IV edycja festiwalu Kocham Dziwne Kino, Pabianice, 7-8.08.2015

Środek lata, czterdziestostopniowe upały, opóźnione przewozy regionalne, oraz totalny armageddon niezależnego kina! Tak mogę krótko podsumować weekend 7-8 sierpnia, bowiem w tym terminie ruszyła czwarta edycja pabianickiego festiwalu „Kocham Dziwne Kino”. Zderzenie najróżniejszych odłamów filmu krótko, a także średniometrażowego: produkcje niszowe, undergroundowe, bez zaplecza finansowego i te zrealizowane przy użyciu konkretnych środków, filmy niepoważne, zabawne, psychodeliczne, eksperymentalne, wulgarne, obsceniczne, filozoficzne, inne… „Polskie dziwne kino żyje! – niczym monstrum doktora Frankensteina. Przyjdź, zobacz, zdziw się, zachwyć i pokochaj je”, jak ogłosił na swoim blogu Dawid Gryza, organizator. 

Na wyjazd do Pabianic byliśmy umówieni w kameralnym trzyosobowym gronie ekipy LoboTomia Video ogromnie ciekawi zarówno samej imprezy jak i reakcji gości na zaproponowane przez nas dwie pozycje ze studia. Co więcej, ogłoszono konkurs gdzie trzynaście spośród wszystkich 27 filmów miało stoczyć bój o nagrodę w postaci Złotego Mola (przewidziano trzy takie trofea). Na miejscu mieliśmy wylądować z pewnym wyprzedzeniem, jednakże nie mogło obyć się bez perypetii do czego zdążyliśmy już przywyknąć, skoro pogoda od zawsze była ostatnią rzeczą jaka może sprzyjać filmowcom amatorom. Otóż ze względu na wspomniane nieziemskie upały, do których rodzime koleje nie są w ogóle przygotowane pociąg, którym podróżowałem, zwolnił ze 100km/h do 60 (!) skutkiem czego zaliczyliśmy blisko godzinną obsuwę desantową…W podzięce obrzuciliśmy mięsem gówniane koleje dolnośląskie, pomachaliśmy na pożegnanie miłostowskiemu cmentarzowi, na którym spoczywają zwłoki legendarnego Eda Kolanowskiego i zaopatrzeni w mrożone kawy, kabanosy oraz nagrania Megadeth ruszyliśmy w nieznane!

Ze względu na wspomnianą ułomność i niedomaganie PKP przegapiliśmy pierwszy film z listy, jakim był „Instynkt” Łukasza Furmana (2015, 20 min). Kwaśne miny wraz z nerwami zrekompensowała nam jednak samaorganizacja imprezy w „Tomi”, kiedy okazało się, iż mamy do czynienia z pokazem plenerowym a repertuar leci z rzutnika na świeżym powietrzu! Powiało od razu klimatem amerykańskiego, kultowego kina drive-in, gdzie jankeska widownia uzbrojona w piwo, popcorn i prezerwatywy mogła z tylnego siedzenia wozu oglądać najobskurniejsze produkcje klasy B w podobnych jak my warunkach, czyli z parkingu kina. Zajęliśmy wreszcie miejsca, szybko orientując się, co przed chwilą wystartowało. 

„Pobaw się ze mną” Moniki Grzybowskiej (2015,30 min). Film zrealizowany w stylistyce azjatyckich ghost story. Bohaterami jest dziewczynka widząca ducha rówieśniczki oraz jej ojciec, hippies z dreadami za ramiona. Dwójka dzieci, jeden facet i żona na wyjeździe? Nie to nie jest to o czym pomyśleliście zwyrodniali czytelnicy Animal Attack! Z pozytywów odnotowałem jedną czy dwie krwawe sceny niestety w mikro przebłysku, którego niejedno zmęczone oko mogło nie dostrzec w tym upale. Aktorstwo adekwatne dla amatorskiego filmu, acz bez przesadnego dramatu, do czego doszedł kompletnie przewidywalny twist w finale. Jeżeli spodziewalibyście się ostatniej jump-scares w klimacie hollywoodzkich blockbusterów – tak, otrzymalibyście ją, ponieważ film Grzybowskiej bez reszty pogrążyła szablonowość. Nawet jeżeli ekipa chciała za wszelką cenę nakręcić coś pod tą tematykę, bez jakichkolwiek środków i koncepcji robienie filmu na poważnie zdaje się zwyczajnie nie mieć sensu.

„Zombie News” Radosława Krawczyka (2014, 5:02). Szort ale na patencie. Blok wiadomości prowadzony przez bełkoczące zombie, których język tłumaczono tekstem wyświetlanym w dolnej części ekranu. Oczywiście Krawczyk podjął temat z dużą dozą rezerwy całość kręcąc na wesoło. Z mojej strony ze trzy udane gagi do odnotowania, reszta może niespecjalnie. Podejrzewam, że ów zamysł najlepiej zdałby egzamin jako krótki skecz wpleciony w fabułę jakiejś większej produkcji. Tutaj około pięciu minut dostarcza wrażeń na poziomie co najwyżej dostatecznym. Plus za ciekawe charakteryzacje żywych trupów. 

„Lament Paranoika”, Dariusz Kocurek (2014, 10:12 min).Na podstawie opowiadania Stephena Kinga opowieść obłąkanego bohatera, który wszędzie węszy zastawioną na siebie zasadzkę, spisek, czy też działalność tajnych służb. Rozpraszały nazbyt wyeksponowane efekty komputerowe, a także narrator w postaci starszego pana – kompletnie nużący i niewciągający. Film całościowo przypominał komputerową kreskówkę w klimacie bardzo zbliżonym do narkotycznych motywów z gry Max Payne. W efekcie kilka osób z widowni bezceremonialnie zrobiło sobie przerwę na papierosa, tudzież dolewkę piwa. Z drugiej jednak strony Kocurek z pewnością odwalił tu kawał nietuzinkowej roboty; „Lament Paranoika” to dla entuzjastów efektów wizualnych zapewne bardzo interesujący materiał.

„Wieśniacka Krew”, Michał Glapiak (2012, 18:16 min). Publiczność poczęła wracać na miejsca po zapowiedzi ostatniej pozycji z I bloku przedkonkursowego, tym razem z obozu Lobotomia Video. Organizator oficjalnie ostrzegł,iż ‘teraz coś bardzo ciekawego… osoby o słabych żołądkach mogą rzygać’! Dość żywa reakcja publiczności towarzyszyła niemal od początku do końca, przez cały czas trwania krótkometrażówki uchodzącej w kręgach wrocławskich emerytek za twór bulwersujący oraz niesmaczny. Krótko mówiąc zgromadzonym w większości zdecydowanie się podobało, sporo śmiechu, ciekawych komentarzy na widowni jak i podpowiedzi skierowane do bohaterów filmu, którędy nie powinni uciekać, czy finalne ‘czekałem aż wyświetlą właśnie coś takiego i w końcu puścili’. Dziękujemy za tak entuzjastyczne przyjęcie!

Piątkowy wieczór bez względu na gusta zaliczam do udanych. Spory rozstrzał jeżeli chodzi o filmowe klimaty, pełna różnorodność materiałów z bloku. Wiemy jednak, że to jedynie przedsmak festiwalu a najgrubsza jego część przypadnie na dzień kolejny. Robi się sobota, wybija godzina 13. Wewnątrz Tomi, na małej sali (tylko wieczorne pokazy przewidziano na planer) rusza II blok pozakonkursowy. Co się w nim znalazło?

„Polska demokracja”, Mariusz Kalwasiński (2010, 2:11 min). Dwuminutowa wycinanka z pomysłami wizualnymi zaczerpniętymi z South-Parku i Monty Pythona. Satyra na politykę, eksperyment wyszydzający postacie jak Kaczyński, Tusk, Palikot. Mimo wszystko ekipa najlepiej by zrobiła rezygnując ze scenki z godłem Polski, ponieważ w pewnym momencie orzeł biały ląduje na ekranie w wypiętym tyłku, chociaż kontekst pozostawał nader oczywisty. Ogólnie mieszane uczucia, ot, coś na rozruch. 

„Wredna Sucz” Rafała Dobrowolskiego (2013, 4 min). Absolutnie nie rozumiem ani pomysłu, ani koncepcji czy jakiejkolwiek choćby mglistej idei przyświecającej reżyserowi. Jeden aktor – kilka ról (nie tylko męskie ale i niestety jedna żeńska, ta ostatnia bowiem najkoszmarniejsza). Opowieść koncentruje się na pijaku terroryzowanym przez sąsiadkę. Wreszcie blokowy menel wynajmuje płatnego mordercę, który eliminuje ‘wredną sucz’. Wybaczcie spoiler, ale i tak nie ma zbytnio o czym pisać. Kiepskie, totalny slapstick w wersji niskobudżetowej, okropnie nieśmiesznej i nużącej. 

„Curriculum Vitae” - Wanda Dittrich, Mariusz Wirski (2014, 2 min).Przy tej dwuminutówce poczęliśmy na widowni wyjątkowo mięknąć, żeby nie powiedzieć tego bardziej dosadnie. Kompletnie nieapetyczna bohaterka i hiper-zbliżenia na poszczególne części jej ciała, gdy zdaje relację „To są moje stopy. To jest mój nos”, etc. z puentą „A gdzie dusza”? Litości, czy trzeba było ten ‘pomysł’ koniecznie ubierać w formę audiowizualną? My odpowiedź już boleśnie poznaliśmy.

„Kink”, Sławomir Tomczak (2013, 4:06 min). Znowu slapstick i znowu bez jaja. Rzecz o królu sedesu , mężczyźnie który przez kabinę szaletu droczy się z drugim o swoją niepodważalną władzę. Ok, był pomysł, zabrakło jednak jakiegokolwiek wyraźnego zwieńczenia, czy może zwyczajnie pazura. Zawarty tutaj humor był niestety zbyt drętwy, puenty z dialogów nie wywoływały żadnych emocji. Całościowo „Kink” to szort, który jest ale jakby go nie było. Tomczak opuścił ekran po czterech minutach. 

„Ona”, Amelia Malinowska (2015, 11 min). Pierwszy raz od niepamiętnych czasów obejrzałem bezbudżetową przegadaną telenowelę. Z jednym wyjątkiem wyłącznie role żeńskie, co w tym wydaniu (bo samo w sobie oczywiście nie stanowi żadnej przeszkody) sprawiało wrażenie jakby całość popełniło kilka znudzonych dziewczyn, ot tak, możemy to kręcimy. W końcówce twist, ale nie rekompensujący zmarnowanego czasu, jakim najlepiej można podsumować seans Malinowskiej. Ostatnio tyle lania wody zadał mi bodaj Joseph Merhi, w którymś gniocie z City Lights, aczkolwiek to tylko luźna uwaga - liga produkcji oczywiście inna, jednakowo zaś ‘wciągająca’.  Nie chcę nawet pytać co w finale robił argentyński/meksykański wrestler w masce ala Santo. Gdyby na osiedle Amelii zajechał taryfą Joe D’Amato  w towarzystwie pijanych stripteaserek bankowo wiedziałby jak sprzedać pomysł wyjściowy. 

„Pobudzenie mięśni przed powiadomieniem mózgu”, Konrada Domaszewskiego (2013, 4:34 min). Kompletnie niepotrzebna orientalno-etniczna propaganda, o parze w kukurydzy i jakimś miałkim narkotycznym katharsis, biorącym się z bo ja wiem… hinduskiej odmiany break-dance’a? Jedyny pozytyw, który od samego początku zdecydowanie tu grał była muzyka, dużo eksperymentalnego electro, niestety ginącego w utopii nazbyt odpychającego subkulturowego towarzystwa studentów szukających korzeni na przystanku Woodstock. Na odtrutkę z Domaszewskim proponuję wyłącznie najeżone testosteronem filmy o komandosach na misji eksterminujących setki anonimowych przechodniów, najlepiej z dzielnicy Owsiaka. 

„Chór”, Maciej Jarczyński (2015, 10:40 min). Może z wyłączeniem poprzednika wreszcie pojawia się tytuł trafiający całym sobą w nazwę festiwalu. Bardzo szamański, psychodeliczny krótki metraż. Operowanie tylko obrazem i dźwiękiem. „Chór” w znacznym stopniu jest filmem plenerowym, monumentalne górskie panoramy zostały tu nad wyraz umiejętnie wyeksponowane. Do tego wszystkiego dochodzą sekwencje woskowych figur, oraz dynamicznie zmieniające się zdjęcia z dodanym audio w postaci śpiewów prawdziwego chóru. Całość bezbłędnie rozpieprzyła idiotyczna reakcja części publiczności, gdzie kilka osób zaczęło dosłownie wyć ze śmiechu, rozbawione nie wiadomo czym. Niezasłużenie powiało żenadą, nawet pomimo zupełnie luźnej atmosfery towarzyszącej całej imprezie. Mimo wszystko wątpię, aby pan Jarczyński mógł się przez coś takiego zniechęcić do dalszego tworzenia, to raczej zbyt wysublimowana liga kręcenia.

„False Awakening”, Tomir Dąbrowski (2014, 20 min). Sobotni blok wreszcie zaczął się rozkręcać. Ekipa filmowa RIP Pictures zaprezentowała klimaty wyraźnie inspirowane „Domem 1000 Trupów” Roba Zombie z pewnymi akcentami zaczerpniętymi od Tarantino. Sporo obskurnie postarzających obraz filtrów, co tylko potęgowało schizofreniczny klimat sennego koszmaru. Trochę slashera, odrobina psychodeli, niewiele dialogów choć te trochę niepotrzebnie wypowiadane przez bohaterów są w języku angielskim (wiecie, polska odmiana angielszczyzny bez akcentu); sporo natomiast muzyki. Fabularnie dwóch gangsterów w garniturach zatrzymuje się na zadupiu przypadkowo wpadając pod ostrze siekiery seryjnego mordercy, włochatego brodacza w masce spider-mana. Okazuje się niebawem, że w bagażniku samochodu mafiosi wieźli porwanego na egzekucję mężczyznę. Nareszcie wolny więzień ucieka teraz przed nowym oprawcą trafiając w ciekawe zakamarki świata stworzonego przez zespół RIP. Mój osobisty faworyt tej części imprezy - popieprzony, surrealistyczny filmowy eksperyment, z pazurem i pomysłem. Z tego co znalazłem w sieci jest to trzeci film Dąbrowskiego, w obsadzie natomiast goście znani z kabaretu ZAMÓWIONY. 

„Massacarade”, Tamir Dąbrowski (2015, około 40 min). Ostatnim z zestawu był kolejny film ekipy RIP Pictures. Został on zapowiedziany przez reżysera, który uściślił, iż jest to wersja testowa wymagająca dokręcenia jakichś 20 minut. Ostrzegł, że „Massacarade” fabuły jeszcze jako takiej nie zawiera ale najbliższe dokrętki dla odmiany mają to zmienić. Przygotowany na chwilę obecną materiał liczy coś ponad 40 minut, zaś tym co może okazać się dosyć ciekawe miały być eksperymenty z obrazem. Nawiązując do ostatniej kwestii wspomnianej przez Dąbrowskiego w „Massacarade” ponownie mogliśmy ujrzeć całe spektrum możliwości entuzjastów postarzania obrazu. Fabuły rzeczywiście nie było – ze szpitala ucieka okaleczone monstrum skrywające twarz za bandażami. Postać od razu rozpoczyna zagładę wszelkich, mniej lub bardziej przypadkowych ludzkich istnień. Brzmi trochę jak „Violent Shit”, niemniej RIP miało rzecz jasna swoje własne zaplecze, styl. Ponownie sporo tu psychodeli, dziwnych postaci, każdy umawia się tu na sylwestrową imprezę, lecz mało kto dożyje świtu. Zastanawia mnie czy Andrey Iskanov mógł być względem klimatu filmu jakimś źródłem odniesienia. W końcu na deskach kina Tomi mogliśmy obejrzeć kilka ciekawszych scen uśmiercania, choć nie przeczę, że druga pozycja Dąbrowskiego znacznie poprzedniej ustępowała. Można było odnotować więcej przestojów, z czasem seans zaczynał się dłużyć. Na chwilę obecną tytuł istotnie wymaga poprawek, choć stawiałbym raczej na skrócenie niż jego wydłużenie. 

Przedkonkursowy sobotni blok wywołał we mnie sporo mieszanych uczuć. Podzieliłbym go na dwie części: pierwszą około 30-minutową zawierającą krótkie ekspresje filmowe, wyraźnie graniczny względem wszystkiego „Chór”, a także część drugą przypadającą na szaloną eksploatację w wydaniu Dąbrowskiego. Dopiero od kontrowersyjnie odebranego „Chóru” maraton począł nabierać rumieńców. W dalszym ciągu trzeba mieć na uwadze, że to ciągle rozgrzewka przed daniem głównym przewidzianym po zachodzie słońca… O godzinie 21:00 planowo miał rozpocząć się drugi blok, tym razem konkursowy, jednak z przyczyn głównie technicznych start nastąpił dobre 20, jak nie lepiej, minut później. No to lecimy!

„Intrubear II: Inwazja” - Rafał Dobrowolski, Barbara Dobrowolska (2014, 3 min). Najkrócej mówiąc inwazja pluszowych misiów zakończona większym rozlewem krwi, współautorem projektu jest autor „Wrednej Suczy”. Motywem przewodnim okazała się być koncepcja wyciągnięta z „Nocy żywych trupów” Romeroz nieco Tromowym klimatem w postaci s-f pluszaków. Trochę efektów komputerowych i gore, sporo akcji. Całość jednak bardziej przypomina trailer niż film nawet w krótkiej formie, szybciej się on kończy niż zaczyna. Ogólnie nic przesadnie wciągającego.

„Loop”, Michał Socha. Animacja z podłożoną muzyką (2014, 3 min). Figury uprawiające gimnastykę, podnoszenie ciężarów, ewentualnie wykonujące kilka innych czynności w różnych konfiguracjach, kolejnościach. Generalnie takie rzeczy najlepiej sprawdzałyby się po prostu jako open credits do jakiegoś normalnego filmu – będąc samodzielnym tworem można go było jeszcze trochę skrócić, bowiem oglądane sekwencje zaczynają się niepotrzebnie powtarzać. Socha popełnił po prostu 3 minutowy teledysk. 

„W starym kinie”, Mariusz Wirski (2014, 9 min). Dosyć miłe zaskoczenie ze strony współtwórcy „Curriculum Vitae”. Animacja poklatkowa o parze, która wybiera się na seans do starego kina, by obejrzeć niemy film, czyli dzieło współcześnie uważane za coś archaicznego, relikt wymarłej ery. Tym razem rzecz z konkretnym przekazem – padają komentarze odnośnie kondycji obecnego kina. Reżyser mówi bez ogródek, że kiedyś filmy cechowała prawdziwa różnorodność, natomiast dzisiaj wszystkie produkcje popełniane na duży ekran są takie same. Choć zawsze znajdziemy od tej reguły pewne wyjątki osobiście się do tego twierdzenia w znacznej mierze przychylam! Wirskiemu należą się brawa, cała animacja została świetnie zrealizowana, widać tu pasję i sporo poświęconego na pracę czasu. Do tego wszystko zrobione z głową. 

„Pasztet”, Łukasz Jedynasty (2014, 5:30 min). Mój osobisty faworyt jeżeli chodzi o blok konkursowy, wspólnie z kolegami typowaliśmy go jako pewniaka po odbiór złotego mola. Surrealistyczno-fantastyczna, wspaniała animacja poklatkowa, gdzie grupka zwierzaków grająca koncert w knajpie na innej planecie zostaje wymordowana, by trafić później na talerz okolicznej klienteli. Bardzo przypominało mi to pomysłami „Fabrykę” (reż. Sebastian Kwidziński, Marcin Roszczyniała), która wygrała ostatni konkurs MoicoEnjoy Movies: niebezpieczne taśmociągi, motywy sience-fiction, rzeź sympatycznych, niemal baśniowych postaci przeprowadzona ze sporą dozą czarnego humoru oraz gore. Jak dla mnie, zwłaszcza dzięki niesamowitej formie wizualnie cieszącej oczy dzięki starannie dopracowanej animacji, niemal perfekcyjne arcydzieło. Czego zabrakło? Po prostu za krótkie! Film trochę zbyt szybko się kończy, miałem wrażenie jakby wręcz się urywał, co być może generował efekt istnej euforii, która towarzyszyła mi od początku do końca czasu trwania spektaklu. Pomysły powinny zostać rozwinięte w zdecydowanie dłuższą formę. Nie będzie to zapewne dziwić, jeśli wspomnę, iż „Pasztet” jest niczym innym jak teledyskiem do zespołu Kasia i Wojtek Band, a ów klip promuje płytę „Sezon 2”. Wybitne!

„The bad egg”, Adam Orsborn (2015, 11:27 min). Wybuchowo zabawna opowieść o żyjącym na farmie rednecku, który odkrywa jajko dostarczające po rozbiciu nieskończonej ilości własnej zawartości. W pewnym momencie role między bohaterem a cudownym jajkiem się zamieniają… Kupa czarnego humoru, historia na patencie - jest rozrywkowo i bez żadnych przestojów. Pobrzmiewają tu nawet echa kultowego „Evil Dead”. Publiczność bawi się świetnie a atmosfera pokazów gęstnieje. Jak się miało później okazać bezkonkurencyjny pierwszy wyraźny kandydat po odbiór nagrody głównej.

„Pierrot”, Konrad Domaszewski (2015, 7:43 min). Twa śledztwo w sprawie zabójstwa reżyserki pewnego spotu/reklamy. Akcja toczy się wokół ostatnich chwil z życia denatki. Możemy przyjrzeć się bliżej atmosferze panującej wśród członków ekipy na planie zdjęć, mających jak się okazuje uwłaczający charakter dla głównej postaci – karlicy. Czarny humor tym razem już prosto z mostu, co stanowiło główny atut filmu. Interesujące postacie, chociaż mimo wszystko brakowało silniej zarysowanej intrygi, środek/druga połowa filmu nie lepi się w sposób, który prowadziłby do jakiejś konkretnej puenty, brak tu kropki nad „i”. Zatem poza akcentami z wyraźnym przymrużeniem oka „Pierrot” w klasyfikacji ogólnej po prostu rozszedł się po kościach. Realizacyjnie, technicznie natomiast bez zarzutu.

„Okno z framugą na podwórze”, Mariusz Szulc (2015, 9:36 min). Kolejny killer z tegorocznego zestawu „Kocham dziwne kino”. Przyznam, opis fabuły najdelikatniej mówiąc mnie nie kupił, w jak wielkim byłem błędzie udowodnił mi dopiero Szulc. Uściślając: grupa naukowców zdaje relację z policzenia do końca liczby „Pi”. W trakcie wypowiedzi czwórki bohaterów wychodzi na jaw, że to banda szaleńców plotąca kompletnie od rzeczy. Widownia wyła ze śmiechu, niemal tekst za tekstem kładł zgromadzonych na łopatki. Świetny, błyskotliwy, bardzo humorystyczny twór, jeszcze jeden faworyt po odbiór złotego mola, do którego przychylało się samo jury (wraz z „Pasztetem” osiągnął identyczną liczbę głosów).

„Egzamin”, Paweł Trzepizur (2015, 4 min). Akurat na temat tego filmu stosunkowo ciężko cokolwiek napisać, ponieważ nie bardzo było wiadomo o co w nim w ogóle chodzi. Znudzona bohaterka przy stole kuchennym z amantem, która później dosłownie teleportuje się na szkolny egzamin. Ani to z jajem, ani z konkretnym pomysłem, nie bardzo wiadomo co z czym się je. Na szczęście produkcja stosunkowo niedługa.

„Wałensa. Początek”, Tomasz Kowal (2014, 30 min). Godzina coraz późniejsza, publiczność dosyć wyeksploatowana, temperatura powietrza wysoka. To co, może teraz „Wałensa” ? Całkiem możliwe że po konfrontacji z tym tworem pabianiccy widzowie będą opowiadać sobie o nim anegdoty do poduszki. Osobiście doskonale wiedziałem czego się spodziewać znając film Kowala z wrocławskich Dni Kina Amatorskiego. Właśnie gdzieś w okolicach „Wałensy” rozegrała się na widowni pierwsza selekcja gości, swoiste być albo nie być, z czego sporo zgromadzonych wybrała drugą opcję. W ogóle mnie to nie dziwi, film jest ciężki w odbiorze, a do tego zbyt długi jak na swą formę. Początkowe zainteresowanie zgromadzonych przewrotnym zamysłem fabularnym malało im dłużej pozostawaliśmy przed ekranem, dookoła dało się słyszeć komentarze przemęczonych widzów, którzy dostali teraz w kość. Odnośnie samego filmu: podtrzymuję to, co napisałem o nim już swego czasu na Animal Attack; zdjęcia oraz lokacje przy świetnym, ponurym, a przy tym melancholijnym akompaniamencie są główną siłą filmu. Największą przeszkodą zaś cała reszta, przy tematyce „Wałensy” kontrowersyjny pomysł zrobienia z filmowego Lecha szaleńca – pacjenta zakładu dla umysłowo chorych powinien mieć odzwierciedlenie w zdecydowanie krótszej formie. Następuje zasłużona przerwa, by rozprostować kości, festiwalowa gawiedź rozprasza się na około 20, może więcej minut. 

„Bogdan idzie na randkę”, Piotr Zelke (2015, 8:04 min). Właściwie jeden dobry pomysł – gag – reszta niestety mało wciągająca. Na dansingu kobieta widzi jak jej towarzysz znajduje się w dwuznacznej sytuacji z innym mężczyzną i od razu z nim zrywa. Zakończenie jednak mało ciekawe, w związku z czym całość bezsprzecznie ginie w zapomnieniu na liście konkursowej. 

„Dresik”, Piotr Matwiejczyk (2015, 13 min). Jeszcze jedno zaskoczenie z zestawu „Dziwnego kina”. Stary kawaler mieszkający z ojcem otrzymuje od niego szansę wyjścia na randkę, pierwszą w swoim życiu.  Znowu kupa śmiechu, sporo rozbrajających tekstów otyłego głównego bohatera, który okazuje się modelowym osiedlowym półgłówkiem przekręcającym najprostsze wyrazy i ogólnie rozumiejącym totalnie na opak otaczającą go rzeczywistość (o sprawach damsko męskich nie wspominając). Finał adekwatnie in plus, całość wybiła publikę z marazmu na tyle, że trzeci mol powędrował właśnie pod niniejszy adres. W ogóle mnie to nie dziwi!

„G-Roy”, Tomasz Jan Brzysko (2014, 29:44 min). Młody mężczyzna po śmierci ojca trafia na wieś do domu rodzinnego, gdzie jest zmuszony stawić czoła okolicznym dresiarzom. W jednej z ról Piotr Cyrwus (ojciec Maćka z Klanu, jakby kto pytał). Krótko! Ostateczny gwóźdź do trumny całej imprezy. Totalnie nudny i przegadany gniot z budżetem, zapleczem, ale bez jakiejkolwiek werwy. „G-Roy” pomimo wyraźnie istniejącej linii fabularnej jest jakby o niczym, Brzysko kompletnie nie potrafił obudzić niczyjego zainteresowania historią nielegalnego handlu bimbrem. Jeżeli ktoś miał dylemat czy opłaca się siedzieć na festiwalu do ostatniego filmu ten blisko półgodzinny sprawdzian wytrzymałości ową kwestię rozwiązywał. Byłem seansem „G-Roy’a” tak ekstremalnie zmęczony, że gdyby nie względy osobiste zapewne dołączyłbym do osób opuszczających parking Tomi przed końcem sobotniego bloku. Idealny przykład na to, że można ładować w produkcję pieniądze i zapraszać aktorów ‘z nazwiskiem’ ale cóż z tego, kiedy chcemy popełnić bezpłciowy zapychacz ciągnący się przez pół godziny toporniej, niż wagony przewozów regionalnych.

„Operacja srogi gnój”, Michał Glapiak (2013, 43:41 min). Na placu boju zostało nieco ponad 30 osób. Na zegarach północ. Dla garści nielicznych startuje ostatni film konkursowy będący rodzimym hołdem dla arcydzieła kina akcji lat 80tych, filmu pt. „Deadly Prey” w reżyserii Davida Priora. Nawet ci, którzy ubiegłego dnia dobrze przyjęli poprzedni eksploatacyjny ochłap ze stajni LoboTomia Video zdali się już dawno wykruszyć, niemniej reszcie uczestników seans wg mojej obserwacji jakoś rekompensował czas poświęcony, by przetrwać jakoś imprezę do końca. Był śmiech, były emocje, zatem w ogólnym rozrachunku same reakcje pomimo skrajnego wykończenia widowni wyglądały na pozytywne. Niestety, wspomniany odbiór zamordowała późna pora wyświetlania filmu i dwa nocne niszczyciele, aczkolwiek ostateczną ocenę pozostawiam już niezmordowanym gościom imprezy. 

Słowem podsumowania - „Kocham Dziwne Kino” to świetna inicjatywa, odbywająca się w idealnym miejscu i czasie. Bardzo mocny zestaw konkursowy, sporo nietuzinkowych filmów, z których na pewno każdy znalazł tu coś dla siebie. Gwoli przypomnienia statuetki powędrowały do autorów „The badegg”, „Okno z framugą na podwórze” oraz „Dresik”. Mam nadzieję za rok ponownie odwiedzić festiwal, który organizuje Dawid Gryza do czego wszystkich upiornie zachęcam! 


Opublikowano: 2015-08-15 01:03:00 przez: Przemo