Dni Kina Amatorskiego, Wrocław, 29 - 30 kwietnia 2015

Wrocławskie Dni Kina Amatorskiego przypadające na 29-30 kwietnia przyciągnęły bardzo różne indywidua parające się filmowym rzemiosłem, o czym miałem okazję przekonać się podczas dwóch bloków filmowych rozłożonych na okres poprzedzający majówkę. Byliśmy tam obecni niemal całą ekipą LoboTomia Video, a okazja była niecodzienna, bowiem na każdym z pokazów miał zostać zaprezentowany jeden z filmów studia. W środę odbył się przegląd filmów z Klubu Realizatorów Filmowych (KRF) w Sanatorium Kultury usytuowanym w rynku (pomijam Warsztaty filmowe i Oficjalne Otwarcie DKA, bowiem nie brałem w nich udziału), gdzie stawiliśmy się punktualnie o 18. Sala wypełniona po brzegi, aczkolwiek gdy w następnym dniu przyjrzałem się pomieszczeniu dokładniej a potem zobaczyłem zdjęcia z pokazów, doszedłem do wniosku, że nie było tam chyba więcej jak 60 osób.

Na pierwszy ogień poszła "Krew", reż. Daniel da Fonseca. Realizacja w moim odczuciu mało przypominająca film amatorski a bardziej profesjonalny, dobrze skręcone i udźwiękowione pomijając niuanse w postaci szumów - historia zaś kompletnie abstrakcyjna, oderwana i niewciągająca. Fabuła oparta na wierszu Zbigniewa Herberta - "Pan Cogito trafia do szpitala w stanie zagrożenia życia, jedynym dla niego ratunkiem jest transfuzja krwi". 9 minut, zakończenie dosłownie rozpłynęło się przed moimi oczami, o puentę nie pytałem. 

Następnie ruszyła "Wieśniacka Krew" (reż. Michał Glapiak) – „Film zrealizowany w apokaliptycznym roku 2012 i przez ponad 2 lata skrywany w ociekających stęchlizną archiwach wytwórni LoboTomia, tak mrocznych, jak  mroczne są ludzkie instynkty, o których opowiada. Spożycie naznaczonych klątwą jabłek sprawia, że niewinny piknik czwórki wieśniaków zmienia się w upiorną ucztę krwi i destrukcji”. Film znany wśród członków KRFu, niemniej na jego kameralnym pokazie nie miałem okazji być (publika podobno reagowała dość żywo). Osobiście odniosłem wrażenie, że projekcja minęła się dość znacznie z targetem większości zgromadzonych na sali, co zresztą ogromnie mnie cieszy. Zaobserwowałem jak kilka postaci zwolniło krzesła, zatem bezbudżetowa eksploatacja w polskim wydaniu musi sprawdzać się całkiem nieźle. W dniu następnym Kuba Gryzowski - organizator KRFu i DKA - krótko zrelacjonował, iż część oglądających była zdegustowana, oburzona, zniesmaczona, i tak dalej. Cieszy nas to cholernie, bowiem następne szykowane filmy przez L.V. będą jeszcze bardziej wulgarne, obsceniczne i niesmaczne. Z drugiej zaś strony dało się dostrzec kilka twarzy rubasznie ukontentowanych, co z resztą potwierdził również organizator. 

 

Pora na grupę filmową Konie Gryzą Dłonie i - zapamiętajcie tą nazwę - był to główny gwóźdź programu, bowiem panowie poskładali drętwą widownię jak chcieli. Blok ich filmów trwał ponoć 20 minut, choć zdawał się być znacznie dłuższy. Wszystko to za sprawą mnogości krótkich materiałów filmowych, czy to w formie skeczy, czy historyjek idących jedna za drugą. Na pokazie zrywaliśmy boki, działo się bardzo dużo i z intensywnością pracującej bez przerwy broni maszynowej. Pragnę wyróżnić strzały filmowe, w postaci "Plasteliny" oraz "Zimy", że tak orientacyjnie to ujmę. Oby tak dalej, więcej, częściej i z taką samą pompą!

"Do Żony" w reżyserii Ala Paczino – Nie jestem pewien odnośnie kolejności wyświetlanych filmów, ponieważ ta kompletnie nie pokrywała się z planowaną. Jaka by ona nie była Paczino popełnił jeden z najciekawszych filmów przeglądu. Jest to relacja jednego z kochanków, który zrozpaczony po tym jak jego luba zachodzi w ciążę formą wierszowaną oddaje wszystkie dobre chwile wspólnego pożycia wyrażając głęboką nadzieję na powrót lepszych czasów. Mówiąc wprost jest dużo o seksie, zabawnie o seksie i bardzo, ale to bardzo życiowo! Bezbłędnie rozbrajający metraż. 

Prawdopodobnie w następnej kolejności ruszyła 3 minutowa projekcja "Staszek Poruszyciel", reż. Maciek Kotowicz. "Film opowiada historię przeciętnego, młodego chłopaka, który otrzymuje list od umierającego Dziadka… film na konkurs Wrocław Miasto Spotkań". Mówiąc krótko i adekwatnie do formy - dobre, trafne i zabawne, ubawiła się cała sala. 

"Plaża" (Michał Stenzel) - "Mężczyzna próbuje odpocząć na plaży, ale osoby najbliższe jego życiu przeszkadzają mu w odnalezieniu spokoju umysłu". Generalnie najbliżej temu wszystkiemu było do Dnia Świra, inspiracje aż nazbyt widoczne. Takie sobie, irytujący bohaterowie maltretują głowę głównej postaci - liczyłem chociaż na konkretne zakończenie, niestety bez skutku.

"Paradoks Przeznaczenia" (Łukasz Byczyński) - "Film jest próbą ukazania kondycji środowiska lekarskiego na oddziale przychodni psychiatrycznej „Pandora”. W brutalną narkotyczną codzienność zostaje wmieszany wątek spod znaku „płaszcza i zdrady"... Tu już trochę zaczynałem mięknąć. Początek na pewno obiecujący, niemniej film trwający (aż) ponad pół godziny gdzie prawie wszystkie wypowiadane przez bohaterów zdania z założenia rozpoczynają się na tą samą literę alfabetu srogo daje w kość. Nie powiem, pomysłowy zabieg, często zadziwiająco wręcz kwestie między bohaterami się lepiły, wnętrza szpitala psychiatrycznego zaś obskurne, klaustrofobiczne i odrealnione. Niestety, fabuła szła do przodu w absurdalne nieznane coraz dalej a forma obcowania z filmem okazała się nazbyt ciężka i męcząca. Nie tyle przegadane, co przegadane sztucznym językiem.

"Ediuda 1" (Tomasz Jarząbek) - "Marzysz, żeby być kimś innym? Może ktoś marzy, żeby być tobą?"... I tu miarka się przebrała, bowiem 10 minutowy filmik o gościu łażącym po mieście w masce wilka i idiotycznie relacjonującym sobie wydarzenia głosem z offu okazał się być dla mnie ciosem ostatecznym. Wstałem jakoś przed końcem i z oddali, zajętego rozmową dopadły mnie close credits'y. Tym samym blisko półgodzinna "Beznadziejna Radość" Piotra Wołodźko po prostu mnie ominęła.

Dnia następnego odbyły się kolejno Warsztaty filmowe i rozstrzygnięcie konkursu "Kręć Koty" a potem retrospektywa filmów Janiny Matejuk (do której to postaci jeszcze wrócę) - tyle z kronikarskiego obowiązku, nie wiem, nie byłem.


 
Godzina 19 - na dużej Sali w Domu Technika (dawne Kino Atom) jakieś 40 osób wyłączając LoboTomię. 

ZESTAW FILMÓW PREMIEROWYCH; Blok I

"Video Games" (reż. KATODD) - "Teledysk  do utworu  Video Games  z płyty “7CATS”  autorstwa KATODa. Film osadzony w klimacie lat 80/90. Commodore C64, gry video, kot jako gracz komputerowy". Opis oddaje wszystko, co mieliśmy okazję zobaczyć na ekranie. Dodam, że całkiem przyjemne i relaksujące. Świetne wręcz na start.

"Wycieczka" (reż. Michał Stenzel) – „Krótka historia młodej pary wybierającej się na wycieczkę. Film skupia się na emocjach głównej bohaterki” – Czyli ona i on kłócący się o pierdoły przed wspólnym wyjazdem, z bezpłciowym i oklepanym mikro-twistem w finale. Raczej nieciekawe i o niczym, zatem nie bardzo jest o czym się rozpisywać. 

"Operacja Srogi Gnój" (reż. Michał Glapiak) – „Przygoda w leśnej głuszy, która za sprawą maczet, siekier, noży i karabinów, okryje się szkarłatem. To już nie są manewry, to prawdziwa wojna!”. Niniejszy projekt Studia LoboTomia Video jest niczym innym jak hołdem dla kultowego wśród członków grupy arcydzieła kina akcji lat 80tych, filmu „Deadly Prey” w reż. Davida Priora. Osoby odpowiedzialne za realizację w większości obecne na widowni aktywnie podkręcały kluczowe momenty projekcji, będącego jak się później okazało solą w oku domniemanej członkini klubu seniora…

Kończy się projekcja, rozpoczyna tzw. 'rozmowa z twórcami', jest to moment, którego zabrakło na pokazach w środę - publiczność oraz organizator mogą swobodnie zadawać pytania do osób odpowiedzialnych za wyświetlane filmy. Ci ostatni zasiadają na scenie razem z Gryzowskim. Początkowo udziela się Stenzel. Następnie KATODD odpowiada na pytania zachęcając do kupna płyt i obejrzenia przyniesionych przez niego na salę rekwizytów. Jako ostatni mikrofon przejmuje Michał Glapiak podkładając odpowiedni grunt pod dyskusję o filmach LoboTomia - podkreśla hołd dla kina grindhouse’owego, eksploatacyjnego, rynku filmów VHS, filipińskiego kina akcji, etc. Rozmowa przebiegała bardzo luźnie zbaczając na różne tory, ale do czasu. Nagle dyskusję nietaktownie przerywa niejaka Janina "Ja, emerytka polska" Matejuk, deklarując najpierw zamiar opuszczenia sali, czego jednak nie robi, a następnie rozpoczynając iście starczą histerię. Jej niezrozumiały bełkotliwy protest najpierw zahacza o KRF i wyświetlany tam któryś film ze studia ('nie, nie znam tytułów') - ponoć bulwersujący i niesmaczny. Na kolejnym (Wieśniacka Krew) reagowała śmiechem, zapamiętując jednak przede wszystkim obecny w finale kawałek szmaty z napisem „STARA KURWA” – co musiała potraktować bez popity ad personam, acz nie nam oceniać kompleksy ludzi w jej wieku. Ale najgorsza była jednak 'Operacja Srogi Gnój', albowiem ją wynudziła, jak przyznała na zmianę napominając coś o tolerancji, acz w otoczce wszechoburzenia.

Defilada odstawienia relanium trwa nadal, toteż padają stwierdzenia, jakoby "Sto pomysłów w jednym filmie" będące synonimem efekciarstwa (!) skutkowało tym, że widza się nie szanuje. Bezbudżetowy akcyjniak, który popełnił Michał Glapiak 'powinien mieć dramaturgię'... 'ale nie ma scenariusza'. Ciężko wyobrazić sobie konfrontację kogoś podobnie zagubionego w uniwersum kina klasy B z oryginalnym filmem Davida Priora, któremu "OSG" hołduje – o czym Michał Glapiak powiedział oficjalnie po projekcji - musiałoby zakończyć się to co najmniej przewlekłą wizytą w toalecie dla inwalidów. Wszelkiej maści gorzkie żale wyrwane z bliżej nie określonego, nieistniejącego kontekstu nagrodzono owacjami w grupie osób kilku. LoboTomia oczywiście ripostowała na tyle, na ile pozwolił czas dany przez organizatora, bowiem Kuba wyraźnie wyczuł popsucie atmosfery i naciskał na powrót do bloku filmowego. Po dzień dzisiejszy ciężko jest mi powiązać koniec z końcem ów chaotycznej demencji Matejuk przełożoną na język mówiony, oraz ogarnięcie wszystkich huśtawek - kiedy coś emerytce jednocześnie się podoba i nie podoba. Na pewno chęć zabrania głosu na forum i tak nielicznej widowni zdołał przyćmić blask niespełnionych poszukiwań filmów 'mądrych i dojrzałych' ze strony kogoś biorącego kamerę do ręki, by popełnić np. opus pt. „Iść za marzeniem” o fabule: „Bohaterką filmu jest Polka mieszkająca w Grecji ,która w wieku 72 lat podjęła decyzję o dalszym dokształcaniu się na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Polsce” – Animal Attack poleca wszystkim jak cholera. Choć z jednej strony to dziwne, aby w podobnym wieku tak się zachowywać, niemniej jak powszechnie wiadomo kółko emeryta rządzi się swoimi problemami a niespełnionego filmowca płci Matejuk swoimi. Już wiemy, co wynika gdy się łączy jedno z drugim. 

BLOK II

"Szczęśliwe dni" (reż. Stanisław Białoskórski) – „Pan Feliks odwiedza żonę na cmentarzu. Pani Liliana odwiedza męża na cmentarzu. Pan Feliks spotyka panią Lilianę…". Nie, to nie jest fabuła kolejnego filmu Jorga Buttgereita, tylko coś bardziej ze świata Janiny Matejuk, czyli ckliwa bajka o emerytach, dla emerytów, aż dziwne że nie nakręcona przez emeryta, choć nie wykluczone, że za czyjąś emeryturę. Barman, setkę i popielniczkę, bo jak wychylę to poleci szkło!

"Conan the Cimmerian" (reż. Krzysztof Studziński/Grey Sphere) - "Inspirowany prozą Roberta E. Howarda o przygodach Conana, film jest opowiadaniem Aquilończyka Fabrona, o czasach jego młodości i powrocie do domu z towarzyszem broni, Conanem. Gdy Olivia, szlachcianka którą miał poślubić zostaje porwana, bohaterowie ruszają w pościg." - Jeżeli dobrze pamiętam to ten film kosztował 14 tysięcy złotych. Wizualnie pełna profeska, 7 minut totalnej akcji, pojedynków i innych smaczków dla miłośników konkretnych filmowych wrażeń. Cała operacja została zrealizowana przez zapaleńców-miłośników klimatów fantasy, którzy chcieli jak najwierniej oddać ducha opowiadań, wyszło im to po prostu rewelacyjnie. Aż prosi się o dłuższy metraż, bo 7 minut takiego kina budzi wręcz niepokojący niedosyt.

"Wałensa: Początek" (reż. Tomasz Kowal) - "Oparta na kłamstwach historia początku kariery Lecha Wałęsy. Czy jednak jest to film o legendarnym przywódcy solidarności, czy też o szaleństwie drzemiącym w każdym z nas?". Uchylę się może od komentarza twórcy filmu do któregoś z pytań po projekcji, jakoby Lech Wałęsa faktycznie był szaleńcem. Realizator zostawiał otwartą furtkę interpretacyjną do możliwie każdej kwestii podniesionej w filmie, ale odniosłem wrażenie, że to tylko bezpieczne odbijanie piłki, bo jak chce się coś powiedzieć, to chyba jednak najlepiej to powiedzieć. Jako że polityką się nie zajmuję, a pytać o podejrzaną kwestię ni-to-afirmacji Jaruzelskiego nie miałem jednak zamiaru, zwróciłem uwagę głównie na te aspekty filmu które mnie osobiście poruszyły in plus - bowiem przypadła mi absolutnie do gustu ścieżka dźwiękowa (misz-masz psychodeli z wykorzystaniem instrumentów dętych) oraz klimatu Jodorowskiego z okresu "Fando i lis" na przestrzeni zdjęć, tutaj obskurnych, surowych plenerów. Pół godziny takiego klimatu w wydaniu amatorskim i późna pora jednak dawały się we znaki.

Po projekcji ponownie odbyła się rozmowa z twórcami, do której efektów odniosłem się w stosownych miejscach powyżej. Fest zakończyliśmy w knajpie w Przejściu Garncarskim, którą pamiętam opuściliśmy niedługo po tym jak przy barze dwie, ja wiem, studentki? Przelizały się z wydziabanym homoseksualistą… Wrażeń jak widać LoboTomia miała w nadmiarze! 


Opublikowano: 2015-05-14 02:30:25 przez: Przemo