędnym? Na pewno nie, ale jeśli o mnie chodzi, to jakichś większych wpadek się w obrazie Mulcahy'ego nie doszukałem a i te, które gdzieś tam w nim się znajdują, bardzo skutecznie niwelowane są przez fantastyczny klimat całego obrazu oraz jego wybitną stronę wizualną. Oczywiście nie każdemu musi przypaść do gustu fabuła i tak jak dla większości krytyków wkrótce po premierze filmu, wielki polujący na ludzi knur może być obiektem drwin, jednak to mniej więcej tak, jakby Spielberga ktoś czepiał się za to, że rekin w "Jaws" jest większy niż w naturze i do tego wszystkiego gumowy. Sama historia w "Razorbacku" jest jednak dosyć ciekawa, scenariusz spod ręki Everetta De Roche został napisany bardzo sprawnie, dzięki czemu film najzwyczajniej w świecie wciąga, nie pozwalając na jakąkolwiek nudę. 

"Razorback" to kapitalny przykład na to, jak nawet wydawać by się mogło dosyć głupią i niedorzeczną historyjkę zamienić w filmową perełkę. Wiadomo, niektórzy na samą wzmiankę o filmie, w którym ludzi morduje przerośnięty dziki wieprz parskną tylko szyderczym śmiechem, jednak warto dać obrazowi Mulcahy'ego szansę choćby ze względu na jego wspaniałą realizację od strony wizualnej. Fani animal attack natomiast nie mają się zbytnio nad czym nawet zastanawiać i jeśli jeszcze jakimś cudem tego świetnego australijskiego horroru nie widzieli, niech czym prędzej owe niedopatrzenie naprawią. 
 
 
 
5 
 
 
 
 
 
 

 
 

WYWIAD

 
sherrie rose - wywiad  

Nasze panele

Nasz facebook
 
Nasz MySpace